III
Dni Światła - Tom IV - Córka Światła - Część Dziesiąta - Rozdział IV
V

     IV
     
      Pędziła z Dorianem nad północnymi bezdrożami,
nad wielkim borealnym półwyspem kontynentu.
Niegdysiejszy szlak pielgrzymkowy pośród odmętu
wzgórz wił się, by osiągnąć najważniejszą świątynię.
Obok niej znajdowały się zabytkowe pałace.
      Lecz nie tam zdążali, ale dużo dalej.
Mignął klasztor na fiordowej wyspie,
dalej odludzie, pełne gór i ośnieżonych bagien,
gdzieś w oddali lodowiec i przyległe płaskowyże.
      Zatrzymali się na chwilę w tubylczej osadzie.
Wyszła. Nagle mieszkańcy skórzanych namiotów
oddali jej pokłon, gdy tylko ją ujrzeli.
Po chwili ofiarowali jej renifery.
Dziwiła się, co takiego w niej zobaczyli.
Przecież słyszała, że inni turyści
wcale nie otrzymywali takich honorów.
      Porwana jakąś nieznaną dumą, przyjęła dar.
Nie poznawała się w tym, nie miała oporów.
Zwierzęta znajome jej się wydały z Nigorii.
      –Do– Jutro ci wyjaśnię, co się dzieje. Należałoby się tobie to wszystko, gdyby nie twój Ślub Ubóstwa.
     
Opuścili ich i podarowane stada.
Zgęstniało od wszędobylskich roślin.
Las zdawał się nie mieć już żadnych granic.
Na polanach rozciągały się rozległe bagna,
z których wyrastały pojedyncze drzewka.
Żółć zniechęciłaby każdego, ale Ewa
pamiętała, że kryje się tam pewien przysmak,
którego próbowała niegdyś z rodzicami.
      To tam w lecie rosły te pomarańczowe
maliny, które tak bardzo lubiła.
Jakby została stworzona do północnego życia.
      Coś przeczuwała, obserwując tylko samą siebie.
Blond jej włosów wskazywał na jej pochodzenie…?
      Znów ukazały się góry, tym razem wysokie.
Już zapominała prawie o polach siłowych
oraz gigantycznych zwierciadeł orbitalnych,
czyniących z zimy wiosnę – bez ładu ni składu.
Podobnie jak bagna, tereny te kontrastowały
z bielą śniegu tam, gdzie nie zmieniano sztucznie pogody.
Nawet wieczny zmierzch z krótko goszczącym słońcem
rozświetlony był przez orbitalną poświatę.
      U stóp potężnych skał, w olbrzymiej dolinie
płynęła rzeka, będąca niegdyś jeziorem.
Strumienie biły wielkimi kaskadami,
tworząc Wielki Wodospad, lśniący migotliwie.
Oczy niewieście nie bały się tego ogromu
wody, transportowanej z topniejących lodowców.
Obywatelka Nigorii – planety podobnej
do tego miejsca i niechybnie jakoś z nim związanej –
wzdychała, widząc niespotykane piękno wokół.
Cieszyła się, że mogła spędzić młodość na globie,
będącym bardzo bliską kopią tych miejsc.
      Nie mogła się doczekać, aż Dorian wszystko jej powie.
      –*– Czy ja tak naprawdę nie urodziłam się tutaj?
     
–Do– Nie tutaj, a w kraju między górami a morzem. Ale twoi dziadkowie z linii ojca tak. Większość twoich przodków miała białe włosy i jasną skórę – taką jak do niedawna Elżbieta. Jednak część z nich pochodziła od ciemnowłosych autochtonów, hodowców reniferów z ludu.
     
–*– A moja mama?
     
–Do– Jej rodzina jest z wyspy, na której żyło najwięcej rudowłosych. Ja sam zaaranżowałem ich Małżeństwo, ale osobiście mnie nie znają.
     
Nie odzywała się już, zupełnie zaskoczona.
Ponad stokiem bezśnieżnej góry szybował ich pojazd.
Okalały ją olbrzymie skupiska
niższych od człowieka karłowatych brzóz
Głazy prawie wszędzie usłały ziemię.
      Ukazały się… wierzchołki… przeraźliwie dostojne.
Pomiędzy nimi zalegały rozlewiska,
zasilane przez nieprzebytą rzekę.
A lodowe jęzory, wypływające spod szczytów,
jak strażniczki strzegły dostępu do tej dziczy.
Jeden z nich, znajdujący się pod najwyższym
punktem, zapraszał do siebie na niełatwą przygodę.
      Wylądowali przy starożytnym moście,
wpół drogi między Wodospadem a centrum masywu.
      –Do– Aż do niedawna zakazywano lotów do tego miejsca. Sam Thor i Olaf tego pilnowali.
     
–*– Tu są jakieś tajne informacje, które zwykle odnajdywał Daniel, prawda?
     
–Do– Być może. Elżbieta się tym zajmie. Ty nie musisz ich oglądać, gdyż sam wyjawię tobie ów sekret. I jeszcze jeden, który nie został ukryty w tym miejscu.
     
–*– Pójdziemy pieszo?
     
–Do– Tak. To polecenie. O nic się nie martw, mamy wszystko, co potrzebne w moim plecaku a dzięki technice twego brata on prawie nic nie waży.
     
–*– To chodźmy. Chcę usłyszeć to proroctwo. I poznać Prawdę.
     
–Do– Robię to dla ciebie, byś pokrzepiła się na duchu przed tym, co ma nadejść.
     
Wspięli się na wzgórze, zarazem cyplem będące,
próbując skrótem przebyć początkową drogę.
Ale już tutaj oszołomiły ją widoki.
U ich stóp rozlewał się podłużny zbiornik wodny.
Łuna niebieska wydobyła zeń nawet seledyn.
Nad nim, z lewej, opadało czerniejące
litą skałą urwisko. A po obu stronach
stromiały zbocza, a na nich strumykowe żleby.
      Schodząc, zatapiali się w tundrowe bezdroża.
      –Do– Twoi przyjaciele poradzą sobie we wszystkim. Pomyślność wkroczy do ich życia prędzej, niż się spodziewają.
     
Szli wzdłuż brzegu kwadrans po kwadransie,
forsując czasami głębokie strumienie.
Pomagała Dorianowi przyrządzać jedzenie,
a on przewodził pośród ciasnych brzozowych gąszczy.
Nie zwracali uwagi na obrzydliwe roje
komarzysk i meszek, ogłupiałych przez pogodę.
Nie gryzły jej szlachetnego ciała,
zajmowały się natomiast zawzięcie Dorianem.
Ten nie przejmował się tym zupełnie.
      Zatrzymali się… świadkowie zorzy polarnej.
Przebijała przez orbitalne reflektory.
Tworzyła formy promieniejące światłem.
Alicja myślała o wielkim Kosmosie.
I o zamieszkujących go kosmicznych braciach.
      –*– Dorianie, spełniłeś moją prośbę, dotyczącą Elżbiety?
     
–Do– Tak. Ona już powoli odgaduje największe kosmiczne sekrety. Pozna moje owce. Ja też ją pokochałem – jak córkę.
     
–*– Czy ona nie pochodzi stąd?
     
–Do– Z Nigorii. Pośrednio stąd. Kiedyś nie była nikim szczególnym – jak ty. Ale stanie się. Każdy ród ma swój własny czas, niektóre się kończą, niektóre trwają, niektóre dopiero powstaną. Już została kontynuatorką mojej świeckiej misji, choć duchową misję ciągnął będzie ktoś inny. Spotka wspaniałego męża i wypełni pewne doniosłe zadanie. Obejmie panowaniem i opieką odległy ląd. Szczęśliwa kobieta; otrzyma rzadki, ale naturalny dar. Przeżyje nas i będzie mocno tęsknić za nami. I za Niebem. Jeśli wytrwa, osiągnie Zbawienie.
     
Alicja nie ośmieliła się pytać więcej.
Pokonywali rumowisko kamienne,
za którym wielka „Jåhkkå” się przełamywała.
Znów się rozlewały grząskie „appa”,
a za nimi, w dolinie przez „javre” wydrążonej,
zapraszał do siebie samotny budynek.
„Goahte” ugościł ich, a w nim odzyskali siłę,
by móc sforsować „jågåsj” w kanionie.
      Szczyt, bagna, rzeka, szałas i rwący strumień.
Cała pradziewicza przestrzeń wokół niej
zapraszała do tego kraju jej rodzinę.
      –Do– Wyprzedzę twoje pytanie. Daniel poślubi kobietę z Południa, Agatę. Oboje osiągną szczyt czysto ludzkiej kariery, lecz w tym wypadku pobłogosławionej przez Opatrzność. Swoim poświęceniem i modlitwami wstawiaj się za niego, gdyż jesteś jego siostrą. Razem z nim podzielisz jego godność, o której jeszcze nie wie. Właściwie już dzielisz. Nawet pomimo Ślubu Ubóstwa i Posłuszeństwa.
     
Zbliżała się noc, nawet niebo „przygasili”.
Wstąpili do cudownej U-kształtnej kotliny.
Resztki prastarego szlaku prowadziły naprzód.
Tu uginało kolana od monumentalności.
Niebosiężne, pooblewane firnem zbocza,
meandrująca rzeka, ozdabiająca spód,
w oddali rozwidlenie labiryntu dolin.
      Pędzili wręcz, korzystając ze szczątków szlaku.
Nagle przegrodziła im drogę bruzda szczeliny.
To lał się z impetem z roztapianego lodowca
      złowrogi
      spieniony
      trzaskający potok wody.
      Zabójcza przeszkoda, której nie da się sforsować.
Popłynęliby wraz z nią; zmyłaby ich od razu.
Tak biła, że ochlapała, opluła górołazów.
      –*– Dorianie, którędy przejdziemy?
     
–Do– Posłuchaj, piękna córko Światła. Czas ciemięzców się kończy. Czas ignorancji ciemiężonych również. Nadejdzie wielka próba, sąd nad obecnymi rządzącymi i ich poddanymi. Po nich przyjdą nowi, powołani, nie będący odstępcami. Światem przez parę tysięcy lat rządzili ateiści, nadzorowani przez Artura-Kornwaliusza, który przewodził niegdyś Kosmonautom Kornwalijskim, mylnie nazywanych Konwaliowymi. Zdradził Chrześcijan i, łącząc Prawdę z fałszem, stworzył diabelską hegemonię, niewoląc Chrześcijan na Oceanicznej, a w swoich państwach ich zabijając. Posiadł sztuczną nieśmiertelność i władzę nad lotami kosmicznymi. Tą drugą później utracił. Król Północy poszedł za nim i jego syn także – w zamian za przywileje. Króla Południa zamordowano. Z obu rodów zachowały się córki na Świętej Ziemi. To do nich należy prawowita władza. Artur był przy jedynie księciem z Wyspy. On też posiada córkę.
     
–*– Dobra Nowina zwycięża ciemięzców. Przeszliśmy już tak wiele, by osiągnąć ostateczne zwycięstwo, prawda, Dorianie?
     
–Do– Te parę strumieni, które już sforsowaliśmy to niewiele przy tym jednym dużym, przez który trzeba się jakoś przeprawić. Z planety Olafa, który już przestał rządzić i skupił się na rozkoszach życia, wyleciało coś, co sprowadzi na nas zagładę. Stało się to z woli Kornwaliusza, pragnącego udowodnić innym, że Boga nie ma, choć sam wierzy w Jego Istnienie i drży. Będzie wojna, straszniejsza niż wszystkie, które dotąd miały miejsce. I oczyszczająca.
     
–*– Czy Thor, Południowcy, i Liga też mają związek ze sprowokowaniem tego, co ma nadejść?
     
–Do– Nie bezpośredni, ale duchowy tak. I nie tylko oni. To dotknie wszystkich. Lecz to jeszcze nie biblijny Koniec Świata; Święta Ziemia przetrwa ze względu na Kościół Boży.
     
–*– Uratujemy, kogo się da! Na przykład Thora. Przed potępieniem, gdyż powszechna śmierć przyjdzie zarówno na wierzących, jak i niewierzących, czyż nie?
     
–Do– To właśnie będziemy czynić.
     
–*– Czy wielu ocaleje? Jak im pomóc? Co z nami? Wygramy?
     
–Do– A czy możemy przebyć tę rzekę na wprost? Nie spodziewałem się, że będzie miała dziś taki silny nurt. Moje proroctwo nie mówi o ścisłym sposobie na wygraną ani o dokładnych rozmiarach zniszczeń.
     
Patrzyli na bezgraniczną kipiel.
Upatrywali Nadzieję tylko w urwistym szczycie,
przez który mogliby ją ominąć.
Przed nimi nieznane piętrzyły się trudy.
      –Do– Pan Bóg oszczędzi przecież Swój Kościół przed zagładą.
     
Poczęli rozbijać namioty u podnóża góry.
      –*– Nawróćmy więc jak najwięcej bliźnich, by ograniczyć spustoszenie. Niech zwycięży Miłość.
     
Miłość.

       
     

III
Dni Światła - Tom IV - Córka Światła - Część Dziesiąta - Rozdział IV
V