IV
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział V
VI

     V
     
      W tych codziennych dniach, które potem nastały,
przemierzałem miasto na różne sposoby.
Raz przywiodły mnie losowo wybierane drogi
do nadrzecznych ruin z czasów starodawnej wojny.
Zarośnięte krzewem, pocięte ścieżkami,
tworzyły małej wielkości wzniesienia.
Sterty cegieł, mocno pokruszone,
pokrywały ten historyczny rezerwat.
Choć wokół wystrzelały wieżowce,
nikt nie śmiał naruszyć pradawnej pamiątki.
      Wiele razy z chęcią przychodziłem do miejsca,
gdzie niewielu śmiałków zamierzało zawitać.
W labiryncie ścieżek między pagórkami
relaksowałem się lub czerpałem inspirację.
      Ze szczytu o dwudziestu metrach wysokości
oglądałem panoramę mojej miejscowości.
Tutaj przez te wszystkie lata dojrzewałem,
tutaj przeżywałem różne piękne chwile.
Znałem każde miejsce na zachód od rzeki,
prawie każdy zaułek już tam odwiedziłem.
      W osadzie najdawniejszego dzieciństwa,
jak tylko najdalej sięgały wspomnienia,
od momentu najpierwszej percepcji pamięci,
choć już wcześniej jako niemowlę świat postrzegałem,
przez okres fascynacji faktem, że ja żyję,
przez etap dziewiczych wolnych wyborów
po pierwszej przemianie ku samodzielności,
przez czasy najnowsze aż do dzisiaj –
ja zawsze czerpałem tutaj natchnienia
i każdy punkt parku, placu czy też drogi
oznaczyłem inną inspiracją, inną myślą.
      Wiele razy zastanawiałem się nad tym,
dlaczego pragnę Dobra i miłuję Prawdę.
      Za mostem ujrzałem styk ziemi i nieboskłonu,
i niewidzialną Drogę, dalszą niż me życie,
dalszą niż wszystko, co już przemierzyłem.
      Jak wiele niedawno się zmieniło,
gdy, pełen powagi, przyjmowałem Ducha Świętego,
gdy przyjaciel podążył za swym Powołaniem,
gdy zawitała we mnie Miłość do niewiasty!
Nagle me wczesne lata stały się nieistotne.
W tych ostatnich dniach tak wiele zdążyło się wydarzyć…
      Przede mną czekała podróż za horyzont…
Uwierzyłem, że przyszłość może przynieść jeszcze coś.
Nikt nie pomyślałby, że mogą nadejść nowe czasy;
nikt współczesny nie snuł tak śmiałych wyobrażeń…
      Czy to ode mnie wyszły przed chwilą te słowa?
Czy Bóg zainspirował mnie do tego,
czy też tylko sam sobie tak dumałem…?
      Uwierzyłem w Drogę, czekającą gdzieś tam na mnie,
najdalszą, którą można wędrować,
tę ponad przestworzami, tę ponad Wszechświatem,
tę w Czas Nieskończony, jaśniejącą radosnym Celem,
ku Największemu Szczęściu, jakie tylko Istnieje…
      Szepnąłem do Pana Boga.
      — Gotów, Panie, jestem.
     


     

IV
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział V
VI