X
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział XI
XII

     XI
     
      W czasach ciężkiej pracy i pilnego studiowania,
gdy poznawałem kolejne sekrety latania,
zdobywając prędko trudne certyfikaty,
znalazłem czas na zwiedzanie nowego miasta.
Lecz nie byłem wcale zniechęcony do szkolenia,
mimo ciepłych początków tego lata.
      Przemierzywszy ruchliwe arterie drogowe,
dotarłem do węzła kolei podmiejskiej
i wybrałem kurs za najdalsze osiedla.
      Wyruszyłem przez centrum w głębokim wykopie,
jakby płynąc po rzece w środku osady.
Nad wiaduktami wzrastały strzeliste wieżowce,
lecz w końcu przestały wystawać ponad resztę
domów. Zaczęła się estakada, wyższa niż drzewa.
Przez jakiś czas sunąłem w tym kamiennym lesie,
obserwując starcie roślin z metalem i betonem.
Lecz choć przegrały walkę o promienie słoneczne,
zajmowały wiele miejskiej przestrzeni, rozproszone…
I podziwiali je lokatorzy z ostatnich pięter
oraz każdy, kto przejeżdżał tędy pociągiem.
      Ten przestał wreszcie jechać po nasypie,
gdy po zwrotnicy skręcił na boczną linię.
Teraz równo z szosą przecinał osiedle,
bardzo blisko codziennego życia jego lokatorów.
Widziałem, jak machają nam dzieci
a dorośli wsiadają na przystankach do środka.
      Przy końcu ostatnich zabudowań
pojawił się rosnący nad wodą las.
Rzeka była węższa niż ta, którą znałem z dzieciństwa.
Tworzyła oczka oraz zakola.
Nad nimi górowały przysadziste dęby.
Zachwyconym, nie mogłem oderwać wzroku
od tego pięknego nadrzecznego boru.
      Za nim rozpościerała się pełna pól nizina;
przedzielała ją prędka magistrala,
która wielkim łukiem omijała zabudowania,
tak że podróżni przebywali więcej wśród przyrody.
      Jechałem teraz od wioski do wioski
aż do samego końca kursu pociągu.
      Wysiadłem na stacji wraz z kilkoma pasażerami.
Oni poszli, ja zostałem sam w tym miejscu pustynnym.
      Do kursu powrotnego zostały
      trzy bite kwadranse z minutami.
Wtem wpadłem na pomysł, czym go zapełnić.
      Powtórzyłem słowa śróddziennej modlitwy.
Dołączyłem do niej wiele intencji,
dotyczących głównie osób mi bliskich.
      Odtąd zawsze gdy wspominałem tę podróż,
nierozłącznie kojarzyła mi się właśnie z tym.
Zatknąłem tu jakby duchowy sztandar.
      Przy jeździe powrotnej na jednej ze stacji
do przedziału obok wstąpiła Agata.
Przez lusterko zewnętrzne patrzyłem na nią,
a ona oglądała przez okno krajobrazy.
Ubrana odświętnie i, jak zawsze, ładna
z zadumą w tęsknych źrenicach nad czymś dumała,
aż pojawiły się nadrzeczne lasy –
i wtedy na jej dostojne oblicze wstąpiła radość.
      Jak bardzo uroczy teren ucieszył jej oczy!
Podobnie jak ja podziwiała przyrodę,
gdy inni siedzieli zupełnie obojętnie,
zajęci mocno swoimi sprawami.
Ujrzałem olbrzymią wrażliwość jej osoby
i podobne jak u mnie postrzeganie świata.
Promieniowały z niej: Dobro oraz światło,
piękno i Miłość, prawie nie skalane mrokiem.
Jej myśli wypełniała duchowość chrześcijańska.
      Spełniło się w końcu moje pragnienie,
gdy zwróciła ku mnie swe spojrzenie,
wyszedłszy na moment na korytarz.
      Na następnej stacji, uśmiechnięta, wysiadła.
      Przejęty tym przejawem jej przychylności,
całkowicie przylgnąłem umysłem do dziewczyny.
      Nad dachami budynków ujrzałem wzniesienie,
wystające ponad zabetonowane niziny.
Porastała je zieleń, wiosennie soczysta.
Zapragnąłem nagle pójść tam jeszcze dzisiaj,
by rozmyślać o planowanej rozmowie z niewiastą.
      Opuściłem wagon w dziwnym miejscu,
otoczonym zewsząd płotem i ugorem.
Jedynie wielki zakład przemysłowy
urozmaicał opustoszałą
okolicę. Wstąpiłem na jedyną twardą drogę,
lecz wkrótce skończyła się przy szlabanie.
Tutaj dało się już tylko zabłądzić.
Lecz, idąc wzdłuż muru, do tego właśnie zmierzałem.
      Usłyszałem odgłos ciężkiej pracy urządzeń.
Budowla miała ogromny stopień złożoności.
Automat nieustannie produkował przedmioty
przeznaczone do codziennego użytku.
Dla wzrostu tysięcy miast oraz wiosek
i dla utrzymania wielkiego komfortu
technika dostarczała nam różnorodnych dóbr,
czerpiąc z dorobku niegdysiejszych wynalazców.
      Czy jednak starczało tych ogromnych nakładów
i zasobów wiedzy, by wszystkich zadowolić?
Czy istniał wciąż jeszcze tak silny, jak niegdyś, rozwój,
czy też z nieznanych przyczyn zatrzymał się w którymś roku?
      Doszedłem do urwistej nadrzecznej skarpy,
która niespodzianie przegrodziła mi drogę.
Po drugiej stronie było wybrzuszenie terenu,
a tuż obok znajdował się most ze stali.
      Skorzystałem z szansy podniebnej przeprawy,
podchodząc do początku metalowego wytworu.
Przebiegał tędy tor bocznicy kolejowej,
do którego przylegały drewniane kładki.
      Wstąpiłem na nią, wolny od ryzyka.
Do tafli dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów.
Ciekawe, czy kryły się tam jakieś znaleziska?
      Zmierzyłem odległość aż do spodu koryta
za pomocą urządzenia własnej roboty,
przypiętego na stałe do noktowizora,
błyskiem lasera badającego dystans
i nanoszącego dane prosto na oczy.
      Wstrząsnął mną widok podwodnej ruiny.
Zalegały tam szczątki zniszczonego kiedyś mostu,
wykonanego z niezwykle mocnego tworzywa,
zdolnego zapewne wytrzymać napór dużej siły.
Nie ujrzałem żadnej podpory.
Jakich więc użyto środków, by go wybudować?
Zapomniano ich po wojnie, która wszystko zburzyła.
      Czy materiał z przeszłości pochodził z Kosmosu?
      Przeszedłszy ponad grobowcem dni przeszłych
wróciłem do życia lat współczesnych.
Te również dążyły do swojej świetności.
      Otoczyły mnie wysokie drzewa, które rosły
na wzgórzu okalanym zabudowaniami.
Wspiąwszy się zaledwie paręnaście metrów
znalazłem się na jednej z wielu ścieżek.
      Mieszkańcy znajdowali tutaj ukojenie,
spacerując obrosłymi zielenią alejami,
a oko widziało otwarte przestrzenie,
znaczone gdzieniegdzie wielkimi wieżowcami.
Przychodzono z kamiennych posiadłości
do parków śródmiejskich, by na świeżym powietrzu
odetchnąć od pracy i zmartwień codzienności.
      A artystom ów park dodawał inspiracji…
      Serce me wróciło do dziewczyny
i pamięć od razu przywołała jej wizerunek:
tę urodziwą postać o wysmukłej figurze,
obdarzoną dostojnym obliczem
o brązowych włosach falą spływających,
o ustach władających wykwintnym głosem,
o oczach wrażliwych, pełnych głębi zakrytej…
      Rosło znaczenie cech, wyróżniających
tę drogą memu sercu osobę,
pełną wdzięku, który przypadł w odbiorze – i mnie
w tych wzajemnych spotkaniach naszych spojrzeń…
      Umysł jej, pałający mądrością i rozumem,
orientujący się w nieprzeciętnie trudnych sprawach
zdumiewał mnie także swym twórczym potencjałem…
      Kobieta była szczytem Stworzenia.
      Oto na wierzchołku wzniesienia stała Agata.
Wprawną ręką malowała obraz na płótnie.
      Nie wiedziałem, co czynić, zaskoczony spotkaniem;
w końcu zapragnąłem do niej nieśmiało podejść.
      Zauważyła moje kroki, których cel w mig pojęła
a ja pod wpływem tego cały drżałem.
Uginały się pode mną nogi.
      Dokończywszy rysunku, odeszła od dzieła
i udała się w przeciwną stronę, niźli chciałem.
      Gdy doszedłem do obrazu, zobaczyłem pejzaż,
przedstawiający park nadrzeczny i zakola wodne,
w których odbijały się mknące w dali wagony
z dwoma osobami siedzącymi za oknem.
      A pod jedną z nich moje imię – Daniel.

       
     

X
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział XI
XII