XII
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział XIII
XIV

     XIII
     
      W pochmurny dzień wyszedłem, by złożyć Panu dzięki
za wszelkie niedawno otrzymane Łaski.
Zamierzałem przedłużyć w ten sposób wczorajsze
Święto, na którym tak pięknie Pan Bóg mnie doświadczył.
Wybrałem odludne miejsce na mapie,
gdzie mieścił się stary kościelny zabytek.
Zamierzałem na piechotę przejść całą trasę.
      Wśród pól, odległych od domostw wioskowych,
przechadzałem się po trawiastej miedzy.
Nie miała ona zbyt dużej szerokości;
zdawała się niknąć za pofałdowaniami.
Nad głową wicher smagał konary drzew.
Przemierzał on nagie ludzkie włości,
strzępiąc się dopiero w plątaninie liści, w lasach.
Mój wzrok objął ze wzgórza okolicę,
której panem był wiatr wespół ze mną – podróżnikiem.
Dzieliliśmy się wspólnie tym dziedzictwem.
      Nagle spostrzegłem się, że zgubiłem ścieżkę.
      Dostrzegłem w pobliskim lesie przesiekę.
Nie znając innej drogi, wstąpiłem na tę jedyną.
      Przechodziłem bardzo ciasną przecinką,
zdawało się, że zapomnianą od dawna.
Tam wysokie drzewa wraz z podszyciem
tonęły coraz głębiej w kipieli bagien.
Jedynie na ścieżce mogłem zachować życie.
      Poczułem na twarzy zimne krople mżawki;
coraz więcej ich było, spadały z wysoka,
zraszając zieleń, by była jeszcze bardziej podmokła.
A ta przestała mi już z drogi ustępować.
      Nie znalazłem swego położenia na mapie,
a cel marszu widniał w całkiem innej lokalizacji,
wolnej od dzikości borów oraz trzęsawisk,
nie tam, gdzie poszedłem, a w rejonie pól uprawnych.
      Skryłem się pod korony łęgu przed deszczem.
      Tutaj rozpocząłem cichą modlitwę.
Wypowiadając ustalone słowa
dołączałem do nich w myślach różnorodne intencje.
Wspomniałem niedawne przeżycia duchowe,
ułożone jakby w pewnej kolejności,
formujące nieznaną, ale namacalną Drogę,
mającą osobę mą dokądś poprowadzić…
Dziękczyniłem za pomyślność w spełnianiu Powołania.
A na samym końcu poprosiłem
o wzrost w mądrości oraz Miłości
a także o Łaski dla bliskich i znajomych.
      Wyszedłem spod liści, by dalej iść naprzód,
choć deszcz nie przestawał się wzmagać,
mocząc moje suche ubranie i wciąż suche włosy.
Jednak wcale nie pogorszył mi się nastrój.
      Gdy znalazłem się pośrodku pewnej polany
odkryłem jej położenie na arkuszu mapy.
      Daleko miałem stąd do najbliższej osady,
a jeszcze dalej do owego małego kościoła,
a prosto przede mną zionął nienazwany region,
zapomniany przez wszystkie miasta dookoła.
      Przemoczony, przestraszyłem się dalszego
marszu i mocno rozważałem powrót do domu.
Nie chciałem bowiem iść w warunkach tak niesprzyjających.
      Prawie zawróciłem, zniechęcony.
      Wtem ujrzałem na mapie niewielki krzyż, oddalony
dziesięć kilometrów stąd, w głębi boru.
Mógł być kaplicą albo leśnym grobem.
      Nie chciałem tam pójść, wolałem wracać do miasta.
      Ale ruszyłem w przeciwną niż miasto stronę.
      Radość wstąpiła na moje oblicze,
że wychodzę poza miejsce, do któregom przyszedł,
dokonawszy wyboru godnego pielgrzyma.
      Wezbrała ulewa, aż woda przenikała
przez ubranie do samego ciała.
Chłodny wiatr rozpryskiwał krople na twarzy,
jakby próbował pochód mój powstrzymać.
      Podniosłem głowę, prąc naprzód, zdeterminowany.
      — Dziękuję.
     
Nagle masywna ściana deszczu spadła z nieba.
W jednej chwili litry wody się po mnie przelały.
      — Oczyść mnie, Boże, gdyż zacząłem nowe, odmienione życie.
     
Dokonawszy swego dzieła, zamilkła ulewa.
      Opuściwszy polanę, wstąpiłem do gaju,
a po jednym kilometrze skończyła się ścieżka.
Ujrzałem wkoło ruiny z dawnych czasów,
uwieńczone zniszczoną kaplicą z dużym Krzyżem.
      Zerknąłem na mapę, nie mogąc tego pojąć.
      Okazało się, że dotknął ją błąd.
      Otoczone zwartą masą bariery z liścienia,
zalegały tu zabytki najwyższej klasy.
Odległa data zdobiła budynek.
A wejścia od dawna były zastawione.
Przypominało to w swej formie żołnierskie baraki,
które zostały przez ogień, wodę i czas zniszczone.
Musiały być zburzone podczas tamtej dawnej wojny,
która to zakopała w gruzach wiele miast.
      Niewiele nas uczono o tych wydarzeniach.
      Dotarłszy do celu wędrówki, ucieszony,
zbadać to dziwne miejsce zamierzyłem.
Po ciężkim deszczu, mocno przemoczony,
w eksploracji ruin znalazłem odpoczynek.
      Obszedłem resztki ścian przez las dzierżawionych,
lecz nie dokonałem żadnego odkrycia.
Wszystko już zniszczało przez tyle wieków historii,
nie pozostawiając turystom niczego,
tylko tę pamiątkę.
      Wyjąłem przyrządy, które posiadałem,
ale nie przychodził pomysł ich użycia.
Dlatego do budynku z Krzyżem poszedłem i ukląkłem,
żeby Bogu podziękować za tę wyprawę.
Gdy kończyłem, spojrzałem na symbol mej Wiary.
      Nagle oko me gdzieś indziej zerknęło.
Dostrzegłem tam niewielki blaszany komin.
Skończywszy modlitwę, wszedłem ostrożnie po murze
i chwyciłem za przykrywający otwór daszek.
      Złamał się.
      Lecz oto, pełen ciekawości, przyjrzałem się dziurze.
Poszedł w ruch wielce oddany w penetracjach wizjer.
Na poziomie gruntu komin był nadłamany.
Bez wahania dotarłem do jego podstawy
i zamieściłem małe lusterko w uszkodzonym szybie.
      Promienie emitera oświetliły halę
o wysokim i strzelistym suficie.
W jednej chwili tak wiele odkryłem!
      Pośród kałuż wody nabieranej tu od zawsze
zalegały przedmioty z nieznanej substancji,
wiele broni, której przedtem nigdy nie ujrzałem,
jak na moją wiedzę zbyt skomplikowanej,
z napisami w jednym z dawniejszych języków.
      Jeden z nich wielce przykuł moją uwagę,
bezładnie wyrzeźbiony przez coś w ścianie.
Zrozumiałem znaczenie niektórych słów.
      „Dla potomnych […] pokoju. Walczymy do końca […] dominacja. Tylko Bóg pomoże. Modlitwa […] Dopomóż […] […] nam […] Eta-Kasjopeja. Odkrywco […] Zawiodło wszystko. […] […] […] Może zobaczy to archeolog. Lodowiec […] Dzwonnik […] […] Tak szybko zadziała! […] Ukryliśmy dorobek przed zniszczeniem. […] Żołnierze Chrześcijanie, inni niż odstępcy […] W […] zakładów ciężkich. […] tym lodowcu. Nie daj się niszczącym nas najeźdźcom […] […] […] Kasjopeja. Odszukaj pojazd […] […] […] […] […] Nadzieja […] czyta to ktoś […] powołany lub […] […] podobnie. Liczę na Cud, więc nie zawiedź mnie, mój Boże […] i ty, archeologu.”
     
Wstrząsnęło dogłębnie całym moim bytem,
gdy nagle swą Misję doczesną poznałem.
Wyszedłem dalej, niźli zamierzyłem
i więcej, niż pragnąłem, w zamian otrzymałem.

       
     

XII
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział XIII
XIV