XXI
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział XXII
XXIII

     XXII
     
      Resztki wąskiej drogi wiły się po zboczach,
a dzielny pojazd wspinał się po żwirze
na wiekowej trasie biegnącej pod wierzchołki
przez przełęcz o trzykilometrowej wysokości.
Po prawej stronie ogromna dolina
wrzynała się swym dnem w odległą grań,
a wokoło narastał mglisty klimat,
gdy podniosły się opary rosy.
Choć powierzchnia nie była pokryta dolomitem,
wszędzie czernił się ciemny granit skalny.
Samochód sunął krawędzią przepaści,
omijając oberwane fragmenty drogi.
      Wszyscy siedzieli z zapartym tchem,
ja zaś ostrożnie kierowałem autem terenowym.
Patrzyli z uwagą, jak pokonywałem zakręty.
Urwiska przestraszyły nawet asów lotnictwa.
Kto wybudował trakt do lodowca
w tak niedostępnym do jazdy terenie?
Już śnieg przykrywał postrzępione zbocza.
Znacznie przybliżyła się do nas przełęcz.
      Szutrostrada nie szczędziła nam serpentyn,
ostro zawracających za każdym razem,
a łuki miewały taką skrętność,
że koła z czasem traciły przyczepność…
      W milczeniu – czy to w strachu przed upadkiem,
czy w adoracji gór pośrodku kontynentu –
dotarliśmy wreszcie na sam szczyt,
gdzie ujrzeliśmy mnogie wyniesienia litej masy.
      Białe wierzchołki w dali sięgały ponad obłoki,
a pod nimi zatonęły koryta kotlin.
I po drugiej stronie nie było wcale
kolejnego wąwozu, lecz następny płaskowyż.
Nie wiedzieć czemu, zobaczyliśmy trawę.
Pojechaliśmy łagodnym spadkiem w dół
pośród oświetlonych południowym słońcem pastwisk.
      Lecz oto całość srożyła się coraz bardziej.
Choć byliśmy niżej, było coraz mniej wegetacji,
a mgła opanowała całe pole widzenia.
      Wjeżdżaliśmy jakby w mleczny ocean
wypełniający przestrzeń pomiędzy szczytami.
Zbocze po lewej zrobiło się mniej strome.
Niewielkie zwierzątka wylazły na drogę.
Zahamowałem. Były to jakby szczury,
stały jednak na dwóch łapach, prosząc o jedzenie.
      Wyszliśmy dokarmić te maskotki natury,
lecz Alicja rzekła, by tego nie czynić.
Nagle zobaczyłem oczko jeziorka
w dole. Całe było zamarznięte,
a mętna rzeka wpływała doń lodowymi krami.
Czyżbyśmy przybyli już na miejsce?
     
Mgła opadała, a my schodziliśmy
dosyć łatwym szlakiem, czasem uczęszczanym,
a pod nami odkrywał się tajemniczy widok
na coraz to dłuższy jęzor rozorany
brudnymi szczelinami o ciemnych kolorach,
jakby ten lodowiec był masą kamieni…
     
Lecz dawał o sobie coraz głośniej znać
przedpolem obfitym we wszelkie wydarzenia
jak wulkan, który dymi bez niczyjej pomocy,
tak mnóstwo ruchliwych działo się tam rzeczy.
Woda płynęła jakoby znikąd,
niosąc kry i odłamki czystej bieli;
błądziły one w labiryncie rzeczek,
szukając swej drogi do pełnego roztopienia.
     
Nie występowała tam ani jedna zieleń,
ani drzewo, ani rzadki mech, ani krzak,
jedynie pustynia obfita w słodkie wody,
przeciwieństwo suchych, gorących wydm.
Tu i tam skrajne warunki życia
ogałacały biosferę z organizmów.
      Znaleźliśmy się u podnóża lodowej masy,
uzbrojeni po zęby we wszelkie gadżety.
Mijaliśmy śmiercionośne, mroźne potoki,
skacząc po wielkich kamieniach pomiędzy nimi.
Szczeliny stwarzały ryzyko poślizgu,
a biegliśmy prędko, ciesząc się z przygody.
      Dotarliśmy do jeziora obok rwącej wody.
Mając okrągły kształt, więziło w sobie kry,
zachodzące na siebie bez pardonu ni ogłady,
pływające w kółko w niewykwintnej paradzie.
Sunęły w ślepym tańcu jak bakterie.
     
Stoki doliny, pokruszone u spodu,
zwaliły po bokach jęzora wiele kamieni.
Stopniowo pokryły powierzchnię warstwą pyłu,
tworząc zabrudzone ruchome ciało stałe.
Ciągnęło się daleko, aż po łańcuch szczytów.
Wydawało pomruki o niskiej częstotliwości.
      Jak odmiennie czuliśmy się tutaj, my, śmiałkowie,
w całkowicie innym, niż znaliśmy, świecie!
      Pionierzy odkrywania posiadłości Kosmosu
oczami i uszami odbierali bodźce,
jednocząc się z okolicą na sposób pierwotny,
kiedy myśli dotyczyły wyłącznie świetności
nowych zjawisk, rzeczy, czasów i miejsc!
     
Gdy spotykał się wzrok, ukryty pod hełmem,
wyrażał wiele emocji związanych z badaniami.
     
Podczas wyprawy po powierzchni innej już planety.
      …Pośrodku, gdzieś daleko od minionych wydarzeń,
na podejściu na czoło spękanej powierzchni
skorupy, w znanej wędrowcom radosnej samotności,
odebraliśmy spod lodu sygnały sejsmiczne.
To nie on do nas mówił, gospodarz doliny,
lecz ludzkie dokonania z owych czasów niewinnych,
ukryte dla nas – dla nas! – przed tylu wiekami…
Rentgen ukazał nam… gwiezdny statek…!

     
Prawie nie wierzyłem w to, co się działo,
gdy po wysadzeniu lodu zeszliśmy przez komin
do wciąż jeszcze otwartego wejścia,
w strukturę jakże nową, a jednak prastarą.
Kiedyś tak płytko ukryli ten skarb,
żebyśmy z łatwością go wydobyli na zewnątrz.
     
Wnętrze, które wtedy pokazywał hologram
nie różniło się wcale od tego realnego.
Strzałki na bocznych ścianach wskazywały, dokąd zmierzać,
prowadząc nas przez ów relikt do lepszej przyszłości.
     
Korytarze bez zbędnych przyrządów i komputerów,
jak gdyby urządzono tu pensjonat, a nie pokład,
sąsiadowały z małymi pokojami,
w których były fotele do zmagań z przeciążeniami.
Światełka powoli wiodły nas do celu,
zapalając się we wciąż sprawnym systemie.
Niewiele widzieliśmy ponad prosty chodnik,
czasami tylko początek przyległych pomieszczeń.
     
Choć całość była z wyglądu dość ascetyczna,
nic nie przemogło niezwykłych emocji
pobytu w miejscu, na które brakłoby opisu.
W kulminacji spełnienia archeologicznych marzeń
i nadziei pilotów na cudowne przeżycia
odnalazł się artefakt zaginionej spuścizny pokoleń.
     
Dotarliśmy w końcu do centrum, do sterowni,
gdzie na podłodze leżała księga,
a w niej list przeznaczony dla nas, odkrywców.
Spostrzegliśmy, że wygląda jak elementarz.
Te same słowa co wtedy na Dewonie,
to samo przesłanie co w hologramie
kryło się w pierwszych znajomych sentencjach,
lecz w kolejnych były same nieznane nowości.
     
W atmosferze studiów dawnej instrukcji
o nawigowaniu gwiezdnym pojazdem,
odczytywaliśmy radośnie prastare przesłanie
jak odkrywcy przebywający w sercach piramid…
      …Jak się okazało, ten wielki statek
był gotów do lotu i nadal w pełni sprawny,
lecz zaszła potrzeba znalezienia pewnej cząstki:
Dziwadełka.
      Piloci chłonęli całe partie lektury,
napisanej prostą mową specjalnie dla potomnych.
Pradawni pionierzy mocno się postarali,
by lot w nieznane na pewno mógł się odbyć.
      Poza Świętą Ziemię!!
      Transmiter oczekiwał na pierwsze czynności.
Połączony był z tachionowym nadajnikiem,
który ukryto na orbicie i w ten sposób przetrwał.
      Dokument proponował Eta-Kasjopeję.
Układ dwóch gwiazd w sensownej odległości.
Tam zachowała się pod koniec wielkiej wojny
pamięć o losach Oceanicznej.
      –*– Czy mogłabym nadać wiadomość braciom z Kasjopei?
     
–H– Ty pewnie najlepiej znasz tych spoza Ziemi. Możesz, ale jej treść uzgodnimy wspólnie.
     
Pamiętajcie, że trochę potrwa, nim tachiony przelecą przestrzeń. Może faktycznie zdamy się na moją siostrę? Ona wie, jak rozmawiać z tamtymi.
     
Nie sprzeciwili się, choć wzrosło napięcie.
Każdy pragnął, by przekazała jego własną wersję.
      –*– Pozdrawia was Ewa z Nigorii, bracia. W imieniu mieszkańców Oceanicznej i Ligi Wolnych Układów, zwracam się do obywateli systemu Eta-Kasjopei z prośbą. Pragniemy nauczyć was, jak żyć szczęśliwie teraz i na wieki dzięki Łasce Bożej, pochodzącej od Jedynego Boga, Zbawiciela świata. Jeżeli i wy chcielibyście poznać tę Tajemnicę i otrzymać od Tego, który Jest, Cenny Dar za pośrednictwem Ziemian i innych cieszących się ze znajomości Prawdy mieszkańców Wszechświata, gotowi jesteśmy odbyć do was lot, aby odwiedzić was – nieznajomych przyjaciół z Eta-Kasjopei. Możemy nawet pozostać u was na dłuższy czas, gdybyście okazali nam szczególną gościnność. Sami również zapraszamy na naszą planetę, o której dowiecie się przez jej Ambasadę, znaną już powszechnie w Lidze. Bracia, dla przyjęcia tego darmowego Dobra, otwórzcie, proszę, wasze serca, a na pewno niczego nie stracicie. Oczekujemy waszej odpowiedzi.
     
Skończyła. Nastało głuche milczenie,
w którym zmagano się jeszcze z niegasnącym echem.
Pogłos wypowiedzi wyciszył się dużo później,
jakby słowa same wydobywały się z przestrzeni.
Spojrzenia wszystkich utkwiły w martwym punkcie.
Nie na taką wypowiedź liczyli obecni.

       
     

XXI
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Pierwsza - Rozdział XXII
XXIII