VIII
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Druga - Rozdział IX
X

     IX
     
      Pozbawiona śladów roślinności pustynia
przyciągała uwagę ciekawością swej formy,
aż nie mogliśmy oderwać od niej wzroku.
Przedstawiała się z orbity w pełni okazałości,
skąpana w świetle promieni pobliskiego słońca.
Szykowała dla astronautów ciekawe przeżycia.
Nazwano ją kiedyś imieniem Mewona.
      Obiegała drugą gwiazdę w średniej odległości,
lecz nie posiadała wysokiej temperatury.
A co sprawiło, że wszyscy byli w szoku,
to atmosfera nadająca się do oddychania.
Pre-Akanejczycy nie wiedzieli, skąd się wzięła.
Sądzono, że być może była tam kiedyś biosfera.
Podobno odkryto w górach ślady osiedlenia,
znaleziono też tablice przedziwnej struktury,
wypełnione szyframi, których nikt dotąd nie złamał.
To tu spadły nasze podejrzenia
co do możliwości istnienia obcej kultury…
      Tuż przy mnie powstawały kolejny obrazy,
nie siedziała bowiem bezczynnie Agata:
sprzężona wzrokowo ze szkłem lunety,
szkicowała na kartce kształty powierzchni.
Wprawną dłonią kunsztownie narysowane,
układały się w wymyślny ornament.
Nie wiedziałem, kogo objąć swymi myślami,
czy piękną niewiastę, czy piękne ciało niebieskie.
W obecności mej lubej czułem pewność siebie,
skoro ona tu była i tolerowała mnie.
      — Gdzie lądujemy? Wypadałoby wybrać płaski teren.
     
–A– Dostrzegam majestatyczną równinę u stóp gór. W okolicy widzę kręte kaniony, dziesięciotysięczniki i jakby lasy.
     
–K– To Park Planetarny. Masz niezłe oko. To tu właśnie znaleźli tablice z kodami.
     
Chwile nieważkości urozmaiciły czas
przeznaczony na przejście do lądowników.
Okazało się, że nie służyły astronautce.
Upodobaną moją wzięło na wymioty.
     
Lecz na powrót nastały momenty zachwytu,
gdy powoli zbliżała się nie-płaska powierzchnia,
upstrzona wzgórzami w ilości bez liku.
      Osiedliśmy w punkcie o tak wspaniałej widoczności,
że zmalała wiara w realność otoczenia…
Przyjemny zapach nowego powietrza
sprawiał wrażenie, że to Oceaniczna…
  Temperatura zdawała się być całkiem znośna.
A przed sobą mieliśmy fantastyczny pejzaż.
      Pod nieboskłonem fioletowej atmosfery
piętrzyły się szczyty na całe kilometry,
tak potężne, że wyobraźnia zaraz zbłądziła
i poczęła snuć marzenia o ich zdobywaniu.
W kierunku dachu świata obniżał się teren,
zstępując ku wielkiej dziurze u podnóża gór,
będącej głębokim wąwozem o urwistych zboczach.
     
Lądownik towarowy też przybył na miejsce
i po chwili przygotowaliśmy mały samolot
do wyprawy w kierunku Parku Planetarnego.
Oddano więc w moje ręce ster.
Wystartowałem, osiągając szybko dużą wysokość,
po czym rozwinąłem dosyć dużą prędkość.
     
Mijaliśmy pagórki, sunąc między nimi,
aż wreszcie wznieśliśmy się ponad fałdy pustkowia.
Tak wiele było różnic w wysokościach,
że nie dało się zidentyfikować
drogi powrotnej bez uciekania się do techniki.
      –W– Totalna dzicz. Pewnie dlatego nikt tu nie mieszka. Ale muszę przyznać, że pierwszy raz widzę coś takiego.
     
Daleko z lewej, lecz bliżej niż inne wierzchołki
wznosiła się pojedyncza, oberwana góra,
jakby coś rozsadziło ją w potężnej eksplozji.
Wyglądała jak rozerwany erupcjami wulkan.
     
–K– Badania nigdy nie ujawniły aktywności sejsmicznej ani teraz, ani w przeszłości. To chyba przypadek.
     
–A– To naprawdę wygląda, jakby zostało zniszczone! Pozwól Danielu, że to sfilmuję. I nie kieruj tak gwałtownie, gdyż źle się czuję.
     
Przepraszam.
     
Dotarliśmy już prawie na miejsce.
Ujrzeliśmy z kabiny uszkodzone wzniesienie.
Faktycznie, nie mogliśmy zaprzeczyć intuicji,
że coś takiego nie występuje naturalnie.
Wielkie partie skał, jakby rozerwane,
tworzyły w okolicy liczne kratery,
zbyt małe, by mogły powstać z powodu meteoru,
gdyż ten spaliłby się w gęstej atmosferze.
      Fałdy przedgórza powoli się kończyły,
ustępując miejsca olbrzymiej depresji,
której dno nie było stąd widoczne dla oczu.
      Nieopodal pojawił się jeszcze głębszy wąwóz.
Mogło się okazać, że ten pierwszy
łączył się z tym drugim wielkim urwiskiem.
Po prawej zaś ujrzeliśmy podłużną grzędę.
A na dole połyskiwała woda.
      –K– To rzadkie, ale zdarza się w Parku Planetarnym.
     
Wzbiłem się, by ujrzeć, czy będzie bezpiecznie,
po czym dałem nura prosto w szczelinę.
      Chwycili się wszyscy za co popadło.
Już po kilku sekundach znalazłem się nad taflą.
Z obu stron wznosiły się pionowe zbocza,
usiane odblaskami tak samo jak woda.
Z powodu prędkości nie ujrzałem kształtów,
lecz Agata stwierdziła, że to blask kryształów.
      Widząc przed sobą cienkie przewężenie,
wzniosłem się z powrotem na bezpieczny
poziom. Ujrzałem po lewej stronie podwyższenie,
a pasażerowie prosili, żebym wylądował.
      Pojazd osiadł dostojnie na podeście wzniosłym,
ponad głębokim zbiornikiem mewonejskiej rosy,
który w tym miejscu sąsiadował z kanionem:
tym większym, wspanialszym i bez śladów cieczy.
Fragmenty widoczne ze skraju półki
zapierały dech w piersiach – i to na dłużej –
bogactwem ostro postrzępionych form skalnych,
jakby jakiś demon wyżył tutaj swój gniew.
      Nie stało się tak, jak wszyscy tego oczekiwali:
Agata porzuciła swoje rysunki,
wyraziwszy chęć powrotu do domu.
Prosiła, by ktoś zawiózł ją do promu.
Ścisnęło mi za serce. Nie znałem przyczyny,
dla której przyjaciółka zmieniła zdanie,
a nadchodziły raz po raz najgorsze obawy,
że to ja jestem za to odpowiedzialny.
      –A– Przepraszam, ale źle się czuję po tym locie. To nie dla mnie, jestem mało odporna.
     
Zastanawialiśmy się teraz, jak my to zrobimy:
czy przerwać eksplorację, czy też tego nie czynić,
czy tylko odstawić zmęczona pasażerkę,
a samemu odbyć pieszą wyprawę?
Wojciech powiedział, że warto się rozejrzeć,
by nie popełnić nieroztropnej decyzji.
Nie chcąc denerwować dziewczyny brawurowym
lotem, zaprogramowałem zdalną trajektorię.
Wojciech zaoferował się eskortować Agatę.
      Rozstaliśmy się z piękną niewiastą,
która towarzyszyła nam aż dotąd
a jej cenne uwagi pomogły nam w badaniach,
tak iż wszyscyśmy zatęsknili za nią.
      Po uściskach dłoni zostawiła mnie z Karolem,
a jej oczy nie zdradzały negatywnych emocji.
Nie dostrzegłem też głębszej przychylności,
choć zdało mi się, że dłużej przytrzymała mą dłoń.
      Teraz bez reszty pochłonęła mnie praca.
Przez jakiś czas zdalnie sterowałem,
oglądając z wysoka okazałe wąwozy.
Wykonałem z powietrza kilka zdjęć.
Na ich podstawie ustaliliśmy kierunek marszu.
      Zstąpiliśmy w końcu w gęsty las kamieni,
który rozciągał się przed nami na bliskiej przestrzeni.
Szło się wygodnie nad wyraz równym podłożem,
jakby precyzyjnie niegdyś wyrzeźbionym,
a z powierzchni wyrastały ostańce skalne,
coraz wyższe i wyższe jak kolumny pałacu.
Ze wszech stron otaczało nas kamienne miasto,
tworzące labirynt, stanowiący spójną całość.
Nasza ścieżka prowadziła w coraz większe nieznane.
Pre-Akanejczycy wyznaczyli ją kiedyś w Parku.
Na wszelki wypadek nieśliśmy lotnie,
które mogły posłużyć jako spadochrony.
Lekkie i praktyczne, szybko rozwijane,
dawały nam gwarancję bezpieczeństwa.
      Żyrokompas konsekwentnie wskazywał przejście,
unikaliśmy więc niepotrzebnego błądzenia,
szybko zmierzając do skraju przepaści.
      Wzrok zatrzymywał się nagle na prawdziwym drzewie,
które wraz z innymi ukazało się ponad nami.
Niebywale wysokie i potężne kolosy,
grube w swym obwodzie na dziesiątki metrów,
pobiły w swej niezwykłości wcześniejsze słupy skalne.
Nie wierzyłem zmysłom, ale było to bez sensu.
  Nie mogłem wszak zamykać się na namacalną prawdę.
      –K– To ścisły rezerwat. Jedna z kilku oaz na Mewonie. Te rośliny potrafią wybierać z gleby przeróżne pierwiastki i tworzyć z nich od podstaw związki organiczne.
     
Skąd mają węgiel? Skąd azot? Z powietrza?
     
–K– Nie wiem. Szkoda, że nie zabrałeś twych okularów spektralnych. Mam pewne podejrzenia co do tych kryształów. Pre-Akanejczycy nigdy dotąd ich tutaj nie odkryli – my jesteśmy pierwsi.
     
Schodziliśmy coraz niżej; mijały kwadranse,
a sforsowaliśmy dopiero niewielki odcinek.
Mieliśmy jednak dużo więcej przeżyć
i zaobserwowaliśmy więcej rzeczy,
niż gdybyśmy poruszali się samym pojazdem.
Czułem, że prawdziwie przebywam w obcej krainie,
gdyż osobiście ją odwiedziłem.
Dałem się ponieść temu, co dla nas skrywała –
kosmicznych turystów, zdobywców Wszechświata.
Ze sto razy wolniej niż ze sprzętem latającym
pokonywaliśmy kolejne etapy drogi.
Za to dużo lepiej wszystko zapamiętaliśmy.
Niewola grawitacji do czegoś się przydała.
      Nastało przerzedzenie wśród olbrzymów roślinnych.
Ujrzeliśmy to, co pobudzało marzenia:
pustą przestrzeń… pustą przestrzeń…
Urwiska, kanion i cel ścieżki – przepaść…
      Łzy przymgliły obraz o niewymownym wdzięku:
wielkie areały i rozległe powierzchnie,
wielopoziomowe twory królestwa topografii,
odmienne niż wszystko, co dotąd zobaczyłem.
      Wyrwa, sięgająca głębokości dwóch kilometrów,
rozgałęziała się, otwierając ogromną czeluść
o płaskim dnie, z którego sterczały pionowe skały.
Niektóre z nich osiągały pokaźne rozmiary
nawet w porównaniu z niedostępnymi
zapadliskami, wprowadzając dodatkowy chaos.
Kolory pustyni tak tu niepustynnej,
ciekawszej niż niejeden przepych rajskiej dżungli,
nadawały charakter całemu zakątkowi,
z którego słynął Park Planetarny…
      A w oddali jakże blisko niebosiężne góry
wystawały dumnie prosto znad rozpadliny,
prześcigając jedna drugą – ku większej wzniosłości…
      Karol przeżywał ten czas, głośno wołając
i wsłuchując się w złożone odpowiedzi echa.
Zamknął oczy, to znów otwierał i spoglądał w dal,
ciesząc się niezmiernie ze swej tutaj obecności.
     
Nim zaczęła się jeszcze gwiezdna wyprawa
doświadczyłem podobnych porywów,
gdy nad urwistym stokiem stanąłem ponad światem
i czułem, że wstępuję na pewną Ścieżkę,
która zaprowadzi mnie hen, najdalej…
Me stopy dotknęły już trzecią powierzchnię
planety, wyprzedzając najśmielsze marzenia.
Nieoczekiwanie nadeszło ich spełnienie.
      Jak wtedy, upodobana ma była gdzieś w pobliżu,
wędrując choć przez chwilę w mojej obecności.
Jak wówczas bardzo się w niej zakochałem
i doświadczyłem pierwszych oznak przychylności,
tak teraz stopniowo przekonywała się do mnie,
tolerując nawet moje wątpliwe zachowanie.
Utwierdziłem się w dokonanym wcześniej wyborze.
Pragnąłem, by postępowało zbliżanie się serc,
które złączą się kiedyś w miłości męża i żony.
      –W– Uwaga, zbliżam się do was! Zostawiłem Agatę na promie. Zajęła się przeglądaniem zdjęć. Jak się czujecie w kamiennym labiryncie uczynionym przez Stwórcę?
     
–K– Znaleźliśmy wspaniałe miejsce na skraju kanionu. Pobędziemy tu jeszcze chwilę, a Daniel zdalnie zastąpi autopilota podczas lądowania.
      — Posadzimy go tam w dole, na dnie; jest w miarę równo. Poza tym… zgadnij, co?
     
–K– Czytasz w moich myślach! Jak byłem młody i mieszkałem na Łacińskim Kontynencie, wspinałem się na wysokie przełęcze i szybowałem na lotni…
     
To było zanim przybyłeś do nas studiować?
     
–K– Tak… Uczyńmy to dla Jego Chwały!
     
–W– Pewnie, niech widzi, że Jego dzieci cieszą się tym, co dla nich stworzył! Zamierzacie więc skoczyć na lotniach w przepaść?
     
Dokładnie tak, Wojciechu. A teraz przygotuj się, postawię twój samolot.
     
Nad głowami przeleciała akanejska maszyna,
w kilkanaście sekund pokonując dystans,
jaki przeszliśmy w ciągu dwóch godzin.
     
I zanurzył się z hukiem w wąwóz pod nami,
by wylądować pomiędzy skalnymi półkami.
      Przygotowaliśmy skrzydła do szybowania.
Pierwszy sportowy wyczyn na mewonejskim gruncie
miał stać się słynny na długie lata…
      Spostrzegłem pod sobą pustkę, lecz nie czułem grozy,
gdyż powietrze samo niosło pojazd,
a wiatr najprzyjemniej w życiu smagał nas po twarzy,
inaczej niż w zamkniętych samolotach czy wagonach.
      To nie my mknęliśmy, lecz sunął krajobraz,
glob obracał się, a my, zawieszeni w punkcie,
łykaliśmy każdą najmniejszą sekundę
wiekopomnego sportowego przedstawienia…
To nie sen, to jawa pod fioletowym niebem!
U stóp szczytów, jakby malowanych,
nad ogromną przepastną wyrwą w skorupie
doświadczaliśmy wzruszającego szczęścia.
      A Karol uwielbiał Boga śpiewem oraz echem,
tak iż chór stu głosów podążał za nami.
      Czy istniała wspaniałość większa od obecnej?
W takiej sile działająca na zmysły człowieka?
Istniała… Czekała dla wybrańców w Małżeństwie –
najpiękniejsza i najgłębsza uciecha cielesna…
      Warto było wydostać się z Sol Centralis,
zasiedlać miasta, budować kolonię,
by po trudach wyprawy na dostojną Mewonę
i po niełatwym przejściu krętych labiryntów
dać się porwać podziwianiu piękna Stworzenia…
      Tak oto w zamian postanowiłem stronić
od lubieżnych pocałunków, intymnego dotyku
i wszelkich grzesznych cielesnych uczynków,
nawet jeśli dotąd nie miałem ku temu okazji.
Pragnąłem dotrwać do tej wspaniałej przyszłości,
gdy bez grzechu, w zupełnym oddaniu po Ślubie,
przeszedłszy przez wstrzemięźliwy okres narzeczeństwa,
w wielkiej pełni, większej niż pobliskie
monumentalne twory geologiczne,
odnajdziemy spełnienie w sakramentalnej Jedności,
wyrażając sobie Miłość, rodzącą nowe życie,
nie skalawszy wcześniej niewinnych sumień.
     
–A– To ja, Agata. Mam wam pilną wiadomość do przekazania. Moi drodzy przyjaciele: przyglądałam się zdjęciom i zauważyłam, że te wszystkie wąwozy to dzieło człowieka. Nie wiem, jak on to wyrzeźbił, ale jestem pełna podziwu. Układają się w taki napis: Liczby trzy i pół, daszek, nad nim dwa i pół i dalej jeden i pół. Ktoś chciał nam coś przekazać! A nam udało się to zauważyć.
     
–K– To szyfr poznany jeszcze na Oceanicznej!! Pewnie pozwoli nam odczytać te znalezione tu tablice. Dokonałaś wielkiego odkrycia, Agato! Ciekawe, czym rozpruli ten teren. Nie ma tu nawet śladów użycia broni nuklearnej. Musieli więc dysponować czymś innym. Może nawet Fenomenem. Tylko nie wiadomo, jak wykorzystać go do takich rzeczy.
     
–W– A więc niesłusznie myśleliśmy, że ten krajobraz to wyłączne dzieło Pana Boga. Autor tych rzeźb musiał jednak wzorować się na innych istniejących formacjach, uczynionych bezpośrednio przez Stwórcę. Bez nich nie byłoby tu tak ładnie.
     
To uzasadnia nasz podziw. Ale z drugiej strony Pan Bóg dał człowiekowi coś, co pozwala nawet na zmienianie rzeźby planety, jak i na jej terraformowanie. To On stworzył te wszystkie cząstki elementarne i prawa fizyki, które człowiek wykorzystuje ku Jego Chwale. Faktycznie, podziwialiśmy Jego Stworzenie, tylko w inny sposób niż bezpośredni. A propos cząstek: pamiętasz, Agato, te kryształy znad jeziora w wąwozie? Z czego się składają?
     
–A– Komputer mówi, że to jakiś azotek węgla.
     
–K– Jeden z najtwardszych minerałów i w niektórych właściwościach bardziej użyteczny od diamentu. Coś czuję, że ktoś od dawna przewidział naszą ekspedycję badawczą. I zostawił nam swój dorobek.
     


             

VIII
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Druga - Rozdział IX
X