V
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Druga - Rozdział VI
VII

     VI
     
      Cień, nie w pełni rzucany przez budowlę,
ogromną, przezroczystą i o szpiczastym kształcie,
barwił się cudnym tęczowym odcieniem
na przestrzeni całego kilometra.
Na jasnobłękitnym, kryształowym niebie
piętrzył się rzeźbiony w wielkim stylu diament.
To wystrzelała najwyższa katedra,
jaką kiedykolwiek postawił człowiek.
Wielki kościół, dopiero co wzniesiony
według planów genialnego ziemskiego architekta,
uwieńczył akanejską kolonię,
nadając słynny symbol światu dotąd bez znaczenia.
      Tak, tysiąc metrów pionie zajmował ten budynek,
pamiętam, jak kosmiczny statek przywiózł tutaj bryłę.
Fenomen pierwszy raz wytworzył stan nieważkości.
Z Morza Zeidy wycięły go lasery,
został wydobyty, przeniesiony, postawiony
i przez tysiące robotów obrobiony w formę,
aż powstała przezroczysta węglowa katedra,
wykonana z wielu strzelistych łuków i kątów
w litej masie najdroższego ze szlachetnych kamieni,
którego cena już niedługo miała się zmniejszyć.
     
Teraz miała odegrać dla nas poważną rolę
podczas uroczystości poświęcenia planety.
Miała w niej odbyć się Msza święta za kolonię.
      Stałem w środku i nie śmiałem podnieść wzroku,
by nie dostrzec sklepienia wysokiego jak niebiosa,
lecz sam Wszechświat przenikał przez ściany bez okien,
reflektując w pryzmatach wieloma kolorami.
      Na wielu poziomach zgromadzeni ludzie,
stojący na mostach zawieszonych nad mostami,
patrzyli na Ołtarz przez ogromne soczewki
transmitujące widok na Liturgię.
Jakkolwiek dużo było tej optyki,
w każdym miejscu ujrzano tylko jeden obraz,
przez co oczy, nie rozproszone ludzkimi dziełami,
oglądały nabożeństwo w pełnej koncentracji.
      Czytano z wiecznie aktualnego Pisma Świętego,
a wierni tym razem z uwagą czerpali
to, co nadeszło z Natchnienia Bożego.
A więc cała atmosfera niezwykłej świątyni
skierowała wiernym serca i uszy do słuchania;
oniemiały wszelkie usta, pozostając w ciszy,
tak że jeden tylko głos się rozlegał – Kapłana.
      Nawet harmonijna muzyka przestrzennych organów,
najnowszego dorobku akanejskiego rzemiosła,
niczym nie przytłoczyła Liturgii Ofiary,
tak iż każdy skupiał swe myśli na Panu.
To On miał za chwilę przebywać wśród nas,
jak zapowiedział przed wieloma tysiącami lat,
to On, Bóg Żywy, Pan Chwały przybywał
do wiernych w Sakramencie, prawdziwie, nie symbolicznie…
     
„Oto Baranek Boży…” – padły słowa duchownego,
który podniósł w ręku Ciało Chrystusa.
Uwierzyłem jeszcze bardziej niż zawsze, że faktycznie
obserwuję w swych oczach Realną Obecność.
Jak dziecko, zafascynowałem się tym,
że Nieskończenie Dobry Bóg ucieleśnił się
w Osobie Syna nie tylko przed wiekami,
lecz także tu i teraz – rzeczywiście
oraz substancjalnie: Bóg-z-Nami.
      Nie zwróciłem już nawet uwagi na sposób,
w jaki szafarze podawali Komunię wiernym.
Podlecieli tylko do mojego „mostu”
na platformach niwelujących siłę grawitacji,
na których skraju uklękliśmy nabożnie.
      Przyjąłem Jezusa Chrystusa w najdostojniejszej
katedrze, jaką zbudowano w historii,
wyciosanej z litej masy diamentowej,
w uroczystość poświęcenia nowej kolonii,
odtąd już powszechnie znanej jako chrześcijańska.

      Dzień miał się ku końcowi, zachodziły słońca,
a światła miejskie poczęły powoli się zapalać.
Z małego pomieszczenia tuż nad dzwonnicą,
roztaczał się imponująco rozległy widok.
      To Henryk wymyślił osadzenie mnie
na wierzchołku kryształowego kościoła.
Miałem stąd oglądać przez teleskop niebo.
Czy to dobrze, że na szczycie budynku sakralnego
umieszczono obserwatorium dla osoby świeckiej?
Lokalny hierarcha zgodził się na to wszystko.
Mówili, że znajdę tu inspirację dla nowych
wynalazków. Miejsce to miało sprzyjać kontemplacji.
Jeśli zechciałbym, mogłem przebywać tam w nocy.
     
Patrzyłem, jak powoli rozjaśnia się Akios
mimo nastających ciemności Kosmosu,
takich samych tu jak wszędzie na świecie,
choć trwających krócej z uwagi na dwa słońca.
Z kilometrowej góry daleko sięgał wzrok,
ogarniając połacie równinnych posiadłości
nabytych tanio przez wyzwolonych z izolacji…
      Zapaliłem latarnię. Dała dużo światłości,
a Krzyż, spowity w promiennych zorzach,
stał się nagle niezwykle okazały dla oczu.
Wraz z budowlą wzniecał tysiące iskierek –
refleksy najdoskonalszego kryształu.
Jak z bajki jawił się diamentowy symbol Akanium,
dziedzictwo świeckiej techniki i sztuki sakralnej.
Czy jego mury będą spełniać swe zadanie,
zwracając serca ku temu, co Najważniejsze,
a nie tylko ku doczesnym osiągnięciom kultury?
      Z wysokości krzyczeć chciałem o tym,
co dzisiaj dane mi było zaznać… i głosić
Obecność Prawdziwego Boga w Sakramencie,
nie tyle dzieląc się cudownymi doznaniami,
co przekazując rzetelnie chrześcijańską Prawdę…
      Panorama płasko położonej stolicy,
z mozaiką różnorodnych kolorów ulic,
kontrastowała z kolosem rozszczepiającym barwy.
Jego pion podobno widoczny był z orbity.
      Tam w dole po drogach sunęły glidery,
przewożąc mieszkańców do kolejnych lokalizacji.
Tam toczyło się życie obywateli
zatroskanych i radosnych, młodych i starych,
zimnych i letnich, i garstki gorących,
tych obojętnych na bliźnich i tych miłujących.
A wszystko to pod baldachimem miejskich instalacji,
dającym schronienie tysiącom kolonistów.
Wszystkie posiadały odpowiednie wygody,
a inwestycje szybko się zwracały,
gdyż cenna była każda nowa para rąk do pracy.
Bardzo szybko się tutaj bogacono.
     
Tam ktoś płomiennie zakochany snuł
marzenia o swojej umiłowanej połowie.
Niewidzialna sieć więzów łączyła każdych dwoje,
ci z pewnością marzyli o sobie,
o przebywaniu razem, choć teraz rozłączeni,
poprzedzielani od siebie pasmami osiedli.
A wszystkie te domy, budowle i gmachy,
drogi i rurociągi stwarzały taki komfort,
że mieszkańcy, obfitując w dobra doczesne,
z wielką Nadzieją spoglądali w przyszłość.
      I ja dołączyłem do nich z wieży kryształowej,
żywiąc Miłość do swojej wybranki.
     
Gdy opuszczałem taras, ostatnim spojrzeniem
objąłem stolicę Eta-Kasjopei.
Tam w dole wielu zagubionych powróciło
do Chrystusa, wyspowiadawszy się i przyjąwszy Go
do siebie pod Zasłoną Chleba. Odtąd inaczej
      wszystko postrzegali. Zmienili swe postępowanie.
Wysławiali Miłosierdzie Boga Wszechmogącego.
Dorobek owocnej pracy odjął im wiele trosk,
tak że w spokoju oddali się zajęciom wzniosłym,
nie troszcząc się o sprawy nazbyt podstawowe.
Przybycie na Akanium przyniosło im pomyślność.
     
Tak i ja skierowałem się ku sprawom duchowym,
a katedra swą sylwetką wskazała mi Drogę.
     


     

V
Dni Światła - Tom I - Dziedzictwo - Część Druga - Rozdział VI
VII