CZĘŚĆ CZWARTA
Dni Światła - Tom II - Pielgrzym - Część Czwarta - Rozdział II
III

     II
     
      Zadowolone twarze wyrażały radość
z uczestnictwa w zgromadzeniu Chrześcijan,
w pełni gotowych pójść naprzód i przeżywać
wyprawę, eksplorując, modląc się i bawiąc.
Nie spodziewałem się wcale takiego rozmachu
ani tylu oryginalnych uczestników misji.
      Szukałem wzrokiem moich najbliższych,
którzy mieli przybyć na to zaproszenie,
lecz widocznie wtopili się w tłum pięciuset osób.
Nie brakło Hagernejczyków, choć było onych niewiele
i trzymali się raczej na uboczu.
      W pewnym momencie spostrzegłem dostojną niewiastę,
której obecności tak bardzo pragnąłem.
Ucieszyłem się bardzo, że się pojawiła.
Wyglądała ładnie w niezwykłym ubiorze,
specjalnie przyszykowanym na tę okazję.
Fioletowe, błękitne i różowe kolory
podłużnie, jak łodygi, oplotły wdzięczną kobietę.
Zaś oblicze o idealnych, rzeźbionych rysach
wieńczyły zmyślnie uczesane włosy.
Ozdabiała wykwintną bez reszty planetę,
wzbudzając podziw w tęsknych moich oczach.
      Pracowali wszyscy nad organizacją pochodu,
mającego trwać tygodnie, jeśli nie miesiące.
Nieograniczony czas, będący zasługą pokoju,
starczał jednak, by spełnili swoje zadanie.
Dane mi zostało wspólnie z Agatą zarządzać
przygotowaniem rychłej ekskursji przez gęstą knieję.
Bez okazywania sobie uczuć poprzez gesty,
porozumiewaliśmy się bezsłownie,
wykonując pożyteczną pracę.
Zaplanowaliśmy razem przebycie przesieki,
wyciętej dla nas przez hagernejskiego robota.
Na odległej o kilka kilometrów stąd polanie
miał mieć miejsce pierwszy nasz przystanek,
który zamierzyliśmy przeznaczyć
na pierwszy wykład od początku eksploracji.
      Sielankowy czas, spędzony wespół z miłą dziewczyną,
został przerwany przez nieznaną osobistość,
w której rozpoznałem mieszkańca Świętej Ziemi,
spotkanego niegdyś na krótkiej wycieczce na wieś…
To on wtedy przewidział moje dzieje
a ja życzyłem mu, żebyśmy się spotkali.
I oto we dwóch byliśmy daleko od domu.
Spełniło się jego dawne marzenie –
opuścił zbożne życie czasów przedakanejskich
i jął wspólnie z nami podbijać obce światy.
Wzruszeni, pozdrowiliśmy się serdecznie.
      Nim opuszczono tymczasowy obóz,
zebrali się wszyscy na wspólny posiłek.
On przy mnie i jeszcze ktoś, trzymaliśmy się za ręce,
by wspólnie odmówić dziękczynną modlitwę.
Hymn zabrzmiał znad kilkudziesięciu stołami.
Czuliśmy pośród nas Bożą obecność.
      Życie tętniło naokoło, a ja, zamyślony,
jadłem i dumałem, co wydarzy się w przyszłości.
Oby takich dni było jak najwięcej!
      W najostatnim momencie przed godziną zero,
przed rozpoczęciem pielgrzymki w nieznane,
usłyszałem przez megafon doniosłe wołanie,
zachęcające do powierzenia wyprawy Panu.
To Wojciech okazał się tym wzywającym.
Jego współbracia odśpiewali słowa Psalmów,
nie omijali też co najważniejszych proroctw,
zakończonych wielbieniem znanym z Ewangelii,
które odnosiło się do Panny Przenajświętszej.
Drżenie podłoża zdradziło wtórowanie
gromady Kosmitów, modlących się z nami
za wstawiennictwem naszej wspólnej Patronki.
      Przybył więc wraz ze współbraćmi mój przyjaciel
i zaraz po zagłębieniu się w leśną wstęgę ścieżki
czym prędzej podszedł do mnie i serdecznie mnie objął.
Podjęliśmy rozmowę na temat sensu wyprawy.
      — Cieszę z twojej obecności, bracie. Co cię skłoniło, że mimo wątpliwości w zasadność tego przedsięwzięcia przyłączyłeś się do nas?
     
–W– Dlaczego zadajesz takie nierozumne pytanie, dowódco? Naszą Misją jest Ewangelizacja i dlatego znalazł się tutaj mój zakon. Kogo mieli wam przydzielić jako wsparcie duchowe? Nie myśl, proszę, że jesteśmy całkowicie niechętni temu przedsięwzięciu. Przecież nie może się zdarzyć nic, co jest sprzeczne z depozytem Wiary. A może trzeba będzie ochrzcić kolejnych Kosmitów. Ta mniemana zbieżność ich wierzeń z naszymi może tym bardziej przemawiać o wspólnym pochodzeniu, które jest koniecznością. Paradoksalnie odnalezienie istot wymienionych w hagernejskiej legendzie dałoby bardziej potwierdzenie monogenezy niż herezji wielu Objawień lub poligenezy.
     
To świetnie, że tylu oddanych Prawdzie ludzi zgromadziło się na tej misji.
     
–W– Tak, będą się doskonalić wewnętrznie i wielbić Pana Boga. Może to najlepsza forma podziękowania za pokój i odnalezienie kosmicznych kuzynów. My przypilnujemy, by nie zbłądzili w herezję. Dążmy do nieskazitelności jak Święci, którzy nam patronują!
     
Tak…
     
–W– Czyż jest coś lepszego niż dołączenie do ich grona? Spełniajmy więc swoje Powołanie. Skoro już uczestniczymy w wyprawie naukowej, postarajmy się zrobić, co do nas należy. Kwestię powodzenia misji pozostawmy Panu Bogu. Póki cel eksploracji nie wynika z negacji Prawd Wiary, póty jest wszystko w porządku. A nie wynika, gdyż opiera się na założeniu, że jedne było Objawienie – na Świętej Ziemi, być może dostrzeżone w jakiś sposób z daleka. Mniemam, że gdy już okaże się, że to, za czym podążaliśmy, było wyłącznie mitem, nie będziemy żałować spędzonego tutaj czasu, gdyż Łaski, z jakimi będzie się wiązać ta wyprawa, udoskonalą nas wewnętrznie i gdy wrócimy do siebie, rozpromienią one na naszych bliźnich. A dane, które zbiorą naukowcy, okażą się, mam nadzieję, pożyteczne dla naszej cywilizacji. Danielu, weź na serio moje słowa. Czerp z tego czasu i nie popełniaj błędów. Nie daj się uwieść brakowi umiaru ani pożądaniu. Jesteśmy tu dla Boga, nie dla samych siebie…
     
Gdy dotarliśmy do rozległej polany,
zarządzono postój pod rekolekcje,
które mieli odprawić bracia zakonni.
Odłączył się ode mnie mój towarzysz,
ja sam zaś przyłączyłem się do grupy nieznajomych.
Z jakiegoś powodu odczuwałem zmęczenie;
zmalała moja uwaga i skupienie.
      Rozpoczęli modlitwą i wyznaniem Wiary,
a większość ust głosiło to samo w Jedności,
aż miło było ujrzeć takie Świadectwo Prawdy.
      Coraz bardziej siliłem się na uwagę.
Agata patrzyła na mnie z oddali;
być może dostrzegłem jej ukryte tęsknoty.
Przypomniało mi to wyprawę w tych górach,
które obfitowały w urwiste stoki.
Również we mnie wzmogły się dawne uczucia.
Wiedziała, że myślę o niej i dawała znać, że wie.
Wprawiało mnie to w wielkie wzruszenie,
w którym nie zabrakło dręczącej mnie niepewności.
      Zakonnik mówił, żeby nie budować spichlerzy
dla ulotnych i marnych dóbr doczesnych,
będąc pomny na przemijanie doczesności.
Głoszono, by wszystko odnosić do Boga,
zawierzając się Jego Opatrzności,
gdyż On Jest Źródłem wszelkiego Dobra.
On je przydziela według uznania,
by nastała między ludźmi dalsza jego wymiana
i przez to wszyscy wzrastali w Miłości.
      Omówiliśmy w grupkach cały wykład,
dzieląc się odniesieniem go do naszego życia;
każdy wypowiadał się w swoim czasie,
a inni nie przerywali jego Świadectwa.
Kończyliśmy, mówiąc „Chwała Tobie, Panie”.
Prawda otworzyła wtedy nasze serca,
byśmy przekazywali sobie cenne doświadczenia.
      Na koniec, pod wieczór, miała miejsce Eucharystia,
na której wygłoszono krótkie kazanie.
      Mówili o konieczności uczestnictwa w Sakramentach,
a szczególnie spożywania Komunii Świętej,
o tym, jak dokonuje się przeistoczenie
chleba w Ciało naszego Zbawiciela
w Bezkrwawej Ofierze Boskiego Syna,
w Cudzie, który codziennie ma miejsce.
Działo się to dzięki niepojętej Dobroci Bożej.
Chrystus cierpiał za nas do ostatniego tchnienia,
byle Zbawienie było udziałem każdego człowieka,
który uwierzy w Niego i zachowa
w sobie Łaskę. Hagernejczycy zastygli w najwyższej uwadze,
ja sam zaś traciłem władzę nad swym ciałem.
Przyjmowali naukę w pełni zrozumienia
dzięki logice umysłów, otwartych na Wiarę.
      Gdy ruszaliśmy w dół zboczem, sam ledwo wstałem,
a mgła zasłoniła me zmęczone oczy.
Lecz oto para wodna rzeczywiście wypełniła
niewielki wąwóz przetrzebiony przez robota.
Przeróżne formacje wytworów przyrody
widniały w przekroju jak w jakichś podręcznikach,
dając wgląd w procesy, rządzące tym ciałem.
Niewiele mogłem ujrzeć przed sobą,
gdyż opary mocno przysłaniały drogę.
Okres obrotu Lawendy wokół osi
wynosił prawie półtorej doby,
a dzień, jak trwał, tak nie spieszył się z zakończeniem.
      Wreszcie otworzyła się większa przestrzeń,
ukazująca majestatyczne jezioro
o bardzo krętej linii brzegowej.
Patrząc na ów widok, odzyskałem
dobre samopoczucie, lecz nie znikła
zasłona, kładąca się na źrenicach.
      Ogarnął mnie nagle niepokój o zdrowie.
Zapytałem więc o pomoc dyżurnego medyka,
a ten zbadał moją osobę najnowszym sprzętem.
      –Lek– Nie wyzdrowiał pan w pełni ze wstrząsu, którego doświadczył pan na lodowej planecie. To potrwa dłużej, potem minie.
     
Jakże chciałem być teraz całkowicie sprawny!
Dowodzić bez przeszkód tą wielką wyprawą,
badać, zwiedzać, uczyć się i modlić,
w pełnej koncentracji spełniając obowiązki
i móc bez przeszkód rozmawiać z Agatą!
      Wtem zachwiały się pode mną nogi,
gdy dostrzegłem zbliżające się ku mnie zwierzę.
Wzmógł się we mnie mocno lęk przed istotami,
skoro to przez nie nabawiłem się choroby.
      Lekarz chwycił za urządzenia ochronne
i czekał, aż wydam rozkaz lub cokolwiek powiem.
      — Zbadaj je.
      Żyjątko dało się bez przeszkód podejść,
jakby samo prosiło o naukową opiekę.
      Wysokie na pół metra, podobne do żółwia,
może do ameby, wypukłe, o błyszczących tkankach.
Spektroskop podał informację o metalach,
obficie występujących w skorupach.
Odkryto też odmienną strukturę biologiczną.
Ujrzano w niej najlżejsze z pierwiastków chemicznych,
choć nadal występowała tam węglowa helisa.
      Neurograf stwierdził, że ów stwór nie myślał,
pośrednio będąc zwierzęciem i rośliną.
      Dlaczego więc bez przeszkód nas widział
i wyjątkowo łagodnie reagował
na gesty człowieka i sprzęt medyczny?
      Z powodu metali nazwaliśmy go – Berylak.
      Odkryliśmy przedziwną istotę, posiadającą
zupełnie inną naturę niż ziemskie organizmy!
Pochodzenie jej wskazywało na bagna lub wodę.
Może w głębinach kryły się jeszcze większe dziwy?
A najwięcej jezior zawierały równiny.
      Nim zasnąłem, wydałem odpowiedni rozkaz.
      Po „chwili” przebudziłem się – jakbym spał pod narkozą.
Gwiazda skryła się już pod horyzontem.
Czułem się lepiej, nawet całkiem dobrze.
Zdawało się, że minęła tylko chwila…
      Przeniesiono mnie na noszach na Mszę polową.
Wokół roztaczał się leśny krajobraz.
Tutaj zakończył pracę wyeksploatowany robot.
Jak w parku, z rzadka wyrastały tu pnącza,
podobne w budowie do jakiegoś ziemskiego drzewa,
brakło też podszycia, co dawało więcej miejsca.
      Kapłan głosił homilię z myślą o Kosmitach,
pragnąc przybliżyć im Osobę Syna Bożego.
Mówił, że Chrystus jako Człowiek podobny Jest do nas.
Przyjął Ciało wrażliwe na cierpienie,
mogące odczuwać ból, głód i pragnienie,
podatne na zmęczenie oraz senność,
a nawet śmierć.
      Wiedziałem, że Oponięta nie wątpią w podobieństwo
także do nich Syna Człowieczego
we wszystkim za wyjątkiem grzechu. Rozpoznali
w Nim zapewne i własnego „brata”,
łącząc swoją tożsamość z Ziemianami.
Choć Święta Ziemia nabrała wyjątkowości
przez to, że był podobny fizycznie bardziej do tych,
którzy na niej od zawsze mieszkali,
uwierzyli, że także dla nich przyszedł na świat,
by nie stracić żadnej duszy dla Niebiańskiej Wieczności,
choćby mieszkała w całkowicie zmutowanym ciele
o pochodzeniu budzącym wiele wątpliwości.
      On to zmartwychwstał po Swej Ofierze,
czego sam z siebie nie uczynił nikt poza Nim.
Jego Mądrość w Swej Nieskończonej Boskości
przewyższała wszelką ludzką wiedzę.
A On zachowywał posłuszeństwo względem Ojca,
dając nam przykład, jak postępować.
Bóg-Człowiek, niepomiernie uniżony poprzez Krzyż,
a od Początku i na Zawsze Współistotny
Temu, z którego został przed wiekami zrodzony.
      Imię Jego znaczy, że Bóg Istniejący
daje Zbawienie.
      Trójjedyny Bóg, JAHWE, „Jestem, który Jestem”,
nieskończenie miłujący nas, Swoje Dzieci.
      Przystąpiło do Komunii większość ludzkich osób…
Ziemianie i mieszkańcy Hagernewdy –
każdy w odpowiedni Sposób.

       

             

CZĘŚĆ CZWARTA
Dni Światła - Tom II - Pielgrzym - Część Czwarta - Rozdział II
III