IV
Dni Światła - Tom II - Pielgrzym - Część Czwarta - Rozdział V
VI

     V
     
      Wysiedliśmy we troje w środku kontynentu
u stóp średniej wysokości obłej góry,
należącej do samotnego masywu
porośniętego mieszanym drzewostanem,
z polanami usłanymi skupiskami krzewów.
Na prośbę Oponięcia mieliśmy iść pieszo:
czy to na nogach, czy też na bieżniku.
Pochyłość nie stanowiła przeszkody dla onego,
więc bez problemu ruszyliśmy przed siebie.
      Wierzchołek skryły gęste białe chmury.
Podobny fenomen dział się tutaj od zawsze.
Dzieliła nas doń niewielka odległość,
wynosząca tylko parę kilometrów.
Orzeźwiało nas przyjemnie wiosenne powietrze,
czyniąc nasz pochód lekko odprężającym.
Pragnąłem tu przyjść, aby zanieść modlitwę,
będącą wyrazem mojego dziękczynienia,
więc odrobina trudu też by się przydała.
Niestety, łagodna dróżka zmęczyć nam się nie dała,
oferując za to urocze leśne widoki.
      Elżbieta trzymała się blisko Leonięcia,
objaśniając onemu bogactwo otoczenia.
Ono zachwycało się na swój sposób drzewami.
Naokoło dla człowieczego oka jawiły się
piękne kolory, formujące całą paletę barw.
Ciemnozielone listowie okrywało brązy
niskich pni, gęsto obsadzonych gałęziami.
Podszyt tonął w seledynowych subtelnościach,
idąc z żółtą trawą w zawody o dostęp do słońca.
Półmrok zaś sprawiedliwie potraktował rywali,
równomiernie prowadząc rozproszone promienie.
Tylko gdzieniegdzie powalone drzewo,
obrośnięte kolejną roślinną sukcesją,
zdawało się czernieć jak wejście do pieczary.
Jego wnętrze zamieniło się w studnię,
wypełnioną wodą zmieszaną z czerwonym mułem,
budzącą podziw przepysznym kunsztem,
jakim obdarowana została przyroda.
      Leonię czuło sobą przepływ wody
i kołysanie się flory na łagodnym wietrze,
każdą opadającą gdzieś kropelkę rosy
i ścieżki insektów, i podziemne nory.
Najmniejsze drgania miękkiego lub twardego podłoża
w dźwiękach o przeróżnych częstotliwościach
docierały doń jak do nas barwy i światłocienie.
Elżbieta łączyła się z onym w emulacji doznań,
jakiej dostarczały jej odpowiednie przyrządy,
naśladujące obrazem to, co dla Kosmity
było naturalnym odbieraniem rzeczywistości,
wyrażonej w tętniących drganiach organizmów żywych.
      Tak wiele się działo, a jednak milczenie
królowało wśród przybyłych tutaj wędrowców.
Leonię i Elżbieta wysunęli się przede mnie,
miałem więc ich nieustannie na widoku.
Sylwetka jasnowłosej nie pozwalała
dumać o czymś innym niż swojej obecności
odbijającej się mimowolnie w mych oczach.
Obok toczyło się Oponię, kosmiczny krewny,
potęgując tylko mój podziw dla ich obojga.
      Obróciła się ku mnie, wskazując na polanę,
nad którą zawieszona była drewniana kładka.
Coś mnie ścisnęło, gdy ukazała mi
swoje przyjazne błękitne tęczówki.
Przypomniało mi się zdarzenie z lodowej planety
i jej słowa wyjaśniające, co czuła w duszy…
      Odwróciłem głowę, patrząc na przerzedzenie kniei.
Oto bagno, rozlane całymi hektarami,
przybrało pomarańczowo-czerwone odcienie,
uzupełniane gdzieniegdzie błękitem sadzawek.
Kładka chwiała się ponad kilkumetrową głębią.
Leonię odczuło lekkie przerażenie,
odkrywszy własnymi falami sejsmicznymi,
ilu ludzi utonęło tu przed nami…
      Na szczęście mgła odsłoniła szczyt w oddali
i teraz to zajęło naszą uwagę.
Obok siebie stały dwa wielkie zabytki:
kunsztownie skonstruowany metalowy kościół
oraz starsze od niego obserwatorium.
Tutaj, po zdobyciu pierwszego pozasłonecznego
układu gwiezdnego, na Cześć Opatrzności
wzniesiono świątynię w niebywałej wdzięczności.
Obszar ten za czasów izolacji był zamknięty,
by nie przypominać nikomu o pradawnych czynach,
dokonanych przez mieszkańców Świętej Ziemi, Chrześcijan.
Lecz nawet teraz nie spotkaliśmy innych wędrowców.
      Uschnięte konary wyrastały z breji,
potęgując napięcie związane z moczarami.
Niedługo trwało to niebezpiecznie przejście;
stanęliśmy wreszcie na twardym podłożu.
Cel przybliżył się do nas, a my do siebie,
idąc ramię w ramię i bieżnik w stopę.
Tu las ustąpił polanom obsianym krzewami
a pochyłość stoku góry nieznacznie wzrosła.
      W pobliżu znajdowały się pamiątkowe
tablice z wypisem ważnych osobistości,
które odwiedziły te malownicze rejony.
Nad nią górował Krzyż, informując bezsprzecznie,
iż miejsce to miało znaczenie dla wierzących.
Tysiące, miliony a może miliardy
wydeptały swego czasu tę ścieżkę.
Jak wiele zapomnienia wprowadziła wojna!
Elżbiecie spłynęły po policzkach łzy,
wzruszonej smutnymi dziejami Oceanicznej.
Leonię poprosiło o wyjaśnienie,
ale jej od nas nie uzyskało.
      Łagodną wspinaczkę naznaczyło więc cierpienie,
nie ukojone bynajmniej przez pogodę,
która porozlewała się wkoło
przenikliwą i gęstą jak mleko mgłą,
zraszającą wszystko delikatną mżawką.
      Nadal nie odzywaliśmy się z Elżbietą do siebie,
aż stało się to z czasem niewygodne.
Mimo to świadomość obecności
tej pociągającej mnie kobiety,
mocno owładnęła moim umysłem.
Chciałem zakończyć to krępujące milczenie,
by nie kontemplować nieustannie – jej.
      Wtem ukazał się na naszej drodze wilk.
Leonię podjechało doń, sądząc naiwnie,
że został przez człowieka oswojony.
Usłyszałem ponure warknięcie zwierzęcia,
a Kosmita zamarł pod wpływem drgań powietrza.
Psowaty powąchał podejrzliwie Oponię,
zaskoczony napotkaniem twardego pancerza.
Wilk oparł swe łapy na obłości bieżnika.
Jego właściciel, cofnąwszy się, zsunął napastnika.
Przestraszyła się bestia, lecz jeszcze nie odeszła,
spoglądając pytająco na nas, Ziemian.
      Wyciągnąłem miotacz, lecz w tym momencie
odszedł drapieżnik, wyraźnie zrezygnowany.
Wraz z Elżbietą głośno się zaśmialiśmy.
Poczęliśmy komentować zabawne wydarzenie.
Znaleźliśmy się w końcu u wejścia do świątyni.
      W kościele wzniesionym na tytanowym szkielecie,
przypominającym nieco akanejską katedrę,
ujrzeliśmy stałą holograficzną projekcję
homilii pamiętającej jeszcze dawne czasy,
przetłumaczonej na zrozumiały dla nas język.
      Nie spotkaliśmy Kapłana ani wiernych,
zwykłych przychodzić tu na niedzielne Msze Święte.
Czyżby w zamian masowo odwiedzano Akanium
i jej niebosiężną ozdobę z czystego kryształu?
      „[…] do wszystkich astronautów. Uniżajcie się, jak kiedyś ów Święty, który powiedział, że jest jak paralityk i sam niczego nie potrafi. Tak i wy nie sami z siebie czyńcie, lecz pozwólcie działać w was Bogu. Panna, która ukazała się Czerwonoskóremu, poprowadzi was, zdobywców i ewangelizatorów. Dzięki jego pracy misyjnej nawróciło się wiele mieszkańców Nowego Kontynentu. Wy również zawierzcie się Jej i módlcie się Jej modlitwą. Wierzymy, że Ona powiedzie was ku Nowym Światom i wybłaga Łaski nawrócenia dla wszystkich ich mieszkańców […]”
     
Zwaliła mnie na kolana ta pisana wypowiedź:
już bowiem raz w dzienniczku na pewnym kosmicznym globie
kosmonauci odnosili się do Niewiasty.
Leonię oznajmiło, że być może to Ona
– Ta, dzięki której się nawrócili.
Elżbieta rozwarła piękne usta, zaskoczona,
że taki właśnie obrót przyjęły sprawy.
      Przypomniałem sobie w tej chwili również o Alicji…
      „[…] Chrystus powiedział: <<Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. […] To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne. A ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.>> Od Wiary w Niego, w Jezusa, potwierdzonej uczynkami, zależy nasze Zbawienie! Wierzmy w osobowego, obecnego Chrystusa, bądźmy jak najpełniej świadomi, przyjmując Go w Ciele i Krwi, Duszy i Bóstwie w Komunii Świętej. Poręką Przyszłych Dóbr jest Wiara, jak głosił Apostoł, a Cuda same w sobie nią nie są, choć świadczą o Bożej Dobroci. Oglądanie Cudów nie powstrzymało ludzi przed skazaniem Syna Człowieczego, Chrystusa, na śmierć. Wiara jest Łaską, rozszerzajmy ją więc przez Ewangelizację, przez Słowo, i obwieszczajmy Obecność Boga w Sakramentach Świętych, aby kierować serca ku Wierze, a nie samym uczuciom […]”
     
Spojrzałem na ikonę Dziewicy Maryi
i namiętności me utopiły się w Jej powadze.
Nie przeszkadzała mi bliskość niewiasty śnieżnowłosej.
      Przed Obecnością w Tabernakulum nad Ołtarzem
złożyłem wdzięczność za misje kosmiczne.
Opuściliśmy radośnie tytanowy zabytek
i zaczęliśmy swobodnie ze sobą konwersować.
      Wybiegliśmy marzeniami do chwil przyszłych,
wymyślając kolejne gwiezdne podboje,
wizje koegzystencji Ziemian i Hagernejczyków
i masowe nawracanie zagubionych dusz…
Opowiedziała mi o swej wizji społeczeństwa
tęchnącego niczym niezakłóconym pokojem,
majętnością i przestrzeganiem Praw danych od Boga.
Pragnęła bardziej sprawiedliwego ustroju,
jednocześnie pełnego odpowiedzialnej wolności,
chroniącego nienaruszalność osoby
oraz własność rzeczy, a także treści w mediach
przed kłamstwem i zniewalającymi zgorszeniami.
Ja dodałem, że potrzebna jest osoba Monarchy,
który reprezentowałby chrześcijańskie wartości
i stał na straży ustanowionego porządku.
Powrót do czasów nie znających stagnacji,
a pamiętających tego typu rozwiązania,
byłaby paradoksalnie wielkim krokiem naprzód.
Zaś moralny, ekonomiczny i techniczny rozwój
pozwalałby potomnym skupić się na bardziej
duchowych sprawach niż tylko zabieganie o byt
w świecie pełnym zgorszenia, marnotrawstwa, niewoli,
wojen oraz intelektualnej miernoty.
      Niebywale doświadczona i mądra kobieta,
której nic a nic nie brakowało
w zewnętrznych oraz wewnętrznych cechach,
współdziałała ze mną teraz całym bogactwem
swej osoby, próbując dawać z siebie jak najwięcej.
      Oby nigdy nie było za mało
takich wspaniałych ludzi jak Elżbieta…
      Najatrakcyjniejsza osoba na świecie.
  

     

IV
Dni Światła - Tom II - Pielgrzym - Część Czwarta - Rozdział V
VI