II
Dni Światła - Tom III - Memento - Część Piąta - Rozdział III
IV

     III
     
      Ponure budynki, z zewnątrz zaniedbane,
wysokie na pół kilometra, masywne,
o dużo szerszej prostokątnej podstawie,
bez okien ani wzorów na szarawych ścianach,
mieściły w sobie tysiące mieszkańców,
wegetujących w wirtualnych światach.
Podtrzymywane to było przez pobliską fabrykę,
będącą na usługach bezczynnej próżności.
Dla uczestników VR liczyła się jedynie
ilość doznanych bodźców zmysłowych.
      W czasie, gdy uciekinierzy z Ambasady
poszukiwali utraconej łączności
z jakimkolwiek krajem z Ligii Wolnych Układów,
ja poszedłem zwiedzić tę starą planetę,
zasiedlaną na samym początku kolonizacji,
o bardzo dziwacznej nazwie Ritofel.
      Nadzy mieszkańcy mijali mnie we dwoje
lub nawet dwóch, nie krępując się swojej rozwiązłości.
Posiadali bardzo złudną „wolność”,
poddani żądzom dzikiej namiętności.
Już dawno zrezygnowali ze spraw głębszej istoty,
odczłowieczając w rozpuście rozumne istnienie…
Nikt nie przejmował się kilkoma przybyszami
pragnącymi nieść ratunek światu;
nic tu nie działało w bezwolnej anarchii
prócz centrów VR i wspierających je zakładów.
      Nie wszystko jednak aż tak odrealniono;
znaleźli się amatorzy rozumniejszej zabawy,
zamieszkujący zabytki pradawnej kolonii,
trzymający to wszystko w jakichś ryzach.
Normalne ulice, parki oraz domy,
urzędy, miejsca schadzek oraz boiska…
      Wstąpiłem do jednego z budynków, by sprawdzić,
co się dzieje w tym rzekomo normalniejszym świecie.
      Przystojnie wyniośli zarządcy tego miejsca
maltretowali prądem zniewolone sługi,
rozmawiając o tym, jak zniszczyć ludzi,
którzy nie akceptowali ich ideologii
oraz rozprawić się Oceaniczną i Akanium.
Przez moment pomyślałem, że to z tego układu
zaatakowano nas wtedy w Ambasadzie,
lecz to echa niedawno skończonej wojny
wciąż jeszcze gościły w pysznych sercach.
Wszak z końcem konfliktu nie rozwiązały się jeszcze
bardzo powszechne systemy totalitarne,
w których walka ze „wspólnym nieprzyjacielem”
potrzebna była, by odwrócić uwagę uciskanych
społeczeństw od niemoralności samego ustroju.
      Ozdoby z przeróżnych znaków i symboli
kultywowanej tu jakiejś nowej „religii”
pobudzały ku złości i przesądnemu lękowi.
Przesądy bowiem zabijały wszelkie Cnoty:
niszczyły Nadzieję koszmarem niepewności,
odzierały Wiarę z Niezmiennej Prawdy,
a Miłość gasiły surrealizmem pozorów.
      Jak wiele było dusz na drodze do Piekła!
O wiele gorzej mieli tutejsi żywi
niż ci, którzy ginęli na wojnie,
a zdążyli pojednać się z Bogiem.
      Ta cywilizacja upadła już przed wiekami.
Powoli zamieniała się w skansen.
Niegdyś jej członkowie nakazali niszczyć Wiarę.
Teraz sami otaczani byli przez wiernych
z kolejnych nawracających się układów.
      Stanąłem przed bluźnierczo kłamliwymi obrazami,
przedstawiającymi człowieka
„udoskonalonego” przez eksperyment genetyczny,
który zwycięsko deptał ciało wadliwego płodu.
A obok, pod ścianą, umierał jeniec wojenny.
Nie przeszkadzało to pobliskiej parze w całowaniu.
      Jakże widoczna była pogarda dla słabszych!
      Podbiegłem do biedaka, by mu zwyczajnie pomóc,
a on patrzył na mnie, drżąc z przerażenia.
      –Nieznajomy– Mogli mnie zabić jako płód, gdyż jestem gorszy niż inni.
     
Co mówisz! Nawet ty wierzysz w te brednie? Słyszałeś o Bogu?
     
–Nieznajomy– Tak. Bogowie to nadludzie; ja nie jestem im już przydatny.
     
Jest Jeden Bóg. Dla Niego każdy ma znaczenie. Chodź, pomogę tobie…
      Chwycono mnie pod ramię, nim zdołałem spostrzec
i zabrano przemocą do glidera.
Krzyczałem, że tam w bólu ginie człowiek,
a ja posiadam immunitet dyplomatyczny.
Dopiero gdy zrozumieli, że kolory mych włosów
świadczą być może o manipulacjach genetycznych,
wypuścili mnie, dając na przyszłość pouczenie,
bym nie czynił dobrze podludziom bez zysku dla siebie.
Protestowałem, mówiąc, że Miłość każe
nieść pomoc potrzebującym. Wyraźnie zniesmaczeni,
zabronili głoszenia takich poglądów.
      Wtem w duszy zdałem sobie sprawę,
że w owym biedaku wzrosła Nadzieja,
dzięki krótkiemu Świadectwu, które mu okazałem.
Pozwoliła mu być może przetrwać próbę bólu.
      Ruszyłem znów w losowym kierunku,
spodziewając się zobaczyć jeszcze inne rzeczy.
      Wybiegły zza rogu uzbrojone dzieci
i, celując w siebie, zaczęły strzelać.
Patrzyłem, jak padają jedno za drugim,
leżąc niejako ciężko zakrwawione.
Gdy tylko znikła imitacja, wstały
i rozpoczęły kolejne rundy
dziecięcej gry w dorosłe zabijanie.
      Przekleństwa i nienawiść były przy tym gorsze
niż to przekonująco wierne symulowanie,
które mogło im się kiedyś przydać militarnie.
      Rodzice nie zajmowali się wcale wychowaniem,
zajęci swą pozycją w planetarnej hierarchii,
niewoleniem kolejnych pokoleń
lub bardziej lub mniej wirtualnym nierządem.
Biorąc zły przykład, porzucone dzieci
stawały się podobne do swych wychowawców.
Od tysięcy lat działało to zepsute prawo.
A do tego państwo odbierało
potomstwo tym obywatelom, którzy pragnęli
wychowywać je choć trochę moralnie.
      Zauważyłem inny plakat, już nie zdjęcie,
gdzie nad łodygami pewnych kwiatów
unosił się grzyb atomowej eksplozji.
Na pnączach znalazło się coś kosmatego.
      Przypadek… przypadek… przypadek… Przypadek.
      Co kryło się jeszcze na tej planecie?
      Rozejrzałem się. Pragnąłem, by oczy me
ujrzały wreszcie coś choć trochę dobrego.
Nie chciałem, by Bóg skazał ten ląd na zagładę.
Czy wszyscy zbłądzili z chrześcijańskiej Drogi?
Może znalazłoby się tu choć kilka czystych serc?
Lecz nawet, gdyby miało nadejść spustoszenie,
Pan zlitowałby się po wymierzeniu kary,
nie odtrącając tego świata zupełnie.
      Wtem z wrażenia niemal wrosłem w ziemię.
      Z ogłoszenia na murze patrzyła niewiasta
piękna i dostojna, wykwintnie odziana,
ciemne włosy lśniły brązowym blaskiem,
duże, przymrużone oczy spoglądały na mnie,
osadzone na wybitnie gładkiej twarzy.
Smukłe ciało wypełniało wiśniową suknię,
powiewającą na łagodnym wietrze.
W dłoniach trzymała muzyczny instrument:
na wpół strunową, na wpół laserową harfę.
      To była Agata!
Właśnie tutaj koncertowała!
      Przeczytałem dokładnie, gdzie mam się udać.
Pobiegłem, by ujrzeć ukochaną.
      Według plakatu, właśnie zaczęło się przedstawienie.
Bez przeszkód dotarłem we wskazane miejsce.
Okazało się, że występ się opóźniał.
Spostrzegłem ją, jak przygotowywała sekwencer.
Nie mogła jednak kierować wzroku pod światło,
zatem nie zauważyła mego przyjścia.
      Gdy profesjonalnie przygotowała urządzenia,
rozpoczęła się interaktywna przygoda.
Oto zobaczyliśmy świetlany obraz,
wygenerowany holograficznie wokół nas.
Wirtualna rzeczywistość nie była inwazyjna –
inaczej niż w halach powszechnego zatracenia.
Mogliśmy delikatnie oglądać i słuchać
to, co wykreowała jedna osoba.
      Pokazywała im krajobrazy ze Świętej Ziemi,
przede wszystkim przeróżne strzeliste katedry,
a słowa, śpiewane doskonałym głosem,
jeżyły wszystkim włosy na głowie.
Każdy obraz, wyjątkowo realistyczny,
budzący we mnie nostalgiczne uczucie,
docierał do serc, trawionych przez ateizm.
Prawda, przedstawiona w sposób bardzo plastyczny,
pozyskała dla Kościoła nowych wiernych,
u których dawniejsza nienawiść do wszystkiego
zastąpiona została pragnieniem czegoś dobrego,
łaknieniem tego, co wymazano niegdyś z pamięci,
a co odzywało się z głębin znieczulonych sumień.
      Inteligentna i mądra dziewczyna
odezwała się pod koniec utworu do zebranych:
      –A– Pochodzę z Oceanicznej. Jeśli chcecie zobaczyć i poznać więcej, przybędą do was nasi misjonarze z Akanium. Tymczasem wsłuchajcie się w to, czego nie znacie. Poznajcie rzeczywistość głębszą niż tylko ta dostępna dla zmysłów!
      Nagle uduchowiona i religijna artystka
zaczęła wykonywać muzycznie Psalmy;
wzywając po raz pierwszy od dawna Imię Boże
nad Ritofelem, pogrążonym w niewierze.
      Począłem przeciskać się do Agaty, ku scenie,
ona, choć zajęta, zerknęła w moją stronę,
ale wydało się, że nie zauważyła rodaka,
oślepiona przez blaski trójwymiarowego światła.
      Muzyka spokojnie wygasła w pewnej chwili.
Zebrani na sali kompletnie umilkli.
      Podano z głośników wiadomość o wojnie.
Nikt nie popadł w popłoch. Dalej stali spokojnie.
      –A– Bracia… moi. Muszę was teraz opuścić. Zachowajcie, proszę, wspomnienie tego, czego dziś doświadczyliście.
      Krzyknąłem do umiłowanej, lecz znikła za sceną.
      Nagle Karol odezwał się przez radio.
      –K– Na orbicie jest akanejski statek kosmiczny poruszający się przy użyciu Fenomenu. Podobno Agata miała tutaj występy. Właśnie nawiązałem z nimi łączność, lecz nie potrafią nas zidentyfikować. Boją się Ritofelian. Będziemy czekać.
      Usiadłem na ziemi, wciąż patrząc na niebo.
Jak bardzo tęskniłem za ukochaną!
Jak wciąż pragnąłem, by była w pobliżu.
Niedawna utrata wzajemności
na powrót sprawiła mi wielki ból.
      Wewnętrznie natchniony, zacząłem się modlić.
Powierzyłem Panu naszą relację.
      Wyraziłem pragnienie obecności towarzyszki,
z którą wspólnie założyłbym rodzinę,
jednocześnie nadal służąc bliźnim
w czasie trwania tej doczesnej pielgrzymki.
      Z płaczem położyłem się Krzyżem na trawie.
W Charyzmacie Języków wyznałem,
że pragnę wiązać swą przyszłość z Sakramentem Małżeństwa…
      Do mej pamięci zastukały dobre wspomnienia,
ukazujące różne radosne momenty.
Zrozumiałem, że Dobro zwycięża nad złem,
choćbym miał czekać na efekt aż do śmierci.
Chciałem nadal żyć w przyjaźni z Chrystusem,
mimo różnych doczesnych przeciwności.
On to Jest dla nas Drogą, Prawdą i Życiem.
On to ukazał nam odkupieńczy sens cierpienia.
      — Racz wspomnieć na prośbę mą, Panie!!
      Coś wzbudziło w mej duszy ufną Nadzieję…
      A jednak Agata spojrzała mi wtedy w oczy,
gdy nasz wzrok spotkał się na koncercie
i rozpoznała, kto taki się w nią wpatruje…
Albowiem wysłano nam lądownik,
do którego wnętrza zaproszono nas oboje.
      Odbyłem z nią przyjazną rozmowę,
zdradzając swym zachowaniem to, co do niej czuję.
      Przejęła się tym uzewnętrznieniem Miłości.

       
     

II
Dni Światła - Tom III - Memento - Część Piąta - Rozdział III
IV