XI
Dni Światła - Tom III - Memento - Część Szósta - Rozdział XII
XIII

     XII
     
      Radość zdobywania zupełnie nowych miejsc,
poznawania światów dotąd nieodwiedzonych
i wspólna eksploracja z ukochaną dziewczyną
wyznaczały nam czas spędzony w nowym systemie,
który właśnie zamierzaliśmy zbadać.
To tutaj mogła kiedyś dotrzeć materia z Nigorii.
Jasne słońce otaczało trzy ciała,
znajdujące się w dość obiecującej odległości,
aby na każdym z nich mogło rozmnożyć się życie,
które zostało zasiane dzięki zarodnikom.
Okazało się, iż nawet całe lata świetlne
mogły przelecieć zahibernowane przetrwalniki.
Musiały one trafić do niszy
o dość korzystnych warunkach biochemicznych,
by od razu same zaczęły terraformować świat.
      Pozostałe planety, niezainfekowane,
prezentowały się podobnie do innych takich,
jednak układy chmur, pierścienie i lody,
księżyce, a na nich kaldery i wulkany,
urwiska, oceany podpowierzchniowe,
ciecze i breje, gejzery i kanały
również zasługiwały na eksplorację.
Małżonka ma pospiesznie wykonywała szkic,
aby później sportretować te ciała na obrazie.
Siedząc obok niej i głaszcząc bujne włosy,
drugą ręką wydawałem polecenie statkowi,
aby wylądował na pierwszym, gorącym globie.
      Podczerwień ukazała liczne górskie wierzchołki
wyrastające z bezkresnej i ognistej „Sahary”.
Tuż przy samej powierzchni atmosfera
formowała mgłę. Chcieliśmy odwiedzić różne miejsca,
nieskrępowani sztywnym harmonogramem.
      Ostatni raz pocałowałem Agatę,
zanim każdy z nas założył ochronny skafander
i, opuściliśmy pojazd, postawił pierwsze kroki.
Niewyraźne kształty, przebijające przez opary,
pozostały zamglone na nasze życzenie.
Nie skorzystaliśmy z dobrodziejstw projektora,
by nadal oglądać siebie w naturalnym świetle.
Prze szybkę wciąż jeszcze widziałem jej piękną twarz.
      Ukoił nas pobyt tutaj, pośród dzieł Stworzenia,
odsłanianych tajemniczo spod białego mleka.
      Biegliśmy po rozrzuconych wszędzie kamieniach,
to gubiąc się, to odnajdując ponownie.
      Luba ma nagle znikła mi z pola widzenia.
Zgadłem, że pragnie, bym ją odnalazł.
Nie korzystając z żadnego wspomagania,
na wyczucie obierałem kierunek.
Zobaczyłem stertę usypanych skał.
A więc bawiła się ze mną zaczepnie i zalotnie.
Wspinałem się teraz na jakieś wzgórze.
Powoli wynurzałem się z gęstej mgły,
w miarę jak pokonywałem kolejne metry wzwyż.
      Na niewielkiej ścianie przypięte były malowidła.
Przedstawiały krajobraz widziany jej oczami.
Podszedłem wyżej i rozejrzałem się wokół.
Trudno było zlokalizować ten rejon.
Musiała naprawdę szybko biec przede mną!
Spanikowałem. Nie potrafiłem określić,
co takiego widziała, gdy sporządzała obrazy.
      Coś mi mówiło, bym przyjrzał się dokładniej,
ale obserwując je z odległości paru kroków.
Faktycznie, ujawniła się całkiem nowa treść.
Szczegóły zlały się w zarys sylwetki.
Tej samej, którą tak często się zachwycałem.
      Oto sunął nade mną mały pojazd.
Musiała wrócić po niego do promu.
Minęła mnie i wzleciała nad góry,
a ja czym prędzej pobiegłem po drugi.
      Będąc w swoim lotniczym żywiole,
bez trudu przechwyciłem jej samolot
i wykonałem karkołomny abordaż.
Gdy tylko zrzuciłem z siebie kombinezon,
odkryłem, że ubrania zastępcze nigdzie nie leżą…
      Wstąpiwszy do kabiny, ujrzałem mą najdroższą,
jak spokojnie siedziała nago przy kokpicie.
Jej dumna postawa zupełnie wystarczała,
by za normalność przyjąć obraz jej ciała,
jakby człowiek nigdy nie nosił odzienia,
bez ryzyka, że ktoś wyrządzi mu krzywdę.
Nie było tu oczywiście nikogo innego,
kto z powodu tej sytuacji doznałby zgorszenia.
Gdyby jednak był, wtedy pożądliwość
i chęć zaspokojenia cielesnych rządz
czyniłyby gwałt na naszej ludzkiej godności,
sprowadzając nas do roli przedmiotów.
Na szczęście wstyd chronił nas przed tym wszystkim –
jedynie dla siebie samych się obnażyliśmy.
      Pod nami połacie całkiem nowych,
integralnie wulkanicznych lądów,
które chwilowo samotnie zasiedliliśmy,
ukazywały ogień wypływającej lawy,
który i we mnie płonął, gdy siadłem obok Agaty.
Lecz kobieta, dostojnie spoglądając w dal,
onieśmieliła mnie swoim zachowaniem.
Teraz patrzyliśmy razem. Chwyciłem jej dłoń.
      Zdałem sobie sprawę z ogromności planety,
jej usłania aż po kraniec krajobrazami,
tej wielości gruntu, którą dał nam Pan w posiadanie,
a która potęgowała w nas pragnienie „bycia tam”
i podziwiania Go za to wielkie dzieło.
Poszerzyła się przestrzeń, wychodząc dalej
niźli moja żona, którą tak kochałem.
Prócz niej dostrzegałem także inne rzeczy.
A właściwie wraz z nią – wspólnie percypowałem dal.
      Ta jej bliskość, a zarazem otwarcie na zewnątrz,
ta Miłość, to bezpieczeństwo, ta ekscytacja
ukazywały nam oblicze Szczęścia.
I choć ona sama mocno wypełniała me myśli,
potrafiłem wraz z nią zachwycać się wszystkim.
Czy taka wspólnota będzie także w Niebie?
Pewnie i większa…
      W Bogu, Szczycie Pragnień, znajdziemy Spełnienie,
głębsze i czyste niż jakiekolwiek ziemskie,
a inny człowiek z nami i przy nas będzie adorował
to, co Bóg stworzył dla nas i Samego Siebie.
      Komputer odkrył, że na jednym ze szczytów
znajdowały się ślady czysto nigoryjskich roślin.
Temperatura i ciśnienie pozwalały im żyć,
lecz w niewielkich zaledwie koloniach.
Jednak analiza statystyczna
innych występujących tu organizmów
wykazała pewne podobieństwo z nigoryjskimi.
      Już miałem lądować pośród falującej gęstwiny,
gdy Agata stanęła pośrodku pomieszczenia.
Zachwyciła me oczy.
      Piękna.
             Piękna.
             Piękna.
      –A– Mamy czas.
     
Jak wspaniale, że dopiero teraz,
gdy zbudowaliśmy odpowiednią atmosferę,
zapraszała mnie do siebie.
      Z ogromnym szacunkiem począłem ją całować,
gdy komputer zakomunikował nam obojgu
  odkrycie budowli na którymś z pozostałych globów.

      ~

      Las, okrywający drugą biosferyczną planetę,
ustępował miejsca rozległym obszarom podmokłym.
Wpadały one do pobliskiego morza,
a zasilane były wodą z pobliskich wzniesień.
Tu i ówdzie formowały się jeziora,
zarastające od razu roślinami.
Wzrastały poziomo ponad taflę wody,
mieniąc się tyloma kolorami,
że nie starczałoby na nie wizualnej skali.
      Królowała tu nigoryjska przyroda.
Mimo to zabrakło nam znajomych rzeczy;
krajobraz był jakoś zbyt udziwniony.
Nie miałem pojęcia, jakie procesy
rządziły tym całym ekosystemem.
Jak na Pradeuterium i Lawendzie.
      Prócz gumowych butów nasz wygląd był odświętny;
Agata doskonale się prezentowała.
Korona, wkomponowana w uroczo spięte włosy,
lśniła bardziej niż odblaski mokradła,
tak samo naszyjnik, wykonany z azotku węgla.
Półprzezroczysta tkanina, zarzucona na piersi,
o barwie zależnej od kąta patrzenia,
ukazywała rzeźbiony kształt jej sylwetki.
Zmienna, wykonana z samych frędzli spódnica,
gęsto osłaniająca jej skrywane wdzięki,
kołysała się w marszu, odsłaniając rąbki ciała,
choć zakrywała nogi aż po same buty.
      Pozwalała mi cieszyć się swoim wyglądem,
który współgrał z pięknem okolicznej natury.
Wiedziałem, że dla mnie to wszystko czyniła.
      Ja zaś wyznaczałem dla niej drogę pośród topielisk,
starając się, by ujrzała najciekawsze rzeczy.
      W końcu dotarliśmy do wybrzeża.
      Tym razem, sam zdjąwszy buty, pobiegłem pływać,
a ona natychmiast udała się w moją stronę.
Od razu przypadliśmy do siebie
i poczęliśmy się bawić oraz czule zaczepiać.
Biżuteria opadła na dno, lecz lokalizator
bez przeszkód pozwalał ją potem odnaleźć.
      Ten uśmiech, uwydatniający pełne wargi,
towarzyszył mi stale, gdym zwracał się ku niewieście.
Ona cieszyła się z tego, że zabiegałem
o nasze bezpieczeństwo oraz wygodę.
      Słyszeliśmy dźwięki, które coś wydawało;
być może wiatr, albo jakieś zwierzęta,
harmonizujące się w pewnych wąskich rejestrach
na tyle rytmicznie, że zacząłem… tańczyć.
      Patrzyła teraz na mnie wielkimi oczami,
gdy obracałem ją w wodzie i przy niej nurkowałem.
Poddawała się zupełnie, ale z takim wdziękiem,
że myślałem, iż to jakaś nimfa albo syrena,
rozpływająca się delikatnie w mych dłoniach.
      Nagle silnie objąłem ją w talii
i przytuliłem do siebie wpół-przytomną.
      Powiedziała mi śpiewem, że kocha mnie.
      Zbiornik wzbogacił się o krople łez:
zachwytu oraz wzruszającego szczęścia.
      Po wyjściu z wody, przywołałem
samolot, by zabrał nas do dżungli przy oceanie.
Patrzyliśmy przez otwarty kokpit na taflę,
a wiatr suszył naszą zmoczoną odzież.
Podczas lotu zachęciłem żonę,
aby wdziała w całości strój indiański.
Wykonaliśmy z materiału długie cienkie pasy
a ona skomponowała z nich nową szatę.
Okrywała jej piersi, lecz widać było ich zarys.
Jej ciemna karnacja sama zdobiła ubranie,
mieniąc się grą połysku oraz cienia.
Przez prześwity przebijały jej biodra i pośladki.
Wyglądała w tym wszystkim wybitnie powabnie.
      –A– Cieszy mnie, że tak się tobie podobam. Moje ciało należy do ciebie, a twoje do mnie. Dotknij mojego brzuszka.
     
Spoczęła nań ma ręka.
      –A– Jak nazwiemy naszą córeczkę?
     
Ooo! Córka… Kochane dziecko, które nam urodzisz za osiem miesięcy!
     
–A– Wiem, że jeszcze dość słabo widać, iż jestem w stanie błogosławionym. Mój mężu… jakie nadasz jej imię?
     
Joanna.
     
–A– Księżniczka Joanna…
     
Położyłem czule dłoń na kochanym łonie
i pocałowałem swą płodną małżonkę.
Westchnęła ze wzruszenia.
      –A– Dziękuję tobie… że zabrałeś nas tutaj… Całą sobą jestem wdzięczna za to szczęście… Dziś… jeszcze raz… oddam się tobie…
     
Pojazd właśnie znalazł się nad buszem.
Wychyliłem się z okna i spojrzałem przez „burtę”.
      Oto ląd złożony z samego kwiecia
unosił się, wpół zatopiony, ponad wodną taflą.
Plątanina poziomych barwników tworzyła ściółkę,
wystarczająco zwartą, by stąpać po twardym.
Chciałem tam być! I zwiedzać to z ukochaną.
Ona sama, widząc, że zmieniłem zamiary,
wyjrzała i upewniła się, że również chce zejść.
      Tym razem sam obładowałem się całym sprzętem.
Ona zaś czuła się swobodnie w lesie,
więc, jak ją Bóg stworzył a człowiek przyodział,
spacerowała w tym gąszczu, rozpromieniona.
      Pod nami chlupotała spokojnie woda,
rozciągająca się aż do wielkich głębin,
do których zajrzałem dzięki swojemu wizjerowi.
Wtem odebrałem sygnały o czymś,
co ponoć przykryły morskie odmęty,
a co mogły wznieść istoty rozumne.
      –A– Uwielbiam obserwować, jak sobie radzisz z tymi urządzeniami i w spokoju ducha wszystko analizujesz. Twoja inteligencja, entuzjazm i zapał do odkrywania są tym, co w tobie podziwiam, mój Danielu! Prawdziwy Królu Północy.
     
Moja piękna, utalentowana, mądra i czuła żono! Twój wdzięk i dostojeństwo są dla mnie czymś niesamowitym. Twa pałająca urodą twarz, bujne włosy, twa delikatna i aksamitna skóra, jej słodki zapach, twe pełne artystycznych uzdolnień ręce, twe delikatne a wyraźne piersi, tak naturalnie ozdabiające zgrabną sylwetkę o rzadko spotykanej talii, twe rzeźbione nogi, stopy i kolana, twe rozkoszne i pragnące mnie łono, ty cała tak wyjątkowo mi się podobasz, że wciąż rozbudza się we mnie ta euforia i zakochanie, zapoczątkowane kiedyś w górach spojrzeniami w twe brązowe, przejmujące oczy, będące dla mnie czymś absolutnie niezwykłym. Ta kochana dusza twoja, która się za nimi kryje… tak bardzo ją miłuję. Ciebie miłuję, moja najdroższa…! Bardzo się cieszę, że jesteś moją żoną. Teraz, mając także twoje wsparcie i poczucie spełnienia jako mąż, gotów jestem usilniej otwierać się na Natchnienia, by wypełniać Powołanie…
     
–A– Wspólne Powołanie… kochany!!
     
Zaczekałem, aż echosonda da odpowiedź.
Opóźniłem zatem celebrację Miłości.
Kobieta cierpliwie czekała. Pozwoliła,
bym dokończył cenne badanie naukowe.
      Na dnie mieściły się całe kolonie
wszelkich form życia i nawet skupiska
olbrzymich nagromadzeń pulsującej flory.
Bańki te, oddychające wewnętrznym powietrzem,
przechodziły wszelkie dotychczasowe pojęcie.
Lecz nie znalazło się nic, co świadczyłoby
o występowaniu tu rozumnych krewnych.
      Zbliżyłem się do rozbudzonej małżonki.
Przyjęła mnie z utęsknieniem, spragniona bliskości.
Adorowałem jej w delikatnej pieszczocie,
a potem spletliśmy się jak kwiaty Nigorii
i, doznając niewypowiedzianych rozkoszy…
             …pulsowaliśmy wraz z wyspą.

      ~

      Na trzecim globie o cienkiej gazowej otoczce
znajdowały się przeróżne cechy powierzchni:
jeziora wpół-zamarzniętych alkoholi,
opady śniegu, wulkany z materią kriogeniczną,
przemieszczające się wydmy oraz kaldery,
okresowe kanały i kępy zarośli.
      Tu, w świecie zimna, mieliśmy ostatnią szansę
spotkania nowej kosmicznej rasy.
Oto gdzieniegdzie widniały budowle
wykute w lodowcach z dwutlenku węgla,
a przy równiku, gdzie było więcej wegetacji,
występowały gigantyczne przetrzebienia,
być może wykonane pod jakąś uprawę.
Nie wybrali obfitej w biosferę sąsiadki?
Nie to powietrze? Temperatura? Światło gwiazdy?
      Zatrzymaliśmy się nad wulkanem.
Z otworu wypływała zamarzająca woda,
a obok kołysały się endemiczne trawy.
Spijały życiodajny napój, a małe zwierzęta
zjadały łodygi napełnione cieczą.
Z wyglądu przypominały węże;
składały się jednak z dwóch różnych członów:
pierwszego, bardziej płaskiego, który się czołgał
za pomocą śluzu po podłożu;
drugiego, wyposażonego w chloroplasty,
unoszącego się wysoko ponad pierwszym,
połączonego z nim za pomocą „rusztowania”.
Obserwowały nasze podejście
do lądowania. Znaleźliśmy się przy „oazie”.
      Agata wspierała mnie, zachęcając do działania.
Pospiesznie posłałem do istot robota.
Oblepiły go, wykazując zaciekawienie.
Współdziałając w grupie, zdradziły inteligencję.
Nie reagowały jednak na złożone sygnały.
Były nawet mniej komunikatywne niż Lawendy.
Tak jak tamte nie dysponowały rozumem.
      Przeanalizowałem ich zachowanie,
używając hagernejskich algorytmów neuralnych.
Wyrażały podobno chęć przyjaźni
i towarzyszenia nam w dalszej drodze.
      Zaczepiliśmy Dwuwęże linami,
po czym odlecieliśmy ku cieplejszym stronom.
      Wtem Agata ujrzała pojedynczą sztukę,
jak przemierzała nagą, pozbawioną żywności
równinę w poszukiwaniu nowego siedliska.
Ją również zabraliśmy ze sobą.
      Zbliżając się do równika, dużo rozmyślałem,
wciąż głaszcząc rozwiane włosy żony.
Zmęczenie powoli dawało się we znaki,
wszak aż trzy gwiezdne globy zwiedziliśmy w jednej dobie.
      Coraz więcej w mym życiu zależało od Łaski;
zmieniało się też jego postrzeganie.
Mniej bazowałem na różnych przeżyciach,
mniej na cudownych wydarzeniach i porywczych chwilach,
a więcej na samodzielnym szukaniu Woli Bożej
oraz rzetelnej i owocnej pracy.
I choć mnóstwo się działo, i było to doniosłe,
zaś piękno tego, co widziały me oczy,
sięgało zenitu wraz z intymnymi przeżyciami,
właściwymi wyłącznie Sakramentowi
Małżeństwa, bardziej statecznie podchodziłem do życia,
wiedząc, że Miłość bliźniego ponagla mnie
do odpowiedzialności, roztropności, poświęcenia.
      Zatrzymaliśmy się. Pod nami wielki jęzor
ukazywał równoległe podłużne wyżłobienia,
w których detektor wykrywał ruch oraz promieniowanie
cieplne. Zalegało tam wiele różnorodnych
związków organicznych, innych niż te znane z Nigorii.
      Osiedliśmy na lodzie. Dwuwęże bały się.
Niektóre zagłębienia wypełniała breja,
złożona z „uprawy” jakichś mętnych białek.
Agata przystąpiła do skanera.
Czekaliśmy. Miałem przeczucie, że coś się wydarzy.
      Dwuwęże prosiły jakby o wstęp do glidera.
Żona powiedziała, żebym je wpuścił.
Otworzyłem śluzę. Powoli do nas wstępowały.
      Wtem dwunożne futrzaste wielookie Misie
zaatakowały naraz ze wszystkich czeluści.
Trzymając w górnych kończynach wojenne narzędzia
bez problemu schwytały naszych towarzyszy
i nawet właz luku łomem otworzyły.
      Pociągnąłem do góry ster; wznieśliśmy się.
Jeden uczepił się nas i głośno darł się,
co hagernejski komputer uznał za desperację.
      –A– Ratuj je!
     
Kogo?? Dwuwęże? To ich własne sprawy. Niech się zjadają; robią to już od dawna.
     
–A– Teraz to także nasze sprawy!
     
Dobrze, posyłam roboty, obezwładnią wszystkich.
     
–A– Po co ta przemoc?
     
Nie słuchałem.
      Po kilku minutach związaliśmy towarzystwo.
Dzikusy czasami wierzgały w stronę Dwuwęży.
Przyszliśmy z pomocą pojedynczym osobnikom
wrzuconym przez Misie do „zupy” – białkowej breji.
Agata po chwili uspokoiła się.
      Doceniła mą decyzję.
      Kobieta patrzyła z szacunkiem na mężczyznę.
Dopiero teraz śmialiśmy się z całej tej sytuacji.
      — Przynajmniej są bardziej podobne do nas niż Oponięta.
     
Miś ryknął do nas niewinnie.
      Inne to samo. Coś nam przekazywały.
      Za szkłem śluzy prymitywne istoty
zdawały się jakby prowadzić rozmowy
na temat sposobu pozyskania jedzenia.
Tak twierdziła neuronowa sonda hagernejska.
      — Zahibernujemy je.
     
–A– Wszechświat jest tak pełen niespodzianek… Pan Bóg tak go przyozdobił.
     
Ile nas jeszcze czeka odkryć?
     
–A– Zostawmy je innym. Karol i Elżbieta nie odpuszczą sobie dalszej eksploracji, przynajmniej do czasu. On dla rozwoju nauki, ona dla budowania relacji z bliźnimi.
     
A Wojciech dla pozyskania nowych owiec. Choćby wyglądały tak, jak te Misie. A my wróćmy do naszych poddanych i zatroszczmy się o ich dusze.
     
–A– I o dusze nas samych, i o naszej córeczki. Dziękuję tobie za ten cudowny czas i twoją czułość, mój mężu.
     
Ja tobie też. Przed nami jeszcze tyle lat Małżeństwa…
     
Pocałowałem słodkie usta pięknej żony.
A Misie jakby się uśmiechały.
      — Co z lotem na kraniec Wszechświata? Może poślemy tam je…
     
–A– Tak. A także Lawendę.
     
Uścisnąłem ukochaną. Wspaniały pomysł.

      A Misiom loty kosmiczne bardzo się spodobały.
     


     

XI
Dni Światła - Tom III - Memento - Część Szósta - Rozdział XII
XIII