XIV
Dni Światła - Tom III - Memento - Część Szósta - Rozdział XV
XVI

     XV
     
      Doświadczeni i wyposażeni, wylądowali
na Pradeuterium, by dokończyć jego eksplorację.
Na porannym niebie wschodziły dwie gwiazdy.
Pole magnetyczne, bardzo silne i zmienne,
przypominało wizytatorom o pulsarze.
Wszędzie wokół altero-drzewa, altero-krzaki,
altero-owady, altero-ptaki,
żabki i prędko latające hydry,
stawy pełne glonów i mięsożerne rośliny.
Natrafili na większą oazę form żywych
niż przy badaniu prowadzonym wraz z Danielem.
      Karol kierował gliderem ponad powierzchnią.
Elżbieta stała przy burcie, tuż przy nim
i wykonywała często notatki.
Najwymyślniejszy sprzęt badawczy analizował
reakcje organizmów na pola,
jakie wytwarzał poruszający się po niebie
magnetar. Potwierdzili, że małe bakterie,
zamieniające tę energię na pokarm,
pozostając tu w symbiozie z każdą egzystencją,
są głównym żywicielem na tym obiekcie.
Jak u nas mitochondria i chloroplasty,
tak tutaj ów twór wszystko nakręcał.
Różne istoty zjadały się, aby przetrwać,
a ta jedna, nieustannie replikowana,
królowała wśród wszystkich pozostałych.
      Okazało się nawet, że część ciał,
które nie radziło sobie w tym otoczeniu,
inkorporowało ciało tubylczego stworzenia,
przetwarzając je do własnych celów.
Nawet kod genetyczny ulegał translacji,
zmieniając swą formę nie do poznania.
To, co przybyło z zewnątrz do tego systemu,
używając tachionowych wiązek magnetarowych,
próbowało przystosować się do nowego
środowiska, chwytając się wszelkich sposobów,
włączając w to symbiozę z obcymi organizmami
i „rekompilację” biologicznej sygnatury.
Mimo to nie utraciło swej dawnej tożsamości,
transformując swą postać jeden do jednego,
unikając zanieczyszczeń biologicznego kodu
na najgłębszym, znaczeniowym poziomie.
Z zewnątrz – hybryda, choć wewnątrz unikalny byt.
Przecież i człowiek miał w sobie nie-ludzkie bakterie,
a niektóre jego komórkowe organelle
zachowywały genetyczną autonomię.
      Czy w ten sposób zrodziły się z ludzkiej komórki:
Oponię, Pierścienica i inni Kosmici?
Wiadomo już było, że jest to możliwe.
      Szukali jeszcze bezgłowej kreatury,
zwanej przez Daniela Deutero-hominidem.
Wiedzieli, że przebywa ono zwykle w rzece,
górując swymi zdolnościami nad drapieżnikami.
      Otaczały ich wielkie lądowe połacie.
Gdzieniegdzie wyrastały wysokie góry,
to znów pojawiały się półpustynne kotliny
albo większe i mniejsze wodne zbiorniki
pośród altero-lasu i krzewiastej chaszczy.
Tlenowa atmosfera o właściwym ciśnieniu
prosiła wręcz przybyłych tu bohaterów,
by przerwali pracę i choćby przez dwie minuty
zachwycali się przyrodą i krajobrazem.
Przecież kolejna „Ziemia” odsłoniła im swą krasę
w postaci nie zasianej ludzką ręką biosfery,
choć zapewne już nie „rodzimej” z powodu panspermii.
      Oboje zawzięcie spełniali swe zadanie,
mając z tego stale wzrastającą satysfakcję.
Za każdym razem, gdy wymieniali się doświadczeniem,
uśmiech i uwaga szły ze sobą w parze.
Obserwowali się przy tym wzajemnie,
pokornie przyjmując pewne mające miejsce fakty…
      On silny i odważny, ona piękna i mądra –
oboje nie ukrywali upodobania do siebie,
które narodziło się dzięki pomysłowi
Daniela i Agaty.
      I… stało… się…
      Opowiadał jej o matematyce,
a ona wszystko z tego rozumiała.
Podziwiała wnikliwość wyobraźni Karola,
kreślącej wielowymiarowe spirale
i łączącej różne teorie naukowe,
by wykreować fenomenalny zbiór liczbowy.
Aplikowane nań uśrednione działania
ukazały coś w indukcyjnym zarysie.
Elżbieta ujrzała to w swojej głowie,
dostrzegając niezwykle istotne zależności,
które umknęły uwadze autora.
      W tym momencie zapragnęli mieć już siebie na zawsze…
      Wielka zdolność obserwacji i spostrzegawczość
spotkała się z kreatywnością i wyobraźnią.
Musieli, musieli, musieli sobie pomagać.
I choć wielu potrafiło żyć bez nauk ścisłych
ani wiedzy społecznej czy też historycznej,
zakładając bardzo udane rodziny,
tych dwoje – widać – czekało na kogoś szczególnego.
I odnaleźli się, by utworzyć kiedyś Małżeństwo.
      Wtem coś pociągnęło ich ku najbliższej rzece.
Spadali po skosie. Karol nie posłużył się
Fenomenem. Objął dziewczynę i zeskoczył
na deutero-krzewy. Wyjął diamentowy sztylet
i zrzucił metalowe elementy z ubrania.
Elżbieta spokojnie obnażyła się do połowy,
gdyż jej górna część odzienia również miała metalowe
części i, siadając, okryła wstydliwie włosami.
      Nie patrzył na nią. Pociągnęło przedmioty.
Wynurzyła się z wody bezgłowa, szklana istota.
Karol biegł ku niej w samych tylko spodniach.
W międzyczasie glider osiadł na tafli.
Deuterus próbował go teraz pożreć.
Karol krzyknął nań; ten obrócił się i podszedł.
Widać, iż stwór bardzo mocno się starał,
by wyrwać poprzez magnetyzm diamentową broń.
      Nie potrafił. Ziemianin wbił ostrze w jego odnogę.
      Wylewała się zeń ciecz. Zmieniała barwę.
Już nie przezroczysta, ale tęczowa.
      I woda ta poruszała się sama,
próbując powrócić tam, skąd wypłynęła.
Magnetyczna ciecz nową żywą formą!
O „inteligencji” tresowanych zwierząt.
Karol zatkał otwór rękojeścią.
Widać było, iż grozi rozerwaniem
i uśmierceniem niepokornego stworzenia.
      Deuterus ostrożnie postawił pojazd na ląd,
a ciągnięte przed chwilą ku sobie rzeczy
odrzucił z powrotem, w stronę Elżbiety.
      Wstała i, okryta włosami do pasa, pobiegła.
Długie nogi i wysportowane ciało
natychmiast dotarło do odzienia.
Karol, zawstydzony jej pół-nagością,
a zarazem zachwycony urodą,
zamknął oczy, by nie narażać się na grzech.
      Lecz otworzył z powrotem ze względów bezpieczeństwa.
Potwór mógł bowiem zaniechać uległości.
Gdy platynowłosa powracała do przyjaciela,
ten starał się nie odczuwać do niej pożądania.
Pełen szacunku dla kobiecego ciała,
doświadczał rodzącej się Miłości
i odpowiedzialności za tę piękną osobę.
      A stworzenie zdradzało, iż pogodziło się
ze swoją bezwarunkową przegraną.
Istota położyła się na podłożu.
      Już nie bali się, że nastąpi odwet.
Kiedyś przecież inny osobnik uratował
ekspedycję przed drapieżnym drzewem.
      Poprosiła, by zostawić je w spokoju.
Tego dnia dokonali jeszcze kilku odkryć.
      Nie musieli dużo mówić, by wiedzieć,
że coraz bardziej siebie kochają.
      Jak bardzo wdzięczni byli Królowi i Królowej,
że zaaranżowali to wspaniałe spotkanie…
Elżbiety i Karola.
      Czystość nadała szacunku ich przyjacielskiej więzi.
Nie tracili czasu na upajanie się czułością,
wystawiania siebie na pokuszenie
i praktykowanie nieodpowiedzialnych zachowań.
Zdawali sobie sprawę, iż wiele z tych rzeczy,
których czynić nie było im wolno,
nabiera Sensu dopiero w Małżeństwie.
Za to z zapałem wykonywali wspólną pracę,
radując się, iż ów czas nie pójdzie na marne.
      Oboje się odnaleźli.
     


     

XIV
Dni Światła - Tom III - Memento - Część Szósta - Rozdział XV
XVI