X
Dni Światła - Tom IV - Córka Światła - Część Dziewiąta - Rozdział XI
XII

     XI
     
      (E) Obserwowałam was, jak podróżowaliście
przez Cehelios, planetę Ambasady
do mej Ojczyzny, wspaniałej Nigorii.
Cieszycie się przywilejami w Lidze;
świat Kosmosu jest dla was otwarty.
Odpoczywacie w pokoju, jaki nastał.
      Gdy dotarliście na miejsce, które wam wskazałam,
zrezygnowaliście z badań archeologicznych,
nie wyłowiliście danych na temat broni,
w jaką można przeobrazić Fenomen.
A przecież poprowadziłoby nas to do zwycięstw!
      Cóż się stało, że porzuciliście dziedzictwo,
które zostawili nam pierwsi koloniści?
Może nie akceptujecie ich poczynań?
To ty zniechęcałaś do tego, Alicjo?
Nie chcesz, by stało się kiedyś źródłem pychy.
      Zaks próbował was szpiegować, lecz mu przeszkodziłam.
Wasza akanejska misja już się zakończyła.
      A teraz zwiedzacie sobie nigoryjski raj…(E)

      Otaczały ich ze wszystkich stron góry.
Każdy masyw prezentował inny charakter.
Siostra z bratem po kolei zwiedzali wyżyny,
skupiając się w pełni na cudach natury.
      Podziwianie urokliwej planety dzieciństwa
jednego z nich dawało obojgu wiele szczęścia.
On był zachwycony majestatycznym krajobrazem
i podejrzeniem, iż była tu pierwotna biosfera,
ona tym, że wycieczka raduje jej brata.
      Szli ścieżką na skraju masywu o kolorze żółtym.
Wszędzie naokoło zalegały łupki.
Cieszyli się z wyjątkowo dobrej pogody.
Kamienista gleba, porośnięta krzakami,
chrobotkiem żółtawym i odwieczną naroślą,
podświetlona z ukosa, nie przypominała
niczego, co dotąd oglądali.
Dwie formy roślinne współżyły ze sobą,
a każda z nich zachowała swoją oryginalność.
Czyżby istniał aż taki ogrom istot żyjących?
Czy tylko Nigoria posiadała endemity?
Daniel wyjaśnił, dlaczego tak bardzo
zainteresowany jest czymś takim.
Według niego, przestrzeń kosmiczna kryła wiele dóbr
i miejsc, które dopiero czekały na odwiedziny.
      –D– Kto wie, czy nie spotkamy gdzieś w pełni pozaziemskich organizmów, a nawet naszych kosmicznych kuzynów?
     
–*– Jeżeli takowych odnajdziemy, podzielimy się z nimi naszą wiedzą i Wiarą, nieprawdaż?
     
–D– Z pewnością.
     
Minęli pola z naroślą o rodzimym pochodzeniu.
Otworzyło im się wejście między szczyty.
Olbrzymia dolina zapraszała wędrowców.
Żółć i biel wykładały dywanem skały naokoło,
a środkiem płynęła rzeka ku fiordom.
Czasami jakiś strumień wpadał do niej z boku.
      –*– Jeżeli ktoś rozumny czeka na nas gdzieś we Wszechświecie, zapewne będzie naszym odległym krewnym, który pochodzi w jakiś sposób od nas. Pan Bóg nie stworzył innych ludzi niż my. Chrystus przyszedł właśnie do nas i cierpiał dla naszego Zbawienia. Inne Objawienie nie mogło mieć miejsca.
     
–D– Nie boję się Prawdy. Badajmy Kosmos.
     
Zatrzymali się nad potokiem, próbując go przejść.
Daniel poprowadził siostrę przez wystające
zeń kamienie. Woda przepływała przez zielony mech.
Ów sprawiał osobliwe wrażenie,
jakby sam był cieczą roślinnej substancji.
Zdobiły go gdzieniegdzie różowe kwiaty,
które dziewczyna, zerwawszy, wkładała w bukiet.
On – odmiennie – analizował skład chemiczny flory,
próbując zidentyfikować obcą sygnaturę.
      Czynili to we wzajemnej wyrozumiałości –
każde miało własne upodobania,
każde odniosło z tego inną korzyść.
On: naukę, ona: natchnienie.
      Nieco dalej główna rzeka wypływała z wąwozu,
a jeszcze dalej ze stromego kanionu.
Co chwila spotykali małe wodospady,
które dodatkowo pogłębiały parów.
      Kluczyli skrajem przełomu o pionowych ścianach,
obserwując w dole, jak bulgoce piana.
Niełatwo dało się nawigować przez ten teren:
raz po raz ukazywała się poprzeczna odnoga
przegradzająca możliwość posuwania się naprzód.
Nie obyło się bez prowizorycznej wspinaczki.
      Miało być przyjemnie, zrobiło się męcząco.
Wytrwali oboje, spokojnie to znosząc.
Nie takie przeszkody już pokonywali
i nie takie pojawią się jeszcze na ich drodze…
Co ich czeka? Może kolejna wojna?
Prześladowanie, porażka, a nawet rozłąka?
      Spojrzeli przed siebie. Opłacało się cierpieć:
uroczy płaskowyż krył się za ostatnim wzniesieniem.
Gdyby zawrócili, nie ujrzeliby jego piękna.
      Wielobarwna równina, nad wyraz rozległa,
prowadziła ku białym wierzchołkom na horyzoncie.
Po obu stronach teren bardzo wyrósł,
a piętra roślinne, rzędami ułożone,
zapierały dech w piersiach obojga podróżników.
      Czuli się jak przeniesieni do bajkowej krainy.
Oczy Alicji bardzo się dziwiły,
że nie ujrzały czegoś takiego wcześniej,
a przecież tyle naoglądały się za młodu.
Zwiedzanie Nigorii mogłoby zająć całe życie…
      Meandry rzeki pogłębiały perspektywę.
Po kolei widzieli: błękitną rzekę, połacie
różowych kwiatów, wyżej kryła się zieleń
niskich krzewów, a nad nią żółć narośli i chrobotka,
a na samej górze biel kamieni, jakby pól śnieżnych.
      Powoli zbliżali się do jeziora
tonącego w całej gamie kolorów,
zależnych od kąta patrzenia i głębokości.
Gdy zmierzali tam, ruchy słońc zauważalnie
przyczyniały się do zmiany palety.
Jedynie coraz wyższe i bliższe górskie stoki
nie zmieniały wyglądu wraz ze zmianą pory „dnia” –
pół poranku, ćwierć południa, jakby nagłej nocy.
Wszystko to sprawiał nigoryjski ruch trójosiowy.
      Stanęli u stóp najwyższego wierzchołka.
Tuż obok mały staw zachwycał swym urokiem.
      (*) Dziś jest tak cudownie jak na żadnej z mych wycieczek!
Mój brat zaskoczył mnie, wybierając to miejsce.
To ja miałam go oprowadzić, a jest odwrotnie.
      Czuję się nasycona; wystarcza mi to, co mam.
Jestem tu z kimś, kogo bardzo kocham,
chociaż w inny sposób niż niegdyś Michała.
Ta sama krew w nas płynie; jedna jest nasza matka.
      Chciałabym, aby było podobnie w przyszłym Życiu,
gdy będziemy cieszyć się w Bogu jak bracia i siostry.
A Pan nam wystarczy, zaspokajając głód Miłości.(*)
      Po postoju wspinali się po spadzistym stoku.
Nie trwało to długo; wytrzymała tę trudność,
pamiętając, jak kiedyś szła na spotkanie z Dorianem.
Tu przynajmniej ubrała się luźniej – nie czuła potu.
      Mieli przed sobą dolinę w kształcie litery U,
zakończoną przełęczą pod najwyższą górą.
A gdzie wzrok sięgał – zalegały rozrąbane głazy.
      Ponura pustynia, sucha oraz naga,
musiała obojgu dostarczać odmiennych wrażeń.
Alicja mogłaby zakończyć już tę wędrówkę,
a dla Daniela dopiero się zaczynała…
Zabrakło tu innych ludzi, ale ona
poświęciła się dla brata, by mógł to wszystko zdobyć.
      Spod nóg spadały kruszące się odłamki,
a każda pęknięta płytka chwiała się.
Pocieszyła się tym, że sobie potańczy,
lawirując bezładnie na niepewnym gruncie.
      Daniel słabo jej pomagał pokonywać przeszkody.
Wiedziała, że to mu szkodzi w relacjach z płcią przeciwną,
ale, dopominając się o swoje, uczyła go,
jak należy zachowywać się przy kobiecie.
      Za przełęczą zionęło pionowe urwisko.
Cienie stoków tańczyły wraz z gwiazdą na nieboskłonie.
Sam najwyższy punkt znajdował się blisko.
      Znów opłaciło się jej poświęcenie.
Coraz bardziej zaczynała myśleć o takiej Drodze…
      Czekały ich teraz ostatnie chwile,
zanim wreszcie znajdą się u celu.
      (*) Przyjemnie tak cieszyć się życiem, idąc coraz wyżej.
Lecz czyż nie dojdzie się w końcu do szczytu?
I co dalej? Oczywiście zejście w dół.
Trzeba mierzyć wyżej, do Nieba ponad górami.
Nie można zatrzymać się gdzieś na małym wzniesieniu,
spoczywając na laurach w tym doczesnym życiu.
To tam, w dole, w szarości i udrękach
nizin kryje się droga do Szczęścia.
To właśnie tam zostaliśmy posłani.
      Mówię o tym memu kochanemu bratu,
a on przytacza celny przykład z dawnych kosmonautów.(*)
      –D– Kto chce zobaczyć z wysoka planetę, ten nie wspina się na najwyższe góry, lecz odpala na równinie rakietę i leci na orbitę. By to zrobić, potrzebny jest wysiłek w celu skonstruowania pojazdu.
     
–*– Cieszę się, że tu jesteśmy. Ale gdy zejdziemy, wracajmy do pracy. Czym się zajmiesz, Danielu?
     
–D– Będę poszukiwał pozaziemskiego życia. To moje wspólne postanowienie z Karolem i Wojciechem. A ty, siostro?
     
–*– Ja przygotuję się duchowo do misji w celu niesienia Dobrej Nowiny ludziom. Przez pewien czas będę się modliła i okazjonalnie uczestniczyła w niektórych waszych wyprawach, a potem zaczynam z pełnym rozmachem, skoro już nie jestem aż tak potrzebna w domu, gdy cię nie będzie. Norbert, Izabela i Paula, moi przyjaciele, też planują to samo co ja, ale najpierw niech poukładają swoje sprawy osobiste.
     
–D– Mamy pokój i dobrobyt, ale jeżeli na tym poprzestaniemy, to popełnimy grzech lenistwa. I nie nauczymy się zbyt wiele, by sprostać temu, co przyniesie przyszłość. A przecież może jeszcze kiedyś wystąpić jakieś poważne zagrożenie.
     
–*– To tak, jakbyśmy zostali tutaj i utracili jeszcze ładniejsze widoki gdzie indziej, zamykając się na wspaniałość dalszego zdobywania.
     
Z najwyższej w okolicy łupkowej iglicy
obserwowali świat dookoła.
Skumulowała się tutaj baśniowa uroda
unikatowej planety na skalę Galaktyki.
Prawie do łez cieszyli się pejzażem.
Nie zwracali uwagi na strome przepaście.
I tak miał ich zabrać zdalnie sterowany samolot.
      Fiordy… lodowce… góry… bagna… lasy…
wodospady… rzeki mchu… skały z naroślą pierwotną…
      Kogóż Nigoria nie zdołałaby zachwycić…?
      Alicja spojrzała na bezkres Nieba.
Tam, w Kosmosie, kryły się ich zadania i Nadzieje.
Wspólne? Wspólne… Wspólne! Nadal mogła wspierać Daniela.
Przecież to on odmieniał ten Wszechświat docześnie.
      A ona miała go współ-odmieniać – dla Wiary.

       
     

X
Dni Światła - Tom IV - Córka Światła - Część Dziewiąta - Rozdział XI
XII