III
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział IV
V

     IV
     

      Rosjanie w milczeniu wrócili do lądowników. Po tylu wrażeniach nikt z nas nie miał ochoty na dalszą eksplorację.
      Zaraz po powrocie na statek ogłoszono zebranie. Jak się okazało, Aleksander pamiętał jedynie tyle, że mówił zaskakujące rzeczy, ale co konkretnie – nie wiedział. Gdy Igor powtórzył mu treść jego przemowy, nie przypomniał sobie niczego. Odpowiedział tylko pytaniem:
      — To byłem ja? Może tak. Jestem religijny…
      W przeciwieństwie do Aleksandra, Igor zapamiętał wszystko doskonale i w dodatku przekonywał nas, że stało się coś nadnaturalnego. Pozostali członkowie załogi nie odmienili się po tym wydarzeniu.
      Z tego, co samemu sobie przypominałem, dedukowałem, że Aleksander mówił o Urządzeniu.
      „Aleksander zwariował” — oznajmiła nagle „Fedra”.
      „To Ty odebrałaś mu pamięć!” — odpowiedziałem Jej.
      Ale Ona nic na to. Niewykluczone, że miała rację.
      — Longiuszu, czuję, że Aleksander proroczył — stwierdziła Ewa. — Wydaje mi się, że odsłonięty został rąbek tajemnicy o Atlantyjczykach i o ich Urządzeniach. Może wchodzi tu w grę również Istota.
      — Faktycznie! — zauważyłem. — On mógł wspomnieć o Niej-Istocie, a nie o Niej-„Fedrze”!
      — Albo chodzi jeszcze o kogoś trzeciego.
      — Czas pokaże.
      Wybraliśmy Jowisza za pierwszy cel naszej podróży. Zdecydowano się na początkowy lot w hibernacji do czasu rozwinięcia prędkości przyświetlnej. Mieliśmy osiągnąć gazowego giganta w jeden dzień!
      Tak też się stało. Obudziliśmy się, kiedy majaczył na niebie jako plamka o rozmiarach połowy tarczy słonecznej. Przystąpiliśmy do obserwacji Układu Słonecznego. Poszły w ruch teleskopy. Wykonano nimi zdjęcia paru ciał: Jowisza, mini-planety Ceres oraz układu Ziemia-Księżyc. Spytałem Targan, jakie maksymalne powiększenie dają skanery na statku. Zaproponowali mi przeniesienie się do kulistego pokoju dowódczego, wyglądającego jak planetarium. Wyłączono sztuczną grawitację i umieszczono mnie w fotelu w samym centrum. Dano mi drążki kontrolne, pozwalające obracać niebem i dokonywać zbliżeń. Zostałem sam. Włączyły się ekrany i ukazało się niebo. A na jego tle planeta. Teraz wielka jak kilka tarcz słonecznych. Oddalona od nas o 100 milionów kilometrów. I wciąż rosnąca. A obok niej cztery bardzo jasne punkty: księżyce galileuszowe.
      — Znajdź Marsa.
      — Przybliżenie?
      — Dwadzieścia tysięcy.
      …A tu Mars przykrywający dużą część nieba.
      — Znajdź miejsce lądowania.
      — Przybliżenie?
     
— Dwadzieścia miliardów!!
      Widać… flagi!!! W tle horyzont, gdyż celowaliśmy w skraj tarczy planety. Obraz lekko drgający.
      — Dziesięć razy więcej. Celuj w krzyżyk.
     
Stało się. Już prawie rozmyty, ale wciąż widoczny mały krzyż. Wielki na całe niebo! Dalsze przybliżanie straciło sens, gdyż atmosfera wszystko zakłócała.
      Nagle naszedł mnie straszliwy pomysł.
      — Gamma IV-834! Miejsce lądowania. Szukaj napisów w gruncie koło lądownika Derianina!!!
      — Niewykonalne…
     
— Dlaczego? Podaj możliwe maksymalne przybliżenie.
      — Dowolne w granicach mikrosoczewkowania grawitacyjnego oraz czułości detektorów kwantowych. Niewykonalne ze względu na chwilowe przesłonięcie obiektu przez Marsa. Obraz za trzydzieści sekund, gdy wyjdzie spoza jego atmosfery.
     
30…29…28…5…4…
      3…
      2…
      1…
      Nie!!!
      Mocno zniekształcony przez grawitację gwiazd napis, od razu przetłumaczony:
      „Uratowanym ja potomkiem Dedro.
      O siło, od której uciekłem, czemuż znów trafiłem w twe szpony?
      Gdym uszedł przed twą władzą ledwo,
      teraz umrę przez cię, „Fedro”,
      zniszczony…”

      — Cofaj do zera! Nie waż się podawać przybliżenia, bo zwariuję!
      Ale ciekawość brała górę.
      — Podaj przybliżenie…
      — Trzysta bilardów razy.
      — Dobrze. Daj obraz gwiazd. Wydłużaj długość fali wraz z powiększeniem. Nie kończ tego procesu… Powoli…
      Komputer doskonale zrozumiał mój eksperyment. Tymi prostymi słowami zafundowałem sobie podróż na kraniec Wszechświata, a także cofanie się w czasie aż do Wielkiego Wybuchu.
      Rozpoczął się lot. Mijaliśmy gwiazdy w Galaktyce, rozpraszające się promieniście od środka zbliżania. Nagle znikły. Pojawiły się mgiełki-galaktyki. Przez chwilę obraz pokazywał część lokalnej ich gromady, ale prędko z niej wyleciał. Teraz mgiełki przybierały coraz bardziej nieregularne kształty i coraz bardziej czerwieniały.
      Te też się skończyły. Komputer poprawił kontrasty. I ukazały się proto-galaktyki. Zaczęło się najciekawsze. Ale one też znikły. Kontrast zwiększał się wraz z długością fali. Widziałem coś w rodzaju mgły, skupiającej się w gęste obłoki, które z czasem stawały się coraz rzadsze, ustępujące miejsca coraz bardziej jednolitej substancji, niemalże bez szczegółów. Ogromna, ognista ściana na końcach czasu – pozostałość Wielkiego Wybuchu. Prawie nie słyszałem już słów komputera:
      — Częstotliwość prądu stałego. Długość fali nieskończona. Koniec przybliżania.
      Lot trwał nadal! Mleko układało się w różne potworne kształty – wielkie ryby z olbrzymimi paszczękami, humanoidalne stwory – ludzie. Im dalej, tym młodsi. I młodsi. Poczęcie. Siódmy miesiąc. Szósty. Czarne oczka płodu. Czwarty. Zatrzymanie. Nie, zbliżanie. Płód powiększa się. Mikroskopowe zbliżanie. W stronę oka. A oko coraz większe. Fioletowe. Na całe niebo. Patrzy na mnie! Przeraża bezmiarem bólu. To samo Oko. Oko. Oko. Okooo…
      OkoOkoOkoOkoOkoOkoOkoooooooo… … o ……….

      *
      Ocknąłem się. Żadnego Oka nie było. Obróciłem ekran. Połowę strefy planetarium zajmował Jowisz. Nad moją głową widniała Wielka Czerwona Plama. Wciąż posuwaliśmy się z olbrzymią prędkością. Pasy chmur w górnych częściach atmosfery migały w błyskawicznym tempie. Znajdowaliśmy się tak blisko planety, że wyraźnie dostrzegałem jej kulistość, skorygowaną sztucznie z uwagi na efekty relatywistyczne. Tak blisko, że odniosło się wrażenie, że stoi się na jej powierzchni. Przerażenie ustąpiło fascynacji. A gdyby tak zanurzyć się w głąb gazowego olbrzyma? Cóż spotkałbym w jego wnętrzu? Ukryte przed światem istoty żywe? Ale nasz Jowisz wydawał się taki spokojny, taki swojski… I to pomimo olbrzymiego promieniowania, jakie występowało w jego okolicy.
      Teraz statek oddalał się od największej planety Układu Słonecznego.
      — Obudziłeś się! — usłyszałem z głośników Władimira. — Musiało ci być cudownie! — mówił z zachwytem. — My też patrzyliśmy na to, co ty, ale przez główny iluminator. Niesamowite! Ten wielki Mars i małe punkty naszych rosyjskich flag!
      — Nie widzieliście tego, co było potem? Mniejsza z tym. Kiedy hamujemy?
      — Postanowiliśmy nie hamować! Będziemy przyśpieszać!
      — Przyspieszać?
      — Zahibernujemy się i obudzimy się przy 150000km/s.
      — Czy da się przeżyć taką prędkość?
      — Tak.
      Uczyniliśmy tak, jak zaproponował Władimir.
      Dano nam specjalne okulary, niwelujące relatywistyczne zmniejszenie odległości w kierunku lotu.
      Władimir udał się do pomieszczenia dowódczego, Borys i Targanie zajęli się oglądaniem mechanizmów napędzających statek, Igor z Aleksandrem zaszyli się gdzieś w pomieszczeniach mieszkalnych, zaś ja z Ewą wyjechaliśmy na „najwyższy” poziom, do małego basenu. Wypełniała go woda, utrzymywana przez sztuczną grawitację, tym razem wywołaną przyspieszaniem. Nad naszymi głowami mieścił się przezroczysty sufit, pokazujący dzięki specjalnym lustrom widok z Kosmosu. Dokładnie w zenicie jaśniał wciąż zbliżający się Saturn. Weszliśmy na małe pontony, wyłączyliśmy światła i, leżąc na wznak, patrzyliśmy prosto wzwyż.
      Planeta powiększała się z każdą minutą.
      — Szkoda, że jesteś w ciele Pelena — rzekła w pewnym momencie Ewa. Poczułem się nieswojo. Pamiętałem, jak moje własne ciało uległo uszkodzeniom na Midoriuszu, co spowodowało zmianę nastawienia Ewy do mnie. Czyżby zatęskniła za mną sprzed przemiany? Niewątpliwie nadal darzyła mnie jakimś uczuciem.
      Świadomość tego dawała mi ukojenie, jednak zakłócała je obecność „Fedry”. Albo Istoty.
      „Straciłam kontrolę, stąd Istota” — usłyszałem w myślach Jej głos. Jej-„Fedry” czy Jej-Istoty? Czy mówiła o Oku, które wcześniej widziałem? Na pewno.
      Saturn nabrał rozmiarów. Powoli zajmował jedną czterdziestą, trzydziestą, dziesiątą, siódmą, jedną czwartą iluminatora, ukazując w doskonałej okazałości pierścienie i pomarańczowy księżyc Tytan, aby zniknąć za plecami.
      Odwiedziłem Saturna! Miejsce, o którym ludzie poprzednich epok mogli tylko marzyć.
      Powtarzałem misję „Voyager'ów”…
      Do Uranu półtorej godziny.

      *
      Półtorej godziny milczenia minęło.
      Błysnął ciemnozielony Uran.
      Kolejne dwie godziny czekania.

      *
      Nieznany czas minął.
      Kometa. Bez warkocza. Albo planetoida.
      Mała biała plamka to Neptun.

      *
      Minęło trochę czasu.
      Dziwny zapach.
      Znika Neptun. Wszystko znika.

      *
      Prędkość 150000km/s. Dwie osoby.
      — Daj im ten list. A ty trzymaj to, co ci dałem i czytaj. Po zbudzeniu. I przed snem.

     
*
      Prędkość 1,5km/s. Dwie inne osoby i ktoś trzeci.
     
„Dostaniecie nagrodę. Nieśmiertelność. Ustawcie głowicę. Lećcie za Mną. Po Mnie.”

      *
      Prędkość 0,15km/s. Jedna osoba.
      „Boże, przebacz mi moje grzechy!”

     
*
      — Mam nadzieje, że się nie wygada.
     
Jeśli to uczyni, zginie.
     

      *
      Alarm!
      Co to? Gdzie woda? Aha, jestem w hibernatorze. Musiano mnie uśpić, a potem ułożono tutaj. To już prawdopodobnie Spik.
      Podniosłem klapę. Nade mną stał Igor. Podał mi kolczyk z tłumaczem.
      — Co się dzieje?
      — Aleksander uciekł. Za nim Borys i Władimir. Tu mam list od…
      — Gdzie Ewa? Co z Targanami?
      — Są z nami. Przeczytaj, to ważne.
      „Przyjacielu Polaku!
      Rozstaję się z ziemskim żywotem. Zabieram ze sobą tę, która winna jest złu wyrządzonemu Tobie, Wam oraz naszym najbliższym, a także miliardom ludzi z całego Wszechświata. Możesz rozpocząć nowe, godziwe życie, wolne od władzy przeklętych urządzeń… Weźmiesz zapewne Polkę za żonę. Zostawiam Wam niezwykle cenny skarb pielgrzymującej ludzkości – Igor wręczy Ci go. Radzę tam zaglądać. Czyńcie to szczególnie w najtrudniejszych chwilach; znajdziecie tam sposób na radzenie sobie z wszelkimi problemami, które tak naprawdę są marnością nad marnościami. Może odnajdziecie kiedyś tych, którzy strzegą tego skarbu, a posiadają jeszcze większe. Nie leć za mną. Nie było innego wyjścia. Mogłem zniszczyć ją tylko w ten sposób; jest niezwykle odporna. Jedna doba przy otwartych drzwiach i po niej. Przypomniałem sobie przemowę na Marsie i dlatego tak czynię. Ona na jakiś czas straciła nade mną władzę. Zrozumiałem to jako znak, że powinienem działać. Muszę ją pilnować do samego końca. Zginę w miejscu chrześcijańskim. Nie słuchajcie fałszywych nauczycieli. Nie lećcie na Zerówkę. A jeśli tak, to nie wierzcie im. Oni kłamią. Przyjdzie na nich czas.
      Aleksander”
      — Masz — Igor podał mi oprawioną w skórę płytę.
      — Co to jest?
      — Biblia i Katechizm unicki. Odczytałem je w moim laptopie, na „Mirze”.
      — Ale gdzie on mógł polecieć z „Fedrą”!?
      — Osiągnęliśmy orbitę Neptuna. Wybrał się tam, by zniszczyć Ją. I zginąć. Inaczej by się nie udało. Będzie musiał otworzyć drzwi lądownika, by ciśnienie zmiażdżyło ją doszczętnie po kilkunastu godzinach.
      — A… aha… Dlaczego nie wziął skafandra?
      — Ona włada komputerem pokładowym. Cud się stał, że zdobył chociaż lądownik. O zdalnym sterowaniu mógł tylko pomarzyć.
      — Naprawdę otworzy tam śluzę?
      — Dokładnie.
      — Jego wybór. Zniszczy Ją i będziemy od Niej wyzwoleni. Dziwne. Dlaczego ja nie potrafiłem się na to zdobyć?
      — On mówił, że to Opatrzność…
      — Możliwe. A co z pozostałymi?
      — Władimir i Borys? Oni… polecieli za nim. Za Aleksandrem.
      — Po co?
      — Nie wiem. Targanie obserwują ich przez szpiegującą sondę.
      — Gdzie Ewa?
      — Z Targanami w pokoju widokowym. Śledzą lądowniki.
      Pobiegliśmy do reszty załogi. Stali przed olbrzymim ekranem, patrząc na opadający pojazd, w którym najprawdopodobniej siedzieli Władimir i Borys.
      Ujrzeliśmy chmury na Neptunie, a tropiony przez sondę lądownik zbliżał się do nich z każdą sekundą. Znikł. Przykryły go biało-niebieskie obłoki. Błękit ciemniał. Zauważyłem w dolnym rogu ekranu wskaźniki: wysokości, ciśnienia i temperatury. 1000km – 210°C. 100000Pa.
      — 100000Pa to umowna powierzchnia! — krzyknąłem się. — Niżej jest nadkrytyczny ocean wodorowy. Atmosfera płynnie w niego przechodzi!
      — Nie do końca. Tak ciebie tylko uczono. Neptun ma stałą powierzchnię! Ja wiem, że przyjęto 100000Pa, ale nie istnieje żadna ciecz! Jest tam stały lodowy ląd. Patrz, zaraz wylądują.
      Mierniki pokazywały 100km.
      — Włącz detektory — rozkazał Szeni. Peczi nacisnął przycisk na pulpicie. Obraz uległ sztucznemu rozjaśnieniu. Wyolbrzymiono kontrasty. Biały korpus lądownika płonął. Zostały uruchomione hamulce. Przybliżał się aż do zderzenia z sondą. Peczi zakomunikował, że pojazdy przyczepiły się do siebie. Kilometry zmniejszały się coraz wolniej.
      Osiągnięto powierzchnię.
      — Robot! — rozkazał Szeni.
      Kolejne naciśnięcie przycisku spowodowało, że obiekty oddaliły się od siebie. Peczi chwycił w ręce drążki sterownicze. Obrócił robota w stronę lądownika Aleksandra, oddalonego sto metrów od pierwszego. Wejście do niego stało otworem.
      Igor przeżegnał się. I tylko on.
      Z pierwszego wyszli ubrani w ciężkie pancerze Władimir i Borys. Zmierzali do drugiego. A robot za nimi. Kroczyli z włączonymi reflektorami po lodowej breji Neptuna, z trudem poruszając się w nadkrytycznej gazo-cieczy.
      Nad nimi setki kilometrów gęstej atmosfery. Wskaźniki informowały: 0km, +300°C, 10000000Pa! A jednak i tu przybyli ludzie. A jeden doświadczył tych warunków na własnym ciele.
      Doszli. Jeden z nich zagłębił się do wnętrza, po czym wyniósł… „Fedrę”! Zapakował ją do schowka w pancerzu, zapobiegając dalszemu zgniataniu przez ciśnienie. Zawrócili.
      Robot zbliżył się do wejścia. Poświecił reflektorem. W środku nienaruszone ciało Aleksandra. Nie-na-ru-szo-ne!!
      Igor zemdlał. Szeni z Peczim spojrzeli na siebie.
      Teraz ukazał się widok z sondy. Rosjanie właśnie wsiadali, aby odlecieć.
      Targanie uruchomili mechanizm autodestrukcji robota. Fala uderzeniowa okazała się za słaba, aby zniszczyć lądownik. Zdołała jedynie przyspieszyć wciskanie pasażerów do wnętrza pojazdu.
      — Co robimy? — spytała Ewa.
      Lądownik wracał już z powrotem, niosąc z sobą „Fedrę”. Kilometry rosły.
      Igor ocknął się.
      — Przecież nie miała mieć nad nimi władzy! — powiedział. — Musiała ich oszukać. Musiała im coś obiecać. Oni polecieli z własnej woli. Aleksander był przecież pewien, że Ona straciła moc. Ale twierdził, że wciąż mówiła. I chyba Jej posłuchali. A teraz tu wróci i znów nami owładnie. Chyba że nie będziemy na nich czekać!
      — Peczi, odlatujmy stąd — rozkazałem. Targanin spojrzał na nas i, zobaczywszy poparcie dla mojej decyzji, zaczął programować komputer. Nagle na ekranie ukazały się słowa, tłumaczone z cyrylicy:
      „Słuchajcie!
      Jeśli odlecicie, wtedy bomba jądrowa, umieszczona w stacji „Mir”, zabije was. Jeżeli uczynicie coś nieprzewidywalnego, również zginiecie. Mamy nadzieję, że zrozumieliście.
      Borys, Władimir.”
      — Suk[…]ny! — zaklął Igor.
      — Mamy im wierzyć? — spytałem.
      — Tak. Albo my i oni, albo nikt z nas.
      — Nie da się przeprogramować bomby?
      — Tylko oni znają kody. Ukradli mi je i zmienili. Nie sądzę, aby blefowali. Jeżeli nie wrócą tu na czas, komputer uruchomi detonator. Spójrz na ekran, są już blisko. Może zdecydujemy się na coś?
      — Na co? Nie mamy wyboru.
      — Dokończymy to, co zaczął Aleksander. Zniszczmy „Fedrze” statek kosmiczny, pozwalając, by wybuchł.
      — Postąpię tak, jak powie Longiusz — oznajmiła Ewa.
      Spojrzałem na Targan.
      — Im wszystko jedno — powiedział Igor i mrugnął do Szeniego powieką. — Jeśli wybierzesz śmierć, to coś ci o nich powiem.
      — Przestań, Igor, bo wygadasz się przedwcześnie! — warknął Szeni po starogammijsku.
     
Kilometry na ekranie przestały rosnąć. „Fedra” już tu wróciła.
      Nagle krzyknąłem nieswoim głosem:
      — Żyjmy! Żyjmy!! Żyjmy!!!

III
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział IV
V