VIII
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział IX
X

      IX     

      Godzina szósta od momentu wylądowania promu.

     
*
      Pociąg odjechał ze stacji. W lesie panował mrok. Ciekawe, co się stało? Jeżeli na bagnach również będzie ciemno, nie wypełnię Misji. Pociąg, mający przybyć od strony Miasta Izolowanego nie przyjechał i podstawiono zastępczy. Pojechała nim Ewa, aby odnaleźć przejście do Celu. A ja siedziałem w dodatkowym składzie, zmierzającym w stronę miasta przy stawach.
      Rozjaśniło się na otwartej przestrzeni. Tylko nad puszczą po lewej stronie niebo ziało czernią. Krótki pas zielonej równiny na północy był zarazem południowym skrajem izolowanego bagna. Tam miałem się udać. Przejść ponad śmiertelnie niebezpiecznym miejscem w zawieszonym nad mokradłami tunelu. Podobno grasował tam niejaki drapieżny „robal”. Góry zakrywały pewną budowlę, przybliżającą w jakiś sposób do Gammy 0.
      Zakładałem, że Ewa dostanie się tam od drugiej strony. Wysłanie jej tam samej świadczyło o mojej nieodpowiedzialności, ale ważniejsze było dla nas osiągnięcie Celu.
      Bolid skręcał na południe. Wejście do tunelu znajdowało się dwa kilometry dalej, jednak nie miałem gdzie wysiąść. Pomyślałem, że lepiej byłoby zaczekać na Igora i Targan. Z drugiej strony nie takim trudnym zadaniom stawiałem już czoła.
      Miasto. Czeka mnie godzina drogi do wejścia na bagna. Najpierw wzdłuż torów, a potem ugorem. A później… Najważniejsze, że według danych z satelity, „robal” opuścił właśnie rejon podmokły i ukrył się gdzieś. Dziwne, że do tej pory Spikijczycy nie poradzili sobie z nim. Woleli ogrodzić tę strefę polem siłowym.
      Miejscowi nie chcieli rozmawiać o mokradłach. Podobno ich mieszkaniec dał im się kilka razy we znaki. Ja zaś miałem do dyspozycji niezawodną broń: Urządzenie. Skoro miało interes w wysyłaniu mnie na Misję, musiało mnie teraz ochraniać. A jeśliby nawet tego nie uczyniło, poradziłbym sobie przy pomocy nabytego w mieście pistoletu, za który jako zapłatę przyjęli część targańskiego ekwipunku.
      Minęły trzy kwadranse. Dostrzegłem czarną linię biegnącą w stronę bagien. Dotarłem do jej początku. „Tunel”. Niecałej półtorametrowej średnicy, zbudowany z połączonych ze sobą kolistych drutów z organicznego materiału, formujących pierścienie spojone u góry i u dołu. Zawieszony pół metra nad ziemią. Dno płaskie, pozwalające na swobodne chodzenie. Właściwie wyglądało to jak pocięta rura. Przy wejściu narysowano ludzki szkielet.
     
      Nie przestraszywszy się tego ostrzeżenia, wpełzłem do środka. Dało się tam iść na czworakach. Po pierwszych stu metrach przyzwyczaiłem się do tej pozycji, choć wiedziałem, że wędrówka będzie męcząca. Tuż przede mną rozpoczynały się bagna. Tu rura stała się jednolita, bez żeber, ale światło wlatujące do niej z drugiej strony zdradzało, że po kilkunastu metrach wygląd jej wracał do pierwotnego. Kiedy wstępowałem do części ciemnej, usłyszałem czyjś okrzyk:
      — Stój! Gdzie idziesz? Kim jesteś?
      Obróciłem się. To wołał mnie ktoś z boku. Zauważyłem go. Podszedł do „tunelu”, mierząc do mnie z celownika laserowego.
      — Jestem z Błękitnej — odpowiedziałem.
      — Nie wierzę. Musisz być jednym z tych odmieńców z Miasta Izolowanego. Albo spod wulkanu.
      — Mogę to udowodnić. Wiem więcej od ciebie.
      — To powiedz, co wiesz.
      — Jest Pięć Urządzeń. Każde dla jednego Układu Gammy. Wy pochodzicie od Atlantyjczyków, a opuściliście Ziemię, aby ukryć się przed jej pozostałymi mieszkańcami i działać pośród nich potajemnie. Jeden z Was zniszczył Atlantydę i przywiózł ze Sobą „Fedrę”. Jej Działanie zostało wypaczone przez Istotę, przez co z Jej Pomocą przy współudziale Błękitnych unicestwione zostały Planety Życia, zmieniając się w Planety Śmierci. Inne Urządzenia przepadły. „Fedra” nakazuje Błękitnym wypełnić Misję, mającą Wzniosły Cel. Wiem, że kiedyś na Atlantydzie było Pięciu Kapłanów, którzy znikli. Wiem, że Urządzenie umożliwia wnikanie w pracę mózgu, posiada Władzę nad resztą ciała i ogólnie nad materią. Wiem, że Misja, którą wypełniamy, posiada Wielkie Znaczenie. Wiem, że Siła, jaką dysponuje Urządzenie jest Niezwykła. Prawie… Wszechmogąca. Istoty są Złe, a Urządzenie jest Dobre. I Ono wyzwoli świat od Zagłady. A Jego Twórcy pałają Nieskończoną Dobrocią, gdyż cenią Życie, ŻYCIE, ŻYCIE
      Skończyłem.
      W mojej głowie panował chaos. Ostatnie zdania, które wypowiadałem, bardzo mnie zaskoczyły. A jeszcze bardziej to, że sam w nie wierzyłem. W tym momencie zrozumiałem cały sens poczynań „Fedry”. Zaufałem Jej.

      *
      Bagna otaczały mnie ze wszystkich stron. W tyle za sobą zostawiłem pięć kilometrów. Kształt rury zmienił się. Jej spód i strop stały się jeszcze bardziej jednolite, a ściany boczne wykonano z oddalonych od siebie o dziesięć centymetrów mocnych prętów. Od poprzedniej konstrukcji różniły się jeszcze większą pierścieniowatością. W żadnym wypadku nie dało się ruszyć któregokolwiek z nich.
      Odpoczywałem pod wielką dziurą w suficie. Dało się wydostać przez nią ponad „tunel”. Zdawało mi się, że w środku jednak będzie bezpieczniej.
      Grzęzawisko rozciągało się we wszystkich kierunkach poza linię horyzontu, nie licząc górskich szczytów. Zielone, właściwie żółtozielone, złożone ze skorup roślin, a raczej wielkiej jednolitej masy gigantycznego grzyba. Substancja ta rytmicznie falowała. W powietrzu leniwie przelatywały ptaki, ale żaden nie przymierzał się do lądowania. Tylko jeden przez nieuwagę zderzył się z powierzchnią. Minęła sekunda i zwierzę zostało wessane do breji. Obrzydliwość. Mimo całej grozy, otoczenie to miało swój urok. Wprawiało w leniwy, charakterystyczny dla okresów letnich nastrój. Potęgowała go także wysoka temperatura +25°C, a także zupełny brak wiatru. Świadomość odizolowania od świata przez pole siłowe dopełniała błogostan. Chciało się tu zostać co najmniej na kilka godzin.
      Wstałem i ruszyłem dalej. Nie przebyłem dwóch kilometrów, gdy nagle lite podłoże skończyło się, ustępując konstrukcji z prętów. Oczywiście dało się po tym kroczyć, ale zwiększało się ryzyko wypadku. Nie zawahałem się. Po przebyciu kilku metrów odległość między palami zmieniła się nagle na dwadzieścia centymetrów. Tu już należało bardzo uważać. Każdy nierozważny krok mógł zakończyć się katastrofą. Chwyciłem się rękoma bocznych słupów, aby utrzymać równowagę. Po chwili sufit też przestał być lity.
      Skończyły się żebra u spodu. Za to pojawiła się nowa pozioma płaszczyzna, mieszcząca się w średnicy rury, również wykonana z prętów. Wgramoliłem się na nią. Należało się czołgać. Szybkość posuwania się naprzód drastycznie spadła. Ale po stu metrach skończyła się półka, aby pojawić kilkanaście metrów dalej. Przez ten krótki odcinek nie występowało nic, na czym mógłbym oprzeć nogę. Nie chciałem wracać. Podkurczyłem nogi w kolanach i parłem naprzód, chwytając coraz to kolejne szczeble. Kolana prawie dotykały grzybiastej substancji. Powoli ogarniało mnie zmęczenie.
      Udało się. Dotarłem do przerwanej płaszczyzny. Ta, w miarę posuwania się naprzód, coraz bardziej zbliżała się do sufitu. Zatrzymałem się, gdy moje ciało przestało się już mieścić. Pięć metrów dalej zaczynał się normalny „tunel”.
      Dead end! Wyczerpany, położyłem się na plecach. Cienkie pręty wrzynały się w ciało. Niefortunnie ulokowany pistolet również uwierał. Wyjąłem go i przypiąłem do jednego z organicznych żeber. W pozycji horyzontalnej rozmyślałem nad obecną sytuacją. Znalazłem się w miejscu bez wyjścia, w „tunelu”, w strefie izolowanej, na Spiku, ostatniej planecie Układu Słonecznego. Wypełniałem Wielką Misję, którą może rozpocząłem jeszcze na Ziemi.
      Wyjąłem niewielki pakunek z żywnością i posiliłem się. Nabrałem sił. Powinienem znów działać.
      Cofałem się. Gdy zrobiło się szerzej, obróciłem się, zamieniając miejscami głowę i nogi. Po dłuższym czasie dotarłem do miejsca bez podłoża. Pokonałem je po raz drugi. Niechętnie wracałem do miejsca poprzedniego odpoczynku.
      W końcu znalazłem się tuż pod dużym otworem w suficie. Wygramoliłem się na górę. Stałem teraz na rurze. Do gór zostało siedem kilometrów.
      Utrzymanie się na kolistym podłożu sprawiało trudności i groziło śmiertelnym upadkiem, ale na szczęście posiadało ono odpowiednią chropowatość.
      Osiągnąłem miejsce, gdzie kończyła się lita masa, a zaczynały żebra. Teraz należało zachować maksymalną ostrożność. Zanim stawiałem kończynę, starannie obmyślałem jej ułożenie. Po dłuższym czasie zacząłem tracić cierpliwość, widząc, jak powoli się posuwam. Zaniechałem uwagi i przyspieszyłem tempa.
      Strefę żebrową przebyłem szczęśliwie. Pode mną zaczynał się zwykły „tunel”. Sufit był tym razem nieco spłaszczony, więc poszedłem górą.
      Rozpoczął się szybki, ale monotonny marsz. Góry zbliżały się. Wydawało mi się, że w oddali widzę jakiś ruch. Nie dając wiary zmysłom, kontynuowałem wędrówkę.
      Teraz już naprawdę coś dostrzegłem. Poruszyło się. Sprawdziły się moje najgorsze przypuszczenia. Sunęło w moją stronę z olbrzymią prędkością. „Robal”. Sięgnąłem za pas. Zostawiłem pistolet w dead end!! Zawróciłem. Począłem biec. Bliskie odgłosy mlaskania za plecami, tuż za plecami oznajmiały, że stworzenie mnie dogoniło. Nie chciałem się oglądać za siebie. Zamlaskało tuż nad moją głową.
      „„Fedro”, pomóż!”
      Nie działała. Wyczuwałem, że coś niwelowało Jej aktywność.
      Nagle poślizgnąłem się, źle postawiwszy nogę i straciłem równowagę. Upadałem do bagna. Ale „robal” skoczył za mną. Pode mnie! Tak, że wylądowałem na jego grzbiecie: płaskim, włochatym, czarnym, ale dziwnie miękkim, jakby wypełnionym wewnątrz powietrzem. Głowa obróciła się w moją stronę, próbując mnie stamtąd ściągnąć. Jednak nie zdążyła – potwór topił się już w żółtozielonej mazi. Mało brakowało, a podzieliłbym jego los. Próba odbicia się od pustego w środku ciała sprawiła dużo trudności. Nogi zapadły się jak w prześcieradło. Udało mi się chwycić żebra rury. Robal poszedł precz. Może kiedyś zawita tu kolejny. Podciągając się do sufitu, pomyślałem: „Dziękuję, „Fedro”!” W tym momencie ręce ześlizgnęły mi się. Osunąłem się tak bardzo, że zanurzyłem stopy w trzęsawisku. Żywe siły ssące ciągnęły mnie w dół. Rozpaczliwie parłem ku górze. Walka z żywiołem ciągnęła się w nieskończoność. W końcu dane mi zostało się uratować. Minęło ostatnie niebezpieczeństwo.
       
      *
      „Tunel” skończył się tuż przed górami. W tyle zostały zielonożółte mokradła. Ścieżka prowadziła przez przełęcz. Mimo że nic nie oświetlało nieba nad szczytami, przechodziło przez nią wystarczająco dużo blasku, by oświetlić krajobraz po drugiej stronie. Nie minęło dwadzieścia minut, gdy znalazłem się w najwyższym punkcie szlaku. Przede mną roztaczał się widok na wysoką piramidę, wzniesioną nad ledwo połyskującym jeziorem. Ciemna zieleń równiny prezentowała się inaczej niż ta, którą miałem już za sobą. Gra kolorów – czarnego gór, granatowego jeziora, ciemnozielonego równiny i złotego piramidy – wprawiała w surrealistyczny nastrój.
      Przerwał go czyjś krzyk. Dobiegał z miejsca oddalonego o całe dwa kilometry, wzmocniony właściwościami atmosfery. Znany mi głos. Ewa. Odpowiedziałem jej. Głos dochodził z północnego wschodu. Rozbrzmiewał teraz regularnie, informując, dokąd powinienem się udać. Biegłem wzdłuż północnego stoku wzniesienia. Krzyk dobiegał znad mojej głowy. Słyszałem już wyraźnie: „Tutaj! Longiuszu! Już dłużej nie mogę! Wejdź po drabinie z prawej strony! Dziękuję, że przybyłeś!”.
      — Już do ciebie wchodzę! — odkrzyknąłem.
      Począłem się wspinać. Dotarłem do miejsca, gdzie Ewa przylegała ciałem do pionowego urwiska. Chwyciwszy prawą ręką za szczebel, lewą wyciągnąłem do przyjaciółki. Z całej siły ścisnąłem jej zmęczoną dłoń.
      — Jeśli sam miałbyś odpaść, to wypuść tylko mnie — oznajmiła.
      Nastąpiło szarpnięcie. Zawisła, trzymając się mojej dłoni. Potem puściła. Serce podskoczyło mi do gardła. Ale Ewa zdążyła złapać się szczebli.
      — Uratowałeś mnie, dziękuję ci — powiedziała. — Może sama będę miała kiedyś okazję ocalić twoje życie. To lepsze życie.
      Ewa sama nie wiedziała, co mówi.
     
W chwilę potem znaleźliśmy się na dole.
      — Długo tam tkwiłaś? — spytałem.
      — Pół godziny. Przybyłeś w samą porę.
      Miałem ochotę ją pocałować.
      Ona cofnęła się.
      — Nie mogę — odpowiedziała. — Coś mnie powstrzymuje… Wiem, że nie powinniśmy.
      Co takiego ją zahamowało? Może nie chciała całować ciała Pelena? Albo „Fedra” jej nie pozwalała? Poczułem się zmieszany własną śmiałością. Z drugiej strony cieszyłem się z tego, że żyła. Tak naprawdę jedynie to się liczyło.
      Opowiedzieliśmy sobie wydarzenia od czasu rozstania. Z jej opisu wynikało, że faktycznie popełniłem olbrzymią nieodpowiedzialność, zostawiając ją samą. Ale nie miała do mnie większego żalu.
      Odpocząwszy, ruszyliśmy w stronę budowli. Cel znajdował się w zasięgu ręki.
      Jego wysokość sięgała pięćdziesięciu metrów. Kształtem była to piramida o podstawie trójkąta. Na szczycie znajdowało się jedno z wejść. Przy północnej krawędzi rozpoczynało się jezioro. Postanowiliśmy wstąpić do niej od góry.
      Trzy kolumny podpierające dach stanowiły pomieszczenie. Widniały tam trzy tablice z danymi. Wewnątrz komnaty były prowadzące w dół schody. Odnaleźliśmy oto klucz do Gammy 0. Osiągnęliśmy Cel wizyty na Spiku.
      „Idźcie do jeziora. Czekajcie na pozostałych.”
      To odezwała się „Fedra”.
      Z ciekawości zeszliśmy do wnętrza piramidy. Panował tu zupełny mrok, więc pomagaliśmy sobie latarką. Skończyły się schody. Zaczynał się za to korytarz, prowadzący do północnego wyjścia. Znaleźliśmy w nim kilka czółen. Wynieśliśmy jedno z nich i postawiliśmy na jeziorze. Zawróciłem na chwilę do budowli. Zaintrygował mnie pewien niewielki zakamarek. Okazał się wnęką, wysokości człowieka. Jej wnętrze mieściło coś, co z wyglądu przypominało ludzką postać, obróconą tyłem do obserwatora. Krzyknąłem do niej. Ani drgnęła. Już chciałem jej dotknąć, kiedy usłyszałem nawoływanie Ewy.
      Sylwetka została na swoim miejscu. Może to umarły. Kiedy miałem już zamiar opuścić to miejsce, obróciłem się po raz ostatni. Na wysokości oczu nieznajomego zabłysło światło, wpadające do wnęki z przyległego pomieszczenia. Podszedłem bliżej. Pomieszczenie to wydało się duże i wysokie, znacznie przekraczające rozmiary piramidy! Opanowałem zaskoczenie. Wróciłem do łódki. Do Ewy. Do żywej.
      Wypłynęliśmy na jezioro o tafli płaskiej jak lustro. Na północnym wschodzie niebo ziało czernią. Tam definitywnie była strefa ciemna. Lecz zalewał nas rozproszony blask zachodniego nieba. Granica światła okazała się ciekawym zjawiskiem.
      Płynęliśmy po cichym jeziorze w dal. W strefę, gdzie spotyka się dzień i noc. Dryfowaliśmy, oczekując przyjaciół. Nagle nastała ciemność. Olbrzymi kolos statku kosmicznego przymierzał się do lądowania na wodzie. Wielki pojazd przełamał pole siłowe strefy zakazanej. Zatrzymał się. Wyleciał zeń prom, by zabrać dwoje ludzi wypełniających tę samą Misję.
      Ale każde mające inny Cel.

     
*
      — Ciekawe rzeczy usłyszałem od ciebie o twoim o pobycie na Spiku, Igorze. Cieszę się, że znaleźliśmy możliwość wypełnienia naszej Misji.
      — Twojej misji, jak to nazywasz. Ja najbardziej cieszę się z prezentu, jakim uraczył nas Aleksander: z Pisma Świętego i Katechizmu. Przypomniałem sobie z nich, że mamy odpuszczenie grzechów i Życie wieczne poprzez Boga, który Jest i który zbawia, Jezusa.
      — Nie wątpię w to, obywatelu Ziemi. Ale Nauczyciele objawili mi nową Wiedzę na temat Istot, śmierci przez nich spowodowanej i Urządzeń z nimi walczących i ty też powinieneś ją poznać. To, co dzieje się na świecie, wykracza poza Biblię…
      — To Bóg Jest ponad tym wszystkim i Jego należy słuchać, a nie jakichś „nauczycieli” z Kosmosu. On zwyciężył śmierć na Krzyżu. Syn Boży dał jej zabić samego Siebie, ale ona, sama będąc następstwem grzechu, niesprawiedliwie poddała swojemu działaniu Sprawiedliwego Boga. Chrystus pokonał ją, powstając z martwych, a nad nią samą odbył się sąd. On też przed swą męką dał nam Siebie w Eucharystii. Kto się Nią karmi, przyjmując Jezusa jako swego Zbawiciela, ten będzie żył na zawsze.
      — Rozumiem, o czym mówisz, gdyż uczono mnie tego, gdy mieszkałem na Błękitnej. Ale Nauczyciele również zwyciężą śmierć mocą Urządzenia i dadzą nam Życie wolne od Kary, gdyż sami będziemy czynić to, czego pragniemy.
      — Ani grzechu, ani śmierci nie zwyciężą wysiłki ludzi i nieludzi, żadne zaklęcia, Potęgi ani Moce, tylko Sam Bóg, który raz na zawsze to uczynił, a nam wystarczy tylko skorzystać z tego zwycięstwa poprzez nawrócenie i przyjęcie Sakramentów, gdy tylko nadarzy się taka okazja. Wtedy nie będziemy już należeli do tego świata. Ani śmierć, ani grzech, ani nieznane siły nie będą miały nad nami władzy, o ile wytrwamy w Łasce.
      — Zagłada przez Istoty dotyka nas wszystkich. Należy ją odegnać; wtedy sami zbudujemy świat, który nie przeminie.
      — Kara, której wykonawcami są być może Istoty nie dotyka tak mocno tych, którzy należą do Chrystusa, gdyż nie podlegają oni potępieniu, co najwyżej kończą żywot doczesny i idą do Niego. A mam nawet taką nadzieję, że część z nich przeżyła i dobrze się ma, odbudowując doczesny świat.
      — Przekonamy się jeszcze, kto miał rację; kto odegna zagładę. Cieszę się, że masz nadzieję na Zwycięstwo, choć inaczej na nie spoglądasz. Prawda wyjdzie na jaw sama i będzie zarówno Życie, jak i brak Kary.
      — Świadectwo Prawdy znajduje się w Słowie Bożym i nauczaniu następców Apostołów. Przeczytałem wiele fragmentów. Oto jeden z nich: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie pod sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia.” Zaufaj Panu Bogu i Jego nauce, jeśli nie teraz, to przynajmniej w chwili decyzji, a zachowasz Życie Wieczne, choćbyś miał stracić doczesne. „Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.”
      — Gotów jestem zginąć dla Prawdy, jeżeli potem ujrzę Życie. Zobaczymy, co się nią okaże. Obaj jej szukamy.
      — Ja już znalazłem. Oby dała się znaleźć i tobie.
      — Obyśmy wszyscy otrzymali Życie Nieśmiertelne, wolne od Kary.

       

VIII
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział IX
X