IV
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział V
VI

      V
     
      — Tu Borys, słuchajcie!! — zaryczały głośniki. — Nie skomentujemy tego, co zaszło. Nie będziemy wam rozkazywać. Oddamy wam tylko tę zabawkę, Ona sobie z wami poradzi. Już działa, sprawna. I tak wszyscy lecimy na Spika, więc nie ma sensu do niczego was zmuszać. Nie wejdziemy nawet do waszego statku. Wyłączam się. Żegnaj Igorze, dewoto!
      Cisza. Adresat obelgi zacisnął pięści, ale milczał. Wiedział, że słowa nic tu nie pomogą.
      — Powinniśmy byli zginąć — szepnął do siebie.
      Mały robot przyniósł „Fedrę”. Podał również kartkę z niedbale wykonanym rysunkiem, przedstawiającym agenta z orderami, klęczącego przed drugim Rosjaninem z aureolą, odbierający od niego futerał z płytą.
      Igor wziął to do ręki, wyjął z kieszeni pamiątkową zapalniczkę, po czym, nie zważając na procedury bezpieczeństwa, spalił bluźnierczy rysunek. System antypożarowy zatrzymał ruch obrotowy przestrzeni mieszkalnej, by zapobiec konwekcji cieplnej.
      „Ja też powinienem byłem zginąć” — pomyślałem, po czym momentalnie zmieniłem zdanie.
      „I tak byś nie zginął”— skomentowała „Fedra”.

      *
      180AU od Słońca. Spik. Prawie niewidoczny.
      Druga półkula oświetlona. W samym jej środku jasna smuga. Kontynent. Tuż obok ocean. Za nim drugi ląd na granicy smugi, chowający się w cień.
      Średnica około 10000km, przyciąganie 0.8 ziemskiego. Tlenowo-azotowa bezchmurna atmosfera, sztucznie wytworzona przez Spikijczyków, podobnie jak temperatura 25°C. Ciśnienie w normie.
      Odłączyliśmy się od „Mira”. Zostawiliśmy im midoriańską rakietę. Miała posłużyć za lądownik.
      Wiedziałem, że Spik nie jest moim Celem. Jednak drogi do Celu nie znałem, a na tej planecie mogłem odnaleźć pomocne informacje.
      — Gdzie wylądujemy? — spytałem Szeniego.
      — Jak najdalej od tych pomyleńców — powiedział Igor, wskazując na ekran, na którym widniał oddalający się „Mir”.
      — Proponuję w takim razie kontynent chowający się w cień — rzekł Szeni. — Nad brzegiem morza.
      — Dobrze, ale czy znajdę tam jakąś bibliotekę? — spytałem.
      — O co ci chodzi?
      — Pragnę dowiedzieć czegoś o innych układach planetarnych.
      — Nie wiem nic o innych układach poza Gammą. Ale spróbujemy poszukać.

      *
      „Fedra” pozwoliła zostawić siebie na orbicie.
      Przebijaliśmy sztucznie wytworzoną atmosferę. Tu i ówdzie wisiały podczepione pod olbrzymie aerostaty olbrzymie reflektory, dające planecie światło i ciepło. Wybrzeże zbliżało się do nas. Dostrzegliśmy wulkan tuż na granicy oświetlonych terenów. Wzdłuż linii brzegowej ciągnęła się plaża, dalej w głąb lądu las, potem równina, góry i skrawek jeziora, zanurzający się w ciemność. Po kilku minutach każdy z nas otrzymał prowizoryczną mapę terenu.
      Prom wyhamował, odłączył się od skrzydła, włączył wirnik i już jako śmigłowiec powoli zbliżał się do powierzchni. Spojrzałem na mapę, aby wybrać miejsce lądowania.
      (kliknij, by otworzyć w nowym oknie)

      Osiedliśmy na leśnej polanie. Znajdowaliśmy się między niewielkim stawem a morzem. W cztery strony świata wychodziły stąd leśne ścieżki.
      Każdy z nas otrzymał broń laserową, zapas żywności i sztabki z rzadkimi metalami do wymiany na lokalną walutę.
      Rozdzielenie się nie było najlepszym pomysłem, ale zwiększało szansę na odnalezienie cennych informacji, gdyż za jednym razem odwiedzone zostałyby cztery miasta. Ja udałem się na południe, Ewa na wschód, Igor na zachód, a Targanie na północ. Drzewostan prezentował się zadziwiająco swojsko. Sosny, świerki, niebogaty podszyt. Wszystkie rośliny zabrane niegdyś z Ziemi.
      Szlak zakręcał w lewo. Jeśli dalej tak pójdzie, zabłądzę. Słychać szum morza. Widać blask między drzewami, jestem już u wyjścia z lasu. Morze poza linię horyzontu, rozległa piaszczysta plaża, daleko po lewej wulkan, a wcześniej zabudowania.
      Postanowiłem pójść w prawo. Może miejsce mojego przeznaczenia nie leży nad wodą, tylko wśród drzew.
      Nagle coś błysnęło. Może piorun. Idę dalej. Fale obmywają me stopy. Zupełnie jak na Ziemi. Nigdy nie przypuszczałbym, że w Układzie Słonecznym znajdzie się miejsce, gdzie będę poruszał się swobodnie, bez żadnego skafandra. Ciepły wiatr owiewał me ciało. Ale woda ziębiła.
      Huk. Potężny, odległy. Co tam się działo? Czy występował związek między nim a błyskiem? Jeśli tak, to odległość do epicentrum wynosiła 200km. Lecz żeby dźwięk zdołał aż tyle przelecieć, musiał to być niezwykle silny wybuch. Albo wulkan, albo meteoryt, albo… bomba. Rosjanie! Jeśli zrzucili ją na wodę, to nadejdzie fala. Zabije mnie. I Ewę, gdyż ona też poszła w stronę morza. I dotrze do tamtego miasta. Zauważyłem, że nadmorska wydma powoli staje się coraz wyższa w kierunku, w którym szedłem. To dobrze. Może żywioł nie sięgnie jej wierzchołka.
      Nastał chłodny wicher. Dęło coraz intensywniej. Spojrzałem na wodę. Horyzont podniósł się. Nadchodziła. Do miasta pozostał kilometr. Przyspieszyłem. Nadaremnie. Fala pędziła z przeraźliwą szybkością. Wysoka na kilkadziesiąt metrów. Skręciłem w lewo. W miejscu, gdzie biegłem, plaża zwężała się. Do wydmy zostało trzydzieści metrów. Powietrze pchało mnie do przodu. Dobiegłem do jej podnóża. Obejrzałem się za siebie. Ogromny słup, półkolisty, potwornie wielki, gnał prosto na mnie. W mej myśli istniały tylko cztery pojęcia: wydma-fala-życie-śmierć.
      Pode mną rozległ się huk. Coś uderzyło mnie w plecy i porwało ku górze. Przeleciałem ponad wydmą. Upadłem na ziemię po drugiej stronie. Czekałem w agonii, aż zaleją mnie miliony ton cieczy. Oczekiwanie wydłużało się. Z każdą sekundą strach narastał. Nagłe obniżenie ciśnienia atmosferycznego spowodowało zawrót głowy. Odwróciłem się.
      Olbrzymie masy wody przykrywające niebo piętrzyły się do niemiłosiernych wysokości. Wyglądało to jak kilkusetmetrowa ściana. Niewidzialna siła utrzymywała żywioł w swych szponach, nie pozwalając posunąć się poza wydmę. Tsunami wciąż jeszcze wzrastało i przechylało się nieubłaganie ku lądowi. Kąt stawał się coraz ostrzejszy.
      Ale wymyślnej barierze udało się wyhamować opadanie. Proces odwrócił się. Wytworzona przez ludzi niewidzialna bariera ochronna pokonała kataklizm spowodowany również przez ludzi. Lecz gdyby jej nie było…
      Wokół mnie zalegała kałuża wody, której udało się przelecieć przez wydmę zanim uruchomiło się pole siłowe. Wspiąłem się z powrotem, by zobaczyć, na czym to wszystko poległo. Rzuciłem szyszką. Odbiła się bezgłośnie od wodnego urwiska.
      Słup opadał.
      Ruszyłem w stronę miasta. Istniało pewne prawdopodobieństwo, że Ewa wyszła na plażę w innym miejscu, niż się spodziewałem. Musiałem sprawdzić, czy żyje.

      *
      Igor pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Nie mógł tego pojąć; sądził, że to tylko iluzja. Słona woda lała się z góry pomimo braku chmur, a wcześniej od strony morza nadszedł huk.
      Ochłonął i ruszył naprzód. Droga zdawała się nie mieć końca. Po prawej stronie pojawił się prześwit między drzewami, ale Rosjanin postanowił iść prosto. Monotonna wędrówka przez las przypominała mu jego dzieciństwo. Pamiętał młodość spędzoną na Syberii, gdzie pieszo pokonywał wiele kilometrów, by dojść do najbliższej miejscowości. Ale to nie Ziemia, tylko obcy Spik. Teraz zmierzał Nie-Wiadomo-Dokąd.
      Spotkanie z odmiennym życiem prowadzonym przez Targan i tych Polaków-światowców zmieniło wszystkich załogantów stacji „Mir”. Jednych na gorsze, drugich na lepsze. Ale wszyscy przystępujący do eksperymentu wiedzieli, że mimowolnie zostaną obywatelami Wszechświata. Jak widać, nawet tam każdy z nich musiał opowiedzieć się po stronie dobra lub jego braku.
      Kim byli Targanie – wiedział doskonale… I nie zamierzał nikomu o tym mówić, chyba że w chwili śmierci. Zaś Ewa? Ta milcząca młoda kobieta musiała niejedno przejść. Doniosłe kosmiczne sprawy, szczególnie te związane ze skrywanymi przed Rosjanami tajemnicami, zaczynały ją nudzić. Wydawało mu się, że pragnęła ustatkowania.
      A Longiusz? On doświadczył najwięcej. Musiał nieustannie dokonywać wyborów. Wypełniał jakąś Misję, a on, Igor, w niej uczestniczył. Walczył wspólnie z Ewą przeciwko pewnym siłom, potężniejszym od całego potencjału nuklearnego Rosji. Zmuszało go do tego małe Urządzenie. To właśnie dla Jego zniszczenia Aleksander poświęcił życie. I on, Igor, uczyniłby to samo. Czy musiał uczestniczyć w zadaniu narzuconym mu przez moc, sprowadzającą Borysa i Władimira na złą drogę? Mógł zostać tu, na Spiku i spróbować wytropić i unieszkodliwić zdrajców, aby nie wyrządzili krzywdy mieszkańcom planety. W rezultacie takie działanie mogło być bardziej pożyteczne niż pomoc przyjaciołom w Misji o niejasnym celu, której wcale nie pragnął wypełniać.
      Zostać tu i odpokutować haniebne życie agenta. Spróbować być takim jak Aleksander! Wybrał. Zrezygnował z usługiwania Jej, ale nadal szedł przed siebie. Postanowił dojść do najbliższego miasta i coś zjeść.

     
*
      Żyła! Wraz z mieszkańcami miasta oglądała powstrzymanie żywiołu. Niepokoiła się o mnie. Ale zagrożenie minęło. Należało wypełnić Misję. Udało się Ewie zdobyć tłumacz podobny do tego, jakiego używałem na Midoriuszu, umożliwiający obustronną komunikację. Spikijczycy nie gardzili rzadkimi metalami, gdyż od dawna nie eksploatowali już rzadkich w tym rejonie asteroid. Radzono nam udać się do większej miejscowości, położonej przy torach kolejowych. Spytaliśmy o przyczynę tej nagłej fali. Jak się okazało, ciało z Kosmosu uderzyło w ocean z siłą wybuchu bomby wodorowej. Spikijczycy, przyzwyczajeni do sporadycznych spotkań z planetoidami pasa Kuipera, umieli sobie radzić z wywołanymi eksplozją pływami. Inaczej, kiedy meteor zmierzał ku kontynentowi. Wtedy reflektory oświetlające atmosferę potrafiły wytwarzać pole siłowe, wyhamowujące pęd intruzów.

      *
      Płynęli pontonem między rzędami domów. Dwie milczące postacie wypełniały Misję, choć wcale nie musiały w niej uczestniczyć. Nad rzeką zwisały pochylone gałęzie drzew. Gdzieniegdzie błyszczały piękne metalowe konstrukcje artystyczne, wplatające się między konary, aby jeszcze bardziej podnieść estetyczne walory tego miejsca. Marmurowe mosty wiszące nad wodą, przybrzeżne kolonie wielobarwnych kwiatów, śpiewające ptactwo i wtórująca mu z głośników podniosła muzyka nie robiły wrażenia na wiosłujących postaciach. Zajmowały się tyko sterowaniem, rozglądaniem się i nasłuchiwaniem. Nie myślały o niczym nie związanym z ich celem. Takie nieczułe, takie milczące i beznamiętne, że przypadkowi pasażerowie innych pontonów odwracali wzrok od ich surowych spojrzeń.
      Przepłynęły pod mostem kolejowym. Teraz zmierzały w kierunku basenu, służącego za punkt wysiadania z pontonów. Po chwili opuściły niekonwencjonalny środek transportu.
      — Słuchaj! — jedna z nich zaczepiła przechodzącego przechodnia. — Powiedz, gdzie znajdę informacje o systemach, w których istnieje życie.
      Zapytany odpowiedział, wystraszony:
      — Je… jest tu takie miejsce. Ale nie dojdziecie tam na piechotę. W… w ogóle nie wolno tam wchodzić. Tam gi… giną ludzie. Znikają. Ale jeśli musicie… Jedźcie do wulkanu. Ale lepiej pie… pieszo. Tak. Tam znają drogę do strefy za… zakazanej.
      — Gdzie to jest? Pokaż na mapie.
      — O, tu za bagnami.
      — Co to za rura?
      — T… to? To buduje robak. Ze strefy zakazanej.
      — Co za robak?
      — Daj mi spokój! Przy… przyjechałem tu wypoczywać. Zostaw mnie. Pytaj tych… tych nawiedzonych z miasta pod… pod wulkanem. Zostawisz mnie?
      — Idź.
      Towarzysz pytającego stał nieruchomo i przysłuchiwał się rozmowie.
      Nie byli to ani Longiusz, ani Ewa, ani żaden z Rosjan.

     
*
      — Nieźle przyd[…]iło, Władimir!
      — Wiesz, przez chwilę myślałem, że nas przekręci.
      — Będziemy żyli. Nie martw się. Powtórzymy ten numer z przeżyciem strefy zerowej! Ale teraz dwieście megaton.
      — Ty masz fantazję!
      — Mam! Odp[…]imy to na kontynencie.
      — Ty to masz zaj[…]te pomysły! Ale tym razem spróbujmy z antymaterią.
      — Suk[…]nu! Chcesz nas zabić?
      — Przecież wiesz.
      — Wiem. Nic nam się nie stanie. Ty, Władimir! Nie drap się po mojej d[…]ie.

     
*
     
Myśl po bezmyśli.
      — Zbliżają się.
      — Chcieli Ją zniszczyć.
      — Nie udało się im. Będziemy żyli…
     


       
     

IV
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział V
VI