V
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział VI
VII

     VI
     

      Igor wyszedł wreszcie na otwartą przestrzeń. Rozciągała się przed nim rozległa dolina. Na horyzoncie rysował się następny las, a za nim jeszcze góry. Tuż przed nim wznosił się wysoki na dwa metry płot, odgradzający dostęp do zabudowań. Trzydzieści metrów dalej ciągnął się drugi, równoległy. Pośrodku, między nimi, przebiegały tory kolejowe – dwie szyny bez podkładów. Z początku Igor chciał ominąć to miejsce, ale, jak się okazało, przeszkoda rozciągała się daleko w obu kierunkach. Niewielkie wybrzuszenie gruntu pozwalało przeskoczyć ją w biegu. Tak też Rosjanin uczynił. Postanowił teraz sprawdzić, czy da się wrócić z powrotem.
      Na siatce wisiała tabliczka przedstawiająca spalone ciało ludzkie. A więc ogrodzenie mogło być pod napięciem. Igor pomyślał, że może znajdzie inne wyjście, choćby koleją. Podszedł do torów. Otoczone zabudowaniami, biegły daleko na północny wschód. Popatrzył w lewo. Tutaj, pod szynami, teren obniżał się, tworząc wąwóz. Wisiały one nad nim w powietrzu! Barierka, przecinająca padół, a biegnąca po jego zboczach i dnie, łączyła oba zewnętrzne płoty, okalające całe podłużne miasto.
      Szynami nie płynął prąd. Jednak sforsowanie zawieszonej nad powierzchnią konstrukcji wydawało się karkołomne. Postanowił więc dojść do stacji. Wstąpił na drogę równoległą do linii kolejowej. Po obu stronach znajdowały się wyglądające na opustoszałe domostwa. Po brudnych ścianach pięły się dzikie krzewy, których gałęzie wchodziły do wybitych okien, a liczne budynki miały zawalone stropy. Czy ktoś tu mieszkał? Igor chciał to sprawdzić. Rozejrzał się, czy ktoś nie patrzy, podniósł kamień i cisnął w szybę. Prędko ukrył się w zaroślach. Rozległ się krzyk, po czym nastała cisza. Podniósł się z ziemi i zajrzał do środka. Pośród rozbitych kawałków szkła leżała kobieta. Ostry odłamek tkwił w jej skroni. Wygięte ciało świadczyło o tym, że umarła.
      Wiele razy zdarzało mu się w życiu uśmiercać ludzi, ale to jedno zabójstwo, dokonane nieświadomie i poprzez głupotę, po raz pierwszy, paradoksalnie, spowodowało wyrzuty sumienia. Od czasu, kiedy, będąc na Marsie, zmienił swój system wartości, stał się zdolny do rozróżniania czynów prawych i złych. Niegdyś za jedyną godziwą rzecz uznawał służenie systemowi nawet za cenę życia innych ludzi, przezeń likwidowanych. A teraz rozumiał już, że poza działaniem na rzecz spraw czysto materialnych, nie zawsze zmierzających ku dobremu, istniał jeden, prawdziwy, nadrzędny Cel. Bóg, Dawca wszelkiego dobra i Wybawiciel od zła. A Świadectwo o Nim dał mu Aleksander.
      — Niech spoczywa w pokoju… — Igor po raz pierwszy w dorosłym życiu wypowiedział te słowa. Dotyczyły one zarówno Aleksandra, jak i zabitej przed chwilą kobiety.
      Nie zdobył się na wejście do budynku. Bał się, że ktoś odkryje, że to on zabił.
      Wyszedł z powrotem na drogę. Starał się iść spokojnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Odległość między płotami rosła. Teraz po obu stronach mieściły się po dwa rzędy domów. Dotarł do skrzyżowania. Przebiegała tu prostopadła do torów ulica. Biegła od jednego ogrodzenia do drugiego, a przy tym od strony lasu kończyła się bramą.
      Postanowił sprawdzić, czy dałoby się stąd wydostać. Kiedy znalazł się przy bramie, chwycił jeden z dwóch rygli, po czym odsunął go. Teraz sięgał po drugi, ale powstrzymał się. Zauważył tabliczkę pokazującą spalone ludzkie ciało. Splunął na drugą zasuwę. Ślina wywołała chwilowe zwarcie w obwodzie elektrycznym.
      „Co za szczęście” — pomyślał Igor
      Oddalił się od bramy. Usłyszał, jak ktoś krzyknął:
      — Stój!
      W chwilę potem dostrzegł biegnącego w swoją stronę człowieka. Zaczął uciekać. Tamten ścigał go. Ominęli szlabany. Igor przebiegł przez jakieś malowidła na powierzchni drogi. Spikijczyk wrzasnął ile tylko miał sił w gardle. Ścigany odwrócił się. Zobaczył nieznajomego patrzącego nań z przerażeniem. W tym samym momencie potknął się o kamień i upadł na ziemię niedaleko północnego płotu. Spikijczyk stał nieruchomo i obserwował Ziemianina. Ten wstał i, zrozumiawszy, że mieszkaniec miasta nie ma zamiaru go dalej ścigać, postanowił poczekać na jego ruch, w międzyczasie odbezpieczając broń. Przez chwilę trwali tak, obserwując się wzajemnie. Nagle tamten przemówił:
      — Nie wiem, ktoś ty taki ani czy mnie rozumiesz. Ale popełniłeś ciężkie przestępstwo. Nadepnąłeś na symbol miasta. Na pewno nie jesteś Spikijczykiem, gdyż ci wiedzą, czym kończy się przyjście do naszej miejscowości, a tym bardziej bezczeszczenie znaków Atlantydy. Musisz pochodzić z Trójki albo nawet Piątki.
      — Jestem z Ziem — odparł Igor po starogammijsku.
      Słowa te podziałały na Spikijczyka jak rażenie piorunem.
      — Kłamiesz. Udowodnij to.
      — Słuchaj kosmito, na pewno nigdy tego nie słyszałeś. Powiedział mi to mój przyjaciel: Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego…
      Igor deklamował wyznanie wiary z wielką namiętnością i zapałem. Słowa dawno nie wypowiedziane przez jego usta. Sam dziwił się temu uniesieniu, ale nie przestawał recytować:
      — …Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, Świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.
      — Nie!!! — ryknął Spikijczyk. Był śmiertelnie przerażony.
      — Aleksandrze! Ty miałeś rację! Dziękuję ci… dziękuję… Znam Najważniejszą Prawdę Wszechrzeczy…
      Łzy ciekły mu z oczu. Po raz pierwszy od dwudziestu lat. Nie zwracał uwagi na otoczenie, tylko, zaciskając pięści, patrzył wzwyż, w sztucznie oświetlone niebo. Sto osiemdziesiąt jednostek astronomicznych od Ziemi jeden z jej byłych mieszkańców przeżywał chwilę oddania się Bogu. Kiedyś, żyjąc na ojczystej planecie, miał tyle okazji do powrotu do wiary w Niego, tak powszechnej w tamtym miejscu, a teraz, po wielu wiekach dzielących go od zniszczenia ojczyzny, oddalony od niej o miliardy kilometrów, przyjął do swego serca Prawdę o Tym, który zbawia, o Chrystusie…
      — Gdzie jest ten Aleksander? — nieśmiało spytał Spikijczyk. Wciąż jeszcze oszałamiała go wypowiedź tego najdziwniejszego człowieka, jakiego dotąd spotkał.
      — Przebywa tam, gdzie wam, odstępcom, tak trudno będzie dojść!
      — Na… Zerówce? Nieśmiertelny?
      — Nie, ty barbarzyńco!! Jest nieśmiertelny, ale poza tym ziemskim, wyniszczonym przez „Fedrę” światem.
      — Mylisz się. Świat niszczą One, Istoty. Urządzenia ochraniają nas przed Nimi. Gdy umrzemy, pójdziemy do naszych Nauczycieli, tych, którzy obdarzyli nas Urządzeniami i wysoką techniką. Tylko my, wybrani przez nich, Altantyjczycy, mamy prawo do życia. Do wiecznego trwania, które nam dadzą. I ci, którzy na Ziemi poszli za głosem naszych wysłanników.
      — My, Rosjanie, wiedzieliśmy o waszych rakietach. Ja sam eliminowałem tych, którzy zdradzali tajemnicę naszych naukowców, sądząc, że zapobiegam osłabieniu materialistycznego światopoglądu mas. Źle postępowałem, zabijając ich. Trzeba było pozwolić na konfrontację waszych herezji z Prawdziwą Wiarą a nie szerzyć zgubny ateizm. Żałuję tego z całej duszy. A wy proście teraz o przebaczenie i nawróćcie się do Jedynego Boga, a On odpuści wam wasze grzechy, gdy odnajdzie w was pragnienie Chrztu, czyniącego z was Jego dziećmi i po śmierci zabierze was do Siebie, do tej Nieśmiertelności, która jest chwalebna i wieczna. A może uda się sprowadzić do was niedobitych kapłanów i misjonarzy, byście w pełni skorzystali z Bożych Łask i poznali całą Prawdę o Tym, który daje Życie Wieczne. Czyż nie wiecie, iż ponosicie winę za niektóre rozsiewane u nas herezje? Za ingerowanie w złej wierze w naszą kulturę i za zwodzenie wielu z Ziemian? Za tworzenie wyczekujących kosmitów sekt, odciągających ludzi od wiary i od Prawdy? Gdybym wiedział wtedy, że zacieranie śladów istnienia Spika i faktu jego zamieszkania wyszło nam gorzej niż postawienie sprawy jasno, być może wielu moich rodaków nie wstąpiłoby na drogę kłamstwa… Teraz módlcie się do Boga za wasze dusze, zanim spotka was kolejny kataklizm.
      — Więc przyleciałeś tu, gdyż technika pozwoliła ci na to? W takim razie…
      Spikijczyk sięgnął do kieszeni.
      — Przybyłem tu, bo dwaj tacy jak wy, ale też Ziemianie, którzy zdążyli już odwiedzić każdą z planet Gammy, zabrali mnie ze sobą. Razem z tymi dwoma dziwolągami z Targ i dwoma moimi towarzyszami.
      — Błękitni!?— powiedział ze zdziwieniem Spikijczyk, a jego ręka cofnęła się. — Są tutaj?
      — Longiusz i Ewa? Błękitni??
      — To oni, korzystając z mocy Urządzenia, mieli uratować nasze światy przed Istotami.
      — Używali waszych Urządzeń!?
      — Tak, nie mówili ci? Przecież Gammijczycy wysłali tych dwóch ze swojego księżyca do ochrony naszych systemów. I do sprowadzenia tam Błękitnych. Przecież wiesz, kim oni są i że żadni z nich Targanie?
      — Tak. A ty skąd…
      — My to wymyśliliśmy! My, Spikijczycy!
      „Może powiedzą o tym Polakom?” — pomyślał Igor — „Ach, gdybym mógł poświęcić ich powiadomić! Ale dowiedzą się dopiero w chwili mojej śmierci.”
      — Przecież ci… ci… — mówił Igor — to oni nic nie wiedzą o Urządzeniach.
      — One nie mają nad nimi władzy i na odwrót. O to chodziło. Kiedy wysłano ich po Błękitnych, nie poinformowano ich o naszych dalszych planach. Dzięki swej naturze byli do złudzenia podobni do nas. Dane im zostało ignorować wszystko, co związane jest z Urządzeniami. Już wtedy to wszystko zaaranżowaliśmy. Nie martw się, nie zabiję cię.
      — Nie zabijesz, gdyż posiadam broń z celownikiem laserowym — odpowiedział groźnie Igor.
      — A ja jeszcze coś… ale jesteś zbyt cenny. Przydasz nam się…
      Igor o niczym nie wiedział. Nie miał pojęcia, że obojętnie patrzący Spikijczyk wypowiada w myślach te słowa:
      „„Fedro”! Ty jesteś, czuję Cię. O, Małomówna, Jedyna z ocalałych Pięciu, podaj mi sposób, w jaki ja, Twój sługa, wypełnię Twój Plan! Cóż mam czynić, o Wielka, o Potężna?”
      Przemówiła. Tego Igor też nie usłyszał. Ale głośne słowa Spikijczyka, skierowane do niego, już tak:
      — A więc zginiesz. Ty podły Ziemianinie! Myślałeś, że zdobędziesz naszą tajemnicę! Myślałeś, że dotrzesz do miejsca, gdzie ukrywamy drogę do Gammy 0! Ale myliłeś się. Dziękuję Wam! Teraz weźcie mnie do siebie!
      Po czym wyjął z kieszeni mały pistolet i wycelował w Igora. Ten momentalnie poprawił celność swojej broni. Ale nie nacisnął spustu. Nie chciał zabić. Ale co to… Spikijczyk również nie wystrzelił. Zaczął biec w stronę Ziemianina, omijając symbol miasta. Rosjanin cofał się. Napastnik dopędził go, przytykając mu do skroni lufę pistoletu. Ten zamknął oczy. Huknął strzał. Z targańskiej broni. Spikijczyk osunął się na ziemię. Igor nie wiedział, że to napastnik wespół z kimś trzecim spowodował pociągnięcie za spust i sam siebie zabił. Myślał, że to jego własny palec niechcący wykonał ten ruch… „Nie zamierzałem go uśmiercać” — myślał Igor. — „To czysty przypadek, nagły tik nerwowy poruszył moim palcem”. Jakże się mylił! A wspólny plan Spikijczyka i „Fedry” począł się realizować.
      W dalszej części miasta oba ogrodzenia dzieliła większa odległość; w niektórych miejscach dochodziła nawet do kilometra. Domy sprawiały wrażenie bardziej zadbanych. Tu i ówdzie na drogach widniały znaki Atlantydy: odpowiednio ponumerowane wizerunki, przedstawiające układy Gammy. Pod spodem, obok Gammy I, narysowano:
     
      Symbolizowało to prawdopodobnie miasto, w którym właśnie przebywał. Jego mieszkańcy unikali deptania malowidła. Igor z niechęcią szedł za ich przykładem. Pomyślał, że ewentualną informację o położeniu Gammy 0 znajdzie w części oznaczonej błyskiem.
      Na razie zupełnie nikt nie zwracał na niego uwagi. Wydawało się to dziwne. Przecież doświadczony wzrok mógł dostrzec, że przenosi pod ubraniem coś podejrzanego. Broń. Mimo to cieszył się z tej ignorancji.
      Domki skończyły się, a zaczął przedzielający dwie części miejscowości park. Bez wahania odwiedził go. Chodziło tędy mniej ludzi, a niektóre miejsca były puste. Zauważył, że jeden ze Spikijczyków przemieszczał się równolegle do niego, oddalony o jakieś sto metrów. Igor zmieniał kierunek marszu, ale zdawało mu się, że ten ktoś szedł za jego przykładem. Były tajny agent zrozumiał, że jest śledzony.
      Zagłębił się w gęściejszy ustęp nibyleśny.
      — Stój, zabójco!
      Zza krzaków wynurzyła się sylwetka uzbrojonego Spikijczyka, mierzącego w Igora z pistoletu.
      — Zastrzeliłeś naszego agenta, Monuresta!
      Igor również wycelował w intruza. Nie bał się śmierci. Tamten pociągnął za spust. Nie rozległ się żaden wystrzał.
      — Nie wypalił… Co za pech! Daruj mi życie! — krzyczał nieznajomy.
      — Rzuć broń! — rozkazał Igor.
      Tamten posłuchał.
      — Nie rób mi krzywdy… Powiem ci o mieście, o pewnym miejscu, ale nie zabijaj mnie!
      — Mów. Co to za miasto?— spytał Rosjanin, wciąż trzymając Spikijczyka na wizjerze.
      — Przebywasz w strefie normalnej. Za płotem rozciąga się strefa zamknięta.
      — Za płotem? Czyli tutaj, tak? To dlatego nie da się stąd wyjść?
      — Nie tutaj. Na zewnątrz.
      — Na zewnątrz?!
      — Tak, to za siatką jest strefa nienormalna. I dla nas, normalnych, zabroniono doń wstępu. To teren zamknięty.
      — To? Tutaj?
      — Nie! Tam! Strefa zablokowana!
      — Cała planeta? Jesteście szaleni? Przed czym się zamykacie?
      — Przed pozostałymi Spikijczykami. Stworzyliśmy dla nich rezerwat. Za płotem.
      — Rezerwat?! Taki duży?!
      — Tak, niech korzystają z życia. Mają tam cudownie. A my ochraniamy tylko dane.
      — O położeniu Gammy 0?
      — Tak. Nie mogą dostać się w niepowołane ręce. Wstęp do Gammy 0 nie jest dla zwykłego człowieka. Och… przesadziłem.
      — Mów!!!
      — Nie, nic. Zwykły Spikijczyk może sobie wyrządzić krzywdę, lecąc tam.
      — Dobrze… Powiedz, gdzie znajduje się Zerówka.
      — Nie wiem, to jest ukryte na stacji kolejowej. Na ścianie są napisy. Kodowane.
      — Posiadasz klucz?
      — Tak.
      — To pokaż.
      Bez wahania podał coś w rodzaju nośnika danych.
      — Takim jak wy pozwalają nosić takie ważne dokumenty? To błąd. Nie napuściliby na mnie kogoś takiego! Blefujesz.
      — Nie kłamię.
      — Czy wiesz, że na Ziemi byłem kimś, kto potrafił z każdego wycisnąć dowolną informację? Mistrzem w swoim fachu. I bynajmniej nie zapomniałem, jak to się robi. Nie potrzebuję niczego oprócz tego, co mam ze sobą…
      — Nie, nie! Przysięgam! Klnę się na Nauczycieli, że nie oszukuję! Dali mi to kilkaset godzin temu. Kazali oddać, a ja powiedziałem, że zgubiłem. Pomyślałem sobie, że uratuje mi to życie i… faktycznie, myślę, że puścisz mnie wolno za te kody.
     
Pójdziesz ze mną. Zaprowadzisz mnie na tę stację. Znasz się na swojej robocie. Udawaj, że nasza rozmowa się nie odbyła. Mów za mnie. Wiem, że puścisz swoim kolegom sygnały. Ale pamiętaj, że potrafię tak zabić, aby śmierć przedłużała się w nieskończoność i obfitowała w ból. A jeśli sam zginę, to zdajcie sobie sprawę z tego, że mam tutaj na Spiku przyjaciół… A bomby na antymaterię nie powstrzyma pole siłowe, zapamiętajcie to.
      Poszli. Igor trzymał broń w pogotowiu ale i tak nie zamierzał jej użyć. „I pomyśleć, że odbudowano „Mir” tylko po to, aby uratować głównie nasz arsenał” — stwierdził w myślach Rosjanin.
      Park skończył się. Przed nimi znajdowała się druga część miasta, posiadające wyższe i łączące się w kompleksy budynki. Spotkani w ogóle nie zwracali na nich uwagi. Wyćwiczone oko Igora bez trudu wychwytywało przelotne spojrzenia kierowane w ich stronę. Jeśliby Igor miał zginąć, już by się tak stało. Ale, według niego, Spikijczycy byli w szachu.
      Wstąpili na peron dworcowy. Tu już wszędzie kryli się szpiedzy. Rosjanin spytał Spikijczyka, czy zatrzymują się tu jakieś pociągi. Padła negatywna odpowiedź. Jedynie wybrani mogli podróżować koleją, a działo się to bardzo rzadko. Mimo to dość często przejeżdżał tędy tranzytem jakiś skład, by po chwili powrócić do „rezerwatu”.
      Skręcili tam, gdzie do hali dworca prowadziły schody. Nagle Spikijczyk polecił zatrzymać się.
      Na ścianie widniały jakieś znaki.
      — To tutaj — szepnął.
      Igor wyjął kartkę z nagolennika i zaczął przenosić je na papier.
      — Co tu jest napisane? Czytaj.
     
To kody. Liczby. Gdybym chciał cię oszukać, już bym to uczynił. Ale spróbuj stanąć na wiadukcie i popatrz z góry na dworzec. Ujrzysz dowód.
      Poinstruowany nie miał pewności. Na wszelki wypadek sprawdził autentyczność napisów. Potrafił to robić
niejednokrotnie w jego karierze sytuacja tego wymagała. Okazało się, że pochodzą z dawnych czasów.
     
Idziemy na wiadukt — rozkazał.
      Z kładki zawieszonej nad torami rozciągał się widok na miasto. Sokole oko Igora dostrzegło sylwetki obserwatorów w oknach pobliskich domów. Spojrzał na dworzec. Na dachu budynku widniała wieloramienna gwiazda. Ta sama, co na znakach miasta. Więc tu jednak znajdowało się centrum ich utopijnego świata. Spojrzał na wschód. Zobaczył ocean. Teraz już uspokojony.
      — Powiedz, tajniaku, co się wtedy stało, że zaczął padać słony deszcz, poprzedzony potężnym hukiem od strony oceanu?
      — Upadł potężny meteoryt i powstała ogromna fala. Zatrzymały ją nadbrzeżne pola siłowe.
      Nagle zaświtała Igorowi straszna myśl. „Rakieta nuklearna! Albo strzelili z Kosmosu, albo… rozbili się na wodzie. Nie jest bezpiecznie. Mogą nas zaatakować.”
      — Czy macie pewność, że to meteoryt?
      — Nie. Jeżeli chcesz żyć, uciekaj stąd. Otworzę ci bramę do lasu. Potem udaj się do wulkanu. Tubylcy powiedzą ci, gdzie znaleźć trzecią, ostatnią tablicę szyfrową. Albo lepiej nie pytaj ich, tylko spróbuj kogoś nastraszyć. A gdy ci wszystko powie, zastrzel go. My już tobie nie pomożemy. Tam mieszkają dziwni ludzie. Oni lepiej chronią tajemnice od nas. Myślę, ze ci się uda. Moim zdaniem to nie był meteoryt. To twoi przyjaciele się rozbili. Odpalili bombę atomową, nie czekając na twoją śmierć.
      „Już wszystko jasne” — pomyślał Igor. — „Mam niewiele czasu. Być może blefują, ale ten słony deszcz w lesie to nie był blef. Nie pójdę do żadnej bramy. Już wiem, co uczynię.”
      — Możesz sobie pójść — powiedział do Spikijczyka. — I tak mnie śledzicie, więc nie krępuj się nawet podążać za mną. Jesteś wolny.
      Równocześnie zamknęło się parę okien w pobliskich budynkach. Igor uśmiechnął się cynicznie, po czym zszedł z wiaduktu. Zmierzał teraz samemu na północny wschód, wzdłuż linii kolejowej. Doszedł do miejsca, gdzie zaczynał się podtorowy wąwóz, nad którym szyny biegły w powietrzu.
      Nagle zza rogu wyszedł znany mu Spikijczyk i zawołał:
      — Stój! Wyjdź stąd przez bramę, nie tędy.
      Intruz celował w niego z pistoletu.
      Na niebie pojawiły się trzy czarne, lecące od morza punkty. Obecni w pobliżu ludzie odwrócili głowy w ich stronę. Rozległy się krzyki i wszyscy zgodnie sięgnęli do kieszeni. Wyjęli małe przedmioty i przyłożyli je do uszu. Igor podszedł do mierzącego w niego z broni, sam wyjął swoją i wycelował w przeciwnika.
      — Daj telefon — rozkazał.
      Tamten rzucił przedmiot za siebie i zagrodził Igorowi drogę. Ale ten ominął go, podniósł przedmiot i przyłożył do ucha. Tamten podbiegł i próbował wyrwać mu go z ręki. Nie zdążył. Igor usłyszał następującą wiadomość:
      — Tak, to była stacja kosmiczna z Błękitnej. Odpalili bombę nuklearną. Nie pozwól mu iść w stronę torów!
      Kilkanaście par oczu patrzyło to na Igora, to na wracające samoloty.
      — Uciekaj do bramy — szepnął spikijski agent.
      Igor nie chciał iść im na rękę. Dobiegł do torów. Rozległy się wystrzały. Powoli kroczył po szynie. Pod nim ziała dziesięciometrowa przepaść. Wciąż do niego celowali, ale żaden pocisk go nie trafił! Musieli strzelać na pokaz, wcale nie chcąc go zabić. Właśnie przeszedł ponad znajdującym się w dole płotem. Rozciągała się przed nim płaska równina. Zostało jeszcze dziesięć metrów. Szyny zadrżały. Obrócił się. Wprost na niego, z szybkością trzystu kilometrów na godzinę pędził pociąg. Spikijczycy przerwali ogień. Na ich twarzach pojawiło się przerażenie. Odległość od lokomotywy drastycznie malała. Nie dało się już pokonać pięciu metrów, dzielących go od płaskiego gruntu. Chwycił się rękoma za szynę i obwisł na jej spodnim rozszerzeniu. Coś uderzyło w metal. Minęło dziesięć sekund.
      Nic.
      Odwrócił głowę w stronę miasta. Dokładnie nad płotem kruszył się i zwijał pociąg. Olbrzymie masy żelaza miażdżyły się na niewidzialnej barierze, by spadać do wąwozu. Kolejne wagony składu uderzały o pole siłowe na przemian po prawej i lewej stronie pogruchotanej masy metalowej, będącej jeszcze przed paroma sekundami prędko pędzącym bolidem. Bariera nie przepuszczała gigantycznego hałasu. W centrum kierunku jazdy działała tak olbrzymia siła miażdżenia, ze metal zaczynał się topić.
      Ostatni wagon uderzył w zaporę. Skończyła się zagłada pociągu.
     


       
     

V
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział VI
VII