VI
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział VII
VIII

     VII
     

      Niebo pociemniało. Zniszczenia dokonane w lokalnej strefie kontroli lamp atmosferycznych spowodowały, że w rejonach gór nastała ciemność. Oświetlenie pozostało nad miastami, bagnami, wybrzeżem, jeziorem i terenami równinnymi. W rezultacie w mroku skryło się morze, las i cały łańcuch poza wulkanem, a także puszcza na północy. Wypuszczono rezerwowy skład pociągu, stacjonujący w najbliższym mieście względem granicy rezerwatu, mający, tak jak poprzedni, przemieszczać się na północ. W jednym z wagonów siedział Igor. Jadł ostatnie zapasy żywności. Dlaczego próbowali ochronić go przed śmiercią? Nie wiedział.
      Pociąg zatrzymał się na przystanku, otoczonym zewsząd drzewami.

     
*
      Godzina szósta od momentu wylądowania na Spiku.

     
*
      Ruszył. Wyjechał z lasu na oświetloną przestrzeń, dzielącą miasta. Po kilku minutach pojawiły się niewielkie zabudowania na zachód od torów. Stacja. Igor wysiadł. Bolid popędził dalej. Na drugi kontynent.
      Do osady przy wulkanie odpływał właśnie mały statek, kierując się w dół rzeki. Bez wahania wsiadł do niego. Spłynęli do morza, zanurzając się w ciemność. Minęli wyspę i przybili do portu u podnóża wulkanu. Część ludzi została na brzegu, a parę osób, w tym Igor, ruszyło plażą ku bardzo wysokiemu klifowi, zasłaniającemu widok. Przeszli trzy kilometry. Mała ścieżka prowadziła wąskim tarasem w górę urwiska. Ktoś powiedział, że niedługo nastąpi erupcja. Kilka osób przestraszyło się i zawróciło. Został jedynie Igor i pewien nieznajomy.
      — Wybuchnie?— spytał Rosjanin.
      — Tak. Ale nie ma powodów do obaw. Jak zawsze, sytuacja zostanie opanowana. Zadziała pole siłowe.
      — Dlaczego nie powiedziałeś tego tamtym?
      — Nie lubimy obcych.
      Wkroczyli na ścieżkę. Pokonali trzydzieści metrów w pionie. Przed ich oczami pojawiło się miasto. Z trzech stron otaczały go wysokie góry, samo zaś leżało u stóp wulkanu, na którego wierzchołku znajdowało się coś niezwykłego.
     
      — Co to jest? — zapytał Igor.
      — Zobaczysz.
      Po prawej i lewej stronie zaczynały się okrężne łańcuchy górskie, łączące się ze szczytami otaczającymi miejscowość. Przebyli kilkaset metrów. Należało pokonać mały mostek, wiszący nad szczeliną o stumetrowej głębokości, wypełnioną w dwóch trzecich wodą.
      — A to co? — spytał ponownie Igor.
      — Miasto pływa na wodzie. To jest skraj ogromnego parowu, w którym znajduje się oddzielony naturalną fosą gigantyczny kloc ziemi. Całość pływa na wodzie, co niweluje wstrząsy ziemi.
      — Przecież ciecz oddzielająca dwie masy skalne natychmiast wydostałaby się na zewnątrz, choćby poprzez ujście w szczelinie, nie mówiąc już o zwykłej sile wyporu.
      — Jest utrzymywana przez pola siłowe. Chodźmy, zaraz się zacznie.
      — Co takiego?
      — Zobaczysz.
      Przemierzyli kładkę, wstępując do miasta. Domy były stare i zniszczone a ulice prawie puste. Igor poprosił nieznajomego, aby zaprowadził go do miejsca, gdzie można było odpocząć. Ten odmówił, tłumacząc, że „zaraz się zacznie”.
      Wstąpili na duży plac. Po lewej stronie znajdował się głęboki na pięćdziesiąt metrów olbrzymi pusty basen. Nie ogradzała go żadna bariera. Z trzech pozostałych stron otaczały ich budynki. Na skraju, tuż przy basenie, bawiło się kilkoro małych dzieci.
      — Już się zaczyna. Patrz.
      Igor spojrzał w stronę wulkanu.
      Dziwna maszyna na jego szczycie poruszyła się, obracając ku miejscowości. Niby-dźwig począł się wydłużać w trzech ciemniejszych miejscach. Przekroczył dwukrotnie swą początkową wielkość. Następnie trzykrotnie, czterokrotnie, pięcio-, siedmio-, dziesięcio- i dwudziestokrotnie! Mając już dwa kilometry, dosięgnął miasta. Jego końcówka obniżyła się na wysokość pięćdziesięciu metrów. Igor nie mógł w to uwierzyć. Ale jego oczy po raz trzeci oglądały osiągnięcia spikijskiej techniki. Zwisająca z niego cysterna znalazła się tuż nad tańczącymi dziećmi. Otworzyła się. Przy wylocie uformowała się kropla czerwonej, dymiącej cieczy. Lawa!!! Stawała się coraz większa. Zwężała się u góry, grożąc natychmiastowym zerwaniem. Igor podbiegł do dzieci. „Uciekajcie stąd” — krzyczał. A one nadal bawiły się, tańcząc wewnątrz okręgu narysowanego pod ich stopami. Dokładnie pod kroplą magmy. Próbował ciągnąć je za ręce, ale nie pomagało. Pchnęły go do środka i wskazały do góry. Skała już na nich leciała. Zasłonił twarz rękoma.
      Tuż nad ich głowami zmieniła kierunek opadania i spłynęła dzięki polu siłowemu do basenu. Zdezorientowany Igor opuścił krąg. Dzieci też sobie poszły. Przypatrujący się temu wydarzeniu towarzysz Ziemianina śmiał się sadystycznie. Malcy wrzeszczeli z daleka: „Przemogliśmy strach! Przeżyliśmy! Nie stchórzyliśmy!”
      Nieznajomy wszedł do okręgu.
      — Zostaniesz tu jeszcze ze mną? — spytał.
      — Wolę nie — zaprzeczył Igor.
      — Chodź, z dziećmi byłeś, a ze mną nie pójdziesz? Boisz się, że drugi raz… Wejdź, przekonasz się.
      Stojący pod drugą formującą się kroplą lawy zaśmiał się przeraźliwym głosem.
      Kolejna porcja gorącej cieczy spłynęła po polu siłowym do basenu.
      — Przeżyłem! — krzyknął Spikijczyk — Nowa szansa, taka sama jak poprzednie… Ach, jakie to ekscytujące! Jeszcze osiem takich, a pobiję rekord!
      — Jaki rekord?
      — Przy każdym spadnięciu mam pół na pół szansy, że przeżyję. Chodź do mnie, a doświadczysz, że uczucie hazardu jest najbardziej ekscytujące ze wszystkich.
      Spadła trzecia kropla. Ominęła cel.
      — Jeszcze siedem!
      — Ty masochisto!! — ryknął Igor. — Wyłaź stamtąd.
      — Nie. Lepiej sam przyjdź do mnie.
      Poleciała czwarta.
      — Jeszcze…
      — Głupcze! Słyszysz mnie?
      Piąta.
      — Miałem tylko 6,8% szansy, że będę teraz żył! — zawołał. — Jeszcze pięć! 3,4% łącznego prawdopodobieństwa przeżycia!
      Spłynęła. Szósta.
      — Ja już prawie nie żyję! Jeszcze tylko cztery! Mam bliżej niż dalej.
      Igor nie wytrzymał. Podbiegł do Spikijczyka. Chwycił go wpół, ale w tej chwili zerwała się siódma kropla. Chybiła. Nieznajomy wyrwał się i wrócił na swoje miejsce.
      Ósma.
      — Tylko dwie! 25%, że będę żył.
      Na plac wszedł inny Spikijczyk. Zbliżał się powoli do koła.
      Dziewiąta.
      — Jeszcze jedna! Jedna!! Jedna!!!
      Igor ciągnął szaleńca za rękę, ale tamten stanowczo mu się opierał. Poleciała.
      I chybiła!!!
      Dołączył do nich przypatrujący się scenie przybysz. Rosjaninowi zaś udało się wyprowadzić masochistę z okręgu. Runęła kolejna. Chybiła.
      Wraz z szaleńcem szli w kierunku zabudowań, na północ. Obrócili się, usłyszawszy uderzenie czegoś ciężkiego o ziemię. W miejscu, gdzie namalowano okrąg, kipiała kilkutonowa bryła lawy. Teraz dźwig przesunął się tuż nad basen. Już na miejscu otwór zaczął rzygać czerwoną cieczą pod dużym ciśnieniem. Ognisty słup zdawał się wyrastać z akwenu i łączyć poprzez dźwig z wulkanem. Ciśnienie zwiększało się z każdą chwilą. Cały basen dymił. Lecz pole siłowe powstrzymywało gorąco.
      „Ten człowiek nie zginął, pobijając rekord na największy obłęd na świecie, a tamten przegrał.” — myślał Igor.
      Dotarli do północno-zachodniej części miasta. Wyszli na swego rodzaju balkon. Otwierał się stąd widok na szeroką na kilometr przepaść, wypełnioną wodą. Dwa wąskie, zawieszone w powietrzu mosty prowadziły ku górom. Jeden na północ, drugi na zachód. Spikijczyk podszedł do barierki. Igor zawtórował mu. Dwa razy podczas pobytu na Spiku znajdował się w dziwnych miejscach. Ale z tych dwóch właśnie to robiło na nim największe wrażenie. Położone na skraju strefy zamieszkałej, oferujące ekstremalne rozrywki, odludne i dosyć stare. Wszechotaczające góry izolowały od świata. Szczyty ostre, wysokie, ciemne i groźne.
      — Słuchaj, szaleńcze. Powiedz mi, gdzie znajdę informację o położeniu Gammy 0.
      Ten zrobił bardzo poważną minę. Powoli obrócił głowę w stronę pytającego i, pożerając go wzrokiem, odpowiedział:
      — Patrzcie, kolejny o to pyta. Kim ty jesteś? Myślałem, że tylko jednym z tych, którzy władają starogammijskimi językami, który przybył tu, aby zmierzyć się z rekordem. A ty nagle poruszasz taki podniosły temat. Samemu dokonaj tego, co ja, to ci powiedzą. Każdy, kto tu mieszka, zaliczył przynajmniej sześć razy. Ty tylko pięć. Ale mówią tylko temu, kto ustanawia nowy rekord.
      — A więc wiesz, czy nie wiesz, gdzie leży Gamma 0?
      — Wiem. Ten, kto pobija rekord, dając świadectwo oddania Nauczycielom, ten zostaje oświecony.
      — Nauczyciele coś ci powiedzieli?!
      — Tak. Tylko w takim stanie mogą się człowiekowi objawiać. Musi Im się w pełni oddać; pokazać Im, że stać go na ponoszenie dla Nich ryzyka śmierci. Aby żyć.
      — Powiedz mi, gdzie leży Gamma 0.
      — Dobrze! Ona właśnie kazała mi podzielić się z tobą tą nową informacją. Ona tu jest. Chce pomóc. Słuchaj, dzielę się z tobą tym, co mi przekazali.
      — Lepiej spisz to na kartce. Inaczej nie zapamiętam.
      Zanotował. Igor posiadał teraz pełen komplet danych o położeniu Zerówki. Wojna o jego uczestnictwo w Misji została wygrana.
      — To jeszcze nie wszystko — powiedział Spikijczyk, już-nie-masochista. — Nie wiesz, która to planeta. Ja też. To niby nieistotna sprawa, ale gdyby przyszło tobie tam lecieć, bezpieczniej będzie wiedzieć. W pewnym strzeżonym i ukrytym przed światem miejscu znajduje się podobno tablica z tymi samymi danymi, których właśnie tobie udzieliłem. Jest tam również narysowany schemat układu.
      — Gdzie się udać?
      — Do strefy ciemnej. Za górami. Te mosty tam prowadzą — wskazał na wiszące w powietrzu ścieżki. — Ta z lewej, mimo że prowadzi naokoło, jest krótsza. A ta z prawej dłuższa. Obie zmierzają do celu. Ale są zakazane. Będą do ciebie strzelać. Musisz zabrać noktowizor. Abyś nie został zauważony, polecam czołganie się. Patrzą z dołu, ze statków. Pewnie dziwisz się, skąd to wiem. Ale ja sam kiedyś próbowałem tamtędy przejść.
      — Nie możesz mi towarzyszyć?
      — Przecież znam już położenie Gammy 0! I tak nikt nie oczekuje od mnie lotu tam, więc nie potrzebuję szczegółowych informacji. Ważne, że zostałem obrońcą tajemnicy. Chodź, poszukamy noktowizora. Lepiej nie odzywaj się do miejscowych, bo poznają, żeś inny niż wszyscy. Ja przemówię za ciebie. A poza tym, jak masz na imię?
      — Igor.
      — Ja Flintegrind.

     
*
      Godzina szósta od momentu wylądowania na Spiku.

     
*
      Pociąg ruszał ze stacji. W jednym z przedziałów siedziała Ewa. Nie wiedziała, że w sąsiednim wagonie przebywał Igor. Podążała na północ, w kierunku wulkanu. Tak zadecydował Longiusz. Zaplanowali bowiem rozdzielenie się. Przyczyną tego było istnienie dwóch różnych dróg do Celu. A w jej wypadku stanowiła go budowla, która znajdowała się nad jeziorem za bagnami. Spikijczycy sądzili, że miejsce to służyło za swego rodzaju połączenie z Zerówką. W jaki sposób, nie wiedzieli.
      Jeden ze szlaków prowadził przez teren podmokły. Drugi docierał gdzieś na północ, w pobliże wulkanu. Żadne inne nie istniały. Wlot do mokradeł chroniło pole siłowe, niemożliwe do pokonania z jakiejkolwiek strony. Jedynie pewien tunel lub mur umożliwiały dostanie się tam..
      Skład zatrzymał się na dworcu w największym mieście na wybrzeżu. Po chwili ruszył. Ewa zauważyła wysiadającego Igora. Żałowała, że się nie zobaczyli wcześniej.
      Na trasie czekał ją jeszcze jeden przystanek, na którym powinna wysiąść. Potem pociąg miał zanurzyć się w strefę ciemną, aby po wielu godzinach dotrzeć do drugiego kontynentu.
      Otoczyły ją góry. Krajobraz znikł w mroku. A przecież nie tu powinna znajdować się granica światła! Za cztery minuty zatrzyma się na stacji położonej na płaskowyżu i niczego już nie ujrzy.
      Oczekiwany czas minął. Otworzyły się drzwi, ukazując płaski i skalisty teren, ciągnący się wzdłuż łańcuchów górskich. Poświata na horyzoncie i blask gwiazd w minimalnym stopniu oświetlały dolinę. Widoczność szczegółowa sięgała stu metrów. Podróżni odradzili Ewie wysiadanie. Mówili, że lepiej jest zostać w pociągu i za dziesięć godzin wrócić tym samym składem. Ale nie zawahała się. Spikijczycy rzucili jej latarkę. Drzwi zamknęły się. Bolid odjechał.
      Zapanowała głucha cisza. Na północy i zachodzie wyraźnie piętrzyły się wysokie szczyty. Ponure, odległe i bardzo wysokie czarne cienie na wschodzie i południu były również górami. Tory znikały w ciemności. Jedyna wąska, ledwo widoczna ścieżka prowadziła na wschód, wzdłuż północnej części płaskowyżu. Dalej widać było jedynie niewyraźne kontury Nieznanego.
      Włączyła latarkę. Moc światła okazała się duża. Widoczność wzrosła do kilkuset metrów. Na skutek jaskrawości rozjaśnianego terenu nie mogła niczego dostrzec w dalszej odległości. Wszystko, poza tym małym skrawkiem Wszechświata, ukryło się dla oka. Wyłączyła latarkę. A teraz zrobiło się jeszcze gorzej. Zapanował zupełny mrok. Wiedziała, że oko zaraz przyzwyczai się do ciemności i ponownie ujrzy strome wzniesienia na wschodzie, ale dopuścić do tego oznaczałoby powrót do tego samego stanu, który istniał przed zapalaniem reflektora. Jak cofnięcie w czasie. Dwukilowatowa latarnia zabłysła ponownie. Po dwugodzinnym zmaganiu się z własnym strachem rozpoczęła marsz do wulkanu.
      Powoli przesuwał się teren pod nogami. Za każdym razem inny, ale o tej samej naturze. Kamienie i żwir, żwir i kamienie, coraz to nowe układy. Szerokie, miliardohektarowe podłoże rozciągało się we wszystkich kierunkach. Ale mimo świadomości istnienia tak olbrzymiej powierzchni, dającej możliwość niekończącej się wędrówki bez powracania do tych samych miejsc, mały świat statku kosmicznego zdawał się być większy. Cóż z tego, że dysponowała taką ilością miejsca, skoro gdziekolwiek skierowane zostałoby światło latarki, zawsze pokazywałoby tylko głazy i kamienie? W ten sposób prezentowało się siedemdziesiąt procent powierzchni planety. Wyjąwszy sztuczne oceany. To było jej prawdziwym obliczem. Kamienny kolos na peryferiach Układu Słonecznego. Daleko za Plutonem. Skazany na wieczną samotność, z dala od Słońca…
      Okolica nie zmieniała się. Dwa głazy z lewej. A teraz jeden z prawej. Przez chwilę tylko małe kamyki. O, kolejny! Tego trzeba ominąć. Pozostał w tyle. Teraz małe wzniesienie. O, jakiś lej. Nie, to złudzenie. Okolica wznosi się. Przestała. Dalej prosto. Równo. Wciąż skały i żużel. A teraz czysto. Lity granit. Zgasić latarkę?
      Zgasiła. Chwilowa ciemność. Powoli rysują się jakieś kształty. Ale na południu. Za plecami góry przy torach kolejowych. Tam przed paroma godzinami wysiadła. Na wschodzie bardzo wysoki cień sięga nieba… Można zauważyć go po tym, że zasłania gwiazdy. A jest to potężne wzniesienie. Tak samo wysokie jak to na północy.
      Ścieżka prowadzi na północny-zachód. Prosto do tych kolosów. Wracać? Bez sensu. Szybciej dotarłaby do miasta przez góry niż naokoło.
      Kontynuowała wędrówkę między szczyty. Teren stawał się coraz wyższy. Po półgodzinnej mordędze na wschodzie wyraźnie się rozjaśniło. Ale droga skręcała na północ. Po prawej ziała przepaść. Znajdował się za nią łańcuch grzbietów, stopniowo obniżający się ku północy.
      Minęło kolejne pół godziny. Przestała się wznosić. Przez przełęcz na wschodzie wlatywały tu promienie sztucznego światła. Po drugiej stronie dwustumetrowej przepaści biegła inna ścieżka. Stała tam niewyraźna sylwetka człowieka, zwrócona twarzą lub plecami do Ewy. Poświeciła latarką. Igor.
      Nadała sygnał S.O.S. Rosjanin przyłożył palec do ust, dając do zrozumienia, żeby nie krzyczała. Wskazał na północ. Potem na nią i znów na północ. Posłuchała. Poszli równolegle wzdłuż przepaści. Zrobiło się jaśniej. Ale szerokość zagłębienia zwiększała się. Coraz bardziej oddalali się od siebie. Urwisko skręcało prosto na zachód. Ścieżka Igora ginęła gdzieś w górach. Północne zbocze przechodziło bezpośrednio w stok wzniesienia. Igor rozłożył ręce. Sytuacja stała się jasna. Nie istniało żadne wyjście. Musiało nastąpić rozstanie. Igor opuścił głowę i poszedł tam, dokąd zmierzał.
      Została sama. Dwoje ludzi, wypełniających tę samą Misję spotkało się, aby zaraz się rozstać. Aby każde z nich czuło się jeszcze bardziej samotnie po odejściu drugiego. Czy Igor również zabłądził w górach? Skąd on się tam wziął? Dlaczego nic nie mówił? Na razie całe to zdarzenie okrywała tajemnica. W największym odludziu najodleglejszej planety Układu Słonecznego ujrzało się dwoje przyjaciół z Ziemi. Z Centrum Świata.
      Droga Ewy odbijała od przepaści w lewo, w wąską szczelinę międzyskalną, biegnącą na zachodni-południowy-zachód. U jej wejścia, oświetlonego promieniami przepuszczanymi przez przełęcz, wisiała tabliczka. Nie przedstawiała żadnych danych o Gammie 0. Widniał na niej kościotrup. Ostrzeżenie.
      Weszła. Ogarnęła ją całkowita ciemność, mimo włączonej latarki. Po chwili czerń znikła. Dwukilowatowy żar rozjaśnił prostokątną furtkę jakiejś budowli. Po prawej i lewej stronie zauważyła prześwit – wąwóz. Jego dnem biegły tory kolejowe!
     


       
     

VI
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział VII
VIII