VII
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział VIII
IX

     VIII
     

      Jak to się stało, nie wiedziała. Być może źle sporządzono mapę. Albo po prostu droga prowadziła inaczej, niż myślała. Ale przynajmniej wiedziała, gdzie przebywa. Ciemna kreska oznaczała prawdopodobnie długą budowlę, u wrót której stała. Prowadzącą do Celu.
      Naliczyła osiemset schodów. Gdy skończył się strop nad jej głową, poczuła powiew świeżego powietrza. Z lewej strony znajdował się mur. Z prawej niewielka barierka nad stumetrowym spadkiem. W dole, pod pionowym urwiskiem, rozciągał się las. Nad murem po lewej piętrzyły się stoki gór. Podłoże, po którym stąpała, wykonano z betonu. Światło z północnego wchodu rozjaśniało widok. Podłużny obiekt na mapie okazał się przyczepioną do stoku półką. Daleko na wschodzie błyszczało jezioro. Do celu zostało dziesięć kilometrów. Rozpoczęła się długa, monotonna wędrówka.
      Ewa zgasiła latarkę.
Gdy przyzwyczaiła się do ciemności, zauważyła, że droga jest mocno spękana, a gdzieniegdzie występują na niej dziury. Szerokość regału zmieniała się od czasu do czasu, a barierka z prawej strony to podwyższała się, to obniżała.
      Nagle z przerażeniem poczuła pod nogą pustą przestrzeń. W którą wpadła!! Uderzyła całym ciałem o skały. Chwyciła się,
szczęśliwie, wystających krawędzi, aby nie potoczyć się w dół urwiska. Zaraz dalej pochyłość przechodziła w pionowy spadek. Nad głową znajdowała się droga. W żaden sposób nie dało się wydostać wyżej. Pozostało jej jedynie kontynuować podróż pod półką. Może znalazłaby się inna szczelina umożliwiająca wydostanie się stąd. Przylegając do urwiska, poczęła posuwać się w bok. Przechył stawał się coraz bardziej stromy.
      Przez umysł Ewy przeleciały makabryczne myśli. Wyobrażała sobie siebie u spodu stoku, pokrwawioną, połamaną, zimną i nienaturalnie wykrzywioną. A potem rozkładające się ciało i szkielet, pokazujący innym daremny trud dojścia do Celu.
      Życie Ewy wisiało na włosku. Wiedziała, że za chwilę może okazać się, że nie ma dla niej ratunku. Że utknie w miejscu i będzie czekać, aż zabraknie jej sił na dalsze utrzymywanie równowagi. Aż nadejdzie sen i ręce same puszczą. I obudzi się, stwierdzając, że spada, by zginąć. Po to tylko wyrwana ze snu, aby być świadomą własnej śmierci! A potem…? Ból, uczucie łamania kości, ustanie pracy mózgu, odczuwane być może jak zawrót głowy, gdzie w ciągu sekundy umysł się degeneruje, ustanie wszelkich odczuć, niemożność zainicjowania jakichkolwiek myśli.
I trwanie, przez nic nie odmierzone. Bezczasowe, podobne od snu. Gdy egzystuje się, ale żadne doznania nie są zanotowane w pamięci.
      A co po przebudzeniu, o ile takowe nastąpi? Może przypomnienie sobie przeszłych wydarzeń? A jeśli nie nastąpi…? Jednak jak kładący się do łóżka ma wielką pewność przywitania następnego dnia, tak umierający z pewnością obudzi się. Gdyż człowiek nie istnieje w jakiejś nieodczuwalnej przezeń rozciągłości czasowej, lecz wciąż zmierza w jedną stronę bez możliwości powrotu. A jedyne świadectwo przeszłości daje pamięć. Żyje w jednym kierunku i przeszłość odbiera tylko jako wspomnienie, a przyszłość postrzega jako coś nad wyraz istotnego, gdyż posiada pewność, że zawsze kiedyś nastanie. Jest mu obojętne, czy żył przed poczęciem, czy nie, podobnie jak nie odczuwa już bólu przeżywanego w przeszłości. Zaś ból, który zazna w przyszłości, wpływa na niego od zaraz poprzez wzbudzany przezeń lęk. Owa przyszłość przemieni się bowiem w teraźniejszość a przeszłość nie ma już takiej możliwości. Wtedy ma on prawo oczekiwać, że każda przyszłość, każdy czas, który będzie, stanie się jego udziałem. Albowiem, jak już zostało stwierdzone, żyje się w jednym kierunku czasowym.
      Zaś obawa, że nigdy po śmierci nie będzie się, sprowadza się do tego, że całego tego niebytu – poprzez pewność zawsze stającej się teraźniejszością przyszłości – doświadczalibyśmy już za życia! Że człowiek wpadałby do czarnej dziury nieistnienia, starając się przed utonięciem zaznać jak najwięcej przyjemności, które w przyszłości – jako przeszłość – nie będą już istniały! Gdyż w dłuższej perspektywie realnym szczęściem jest to, co będzie – bardziej niż przemijające to, co jest – a zwłaszcza to, co było; podobnie z przykrością. A więc nieprzyjemność nie-bycia odczuwałoby się przez całe życie. A w szczególności na starość. Ludzie rodziliby się wyłącznie po to, aby stać się kiedyś nicością! Aby cierpieć przez całe życie myśl o wpadaniu do czarnej dziury! Aby doświadczać męczarni świadomości wiecznej śmierci! W przeciwieństwie do zwierząt, zdawaliby sobie sprawę z własnego unicestwienia.
      Czy rozumne umysły zostały stworzone tylko po to, by, osiągnąwszy zdolność zauważenia, że śmierć na zawsze kończy egzystencję, nieustannie znosił tę myśl? A może dane zostało człowiekowi życie wieczne? Jeżeli nie, to wtedy byłby istotą obdarzoną rozumnym jestestwem, cierpiącą zarazem świadomość niebytu, który zniweczy jej osobę. Jeśli istnienie Wszechświata ma jakiś cel, to być może jest nim powstanie jestestwa posiadającego byt osobowy, obdarzony przywilejem niezniszczalności. Wtedy żyłoby ono nie po to, aby doznawać świadomości przyszłego nie-bytu, ale po to, by stało się zdolne do przyjęcia informacji o swojej nieprzemijalności. Lecz to rozumowanie zakłada coś jeszcze: coś, co stoi ponad fizykalnością bytu, coś, co musiało zaingerować w rzeczywistość, a może nawet samo ją stworzyło. Gdyby przyjąć, że ewolucja lub inne tego rodzaju procesy są tylko środkami w osiąganiu celu ustanowionego przez coś znacznie wyższego, przez coś, co dało ludziom świadomość wiecznego życia dla nich przeznaczonego, to wszystko układałoby się w logiczną całość. I wtedy byłoby tak, że szczęście przeważałoby nad nieszczęściem, istnienie nad brakiem istnienia, a ostatecznym celem wszystkiego byłaby wieczna radość bez smutku, który przeminie! Czy mógłby istnieć świat, w którym to, co bolesne, nieskończenie przeważa nad tym, co radosne poprzez powszechną świadomość przyszłego nie-bytu? Czy po to żyjemy, by, zgodnie z biegiem płynącego naprzód czasu, bezpowrotnie przeminąć? Czy po to mówimy „ja jestem”, by nie być?
      Jeżeli życie wieczne jest faktem, to czym się cechuje? Skoro obecny świat bezdyskusyjnie przeminie, ziemia razem z Kosmosem, powstanie nowy, zapewne pełen doskonałości, bez zła, czyli nie-życia, nieprzemijający. I powstanie także nowe ciało dla tej samej duszy. I będzie ona na zawsze uszczęśliwiona pewnością nieprzemijającego i czerpiącego z owych doskonałości Życia, którą do pewnego stopnia posiada już teraz, jeszcze na tym świecie? Chyba że tym szczęściem wzgardzi.
      Czy wszystko to wydarzyłoby się samo z siebie? Czy same tylko z siebie są czas, Wszechrzecz i zamieszkujące go dusze, obdarzone ciałem? Skoro my sami mówimy „jestem”, czyż nie Jest także Ktoś, kto trwa ponad czasem i Wszechrzeczą, przez którego Wszystko się stało, gdyż bez Niego nic nie stałoby się? Istnienie, wyrażone słowem „JESTEM”, osobowe, Bóg? Którego to jesteśmy Obrazem i Podobieństwem? Które jest nieskończenie Dobre i pozwala nam czerpać z tego Dobra, z Siebie, by dać nam, Swoim dzieciom, Dzieciom Bożym, Świętość i Życie Wieczne w Chwale? A czy wszyscy Go przyjęliśmy? Czy tylko ci, którzy do Niego należeć pragną?
      Czy zasłużyliśmy naszym tak wyjątkowo nieszlachetnym życiem na te wspaniałości? Czy może staraliśmy się uśmiercać, niszczyć i zabierać życie innym oraz sobie? Czy sami z siebie mielibyśmy prawo oczekiwać życia, którym wzgardziliśmy?
      Wtedy Ewa przypomniała sobie Świadectwo poznane w latach młodości, że Bóg ulitował się nad ludźmi i Sam do nich przyszedł w Osobie Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Ażeby nie zasługami grzesznej ludzkości, ale Swoim zwycięstwem nad grzechem i śmiercią zbawić tych z nas, którzy Zbawienia pragniemy, przyjmując je od Boga jako Dar. Bóg Ojciec stworzył nas i okazał nam Swą Dobroć, pragnąc naszej świętości, której sami z siebie osiągnąć nie potrafiliśmy, wybierając raczej nieposłuszną drogę donikąd, a Syn Boży Ofiarował nam w Swej Bożej Miłości do Stworzenia z dawna oczekiwane Zbawienie poprzez śmierć i zmartwychwstanie Swoje. Ci, którzy Syna Bożego zechcą przyjąć, otrzymują to Życie Wieczne w Bożej Miłości. On zesłał na nas Ducha Świętego, Trzecią Osobę Bożą, która otwiera nas na przyjęcie Syna i nieustannie prowadzi następców Jego Apostołów w natchnionej mądrości, dając przezeń wszelkie zrozumienie, radość pewności Zbawienia, Świadectwo o Bogu i przede wszystkim Samego Boga obecnego w Sakramentach, w których daje się nam przyjąć.
      Właśnie Ewa otrzymała od Niego owo Świadectwo i zapragnęła owego przyjęcia.
      Zaprosiła Trójjedynego Boga, Odkupiciela, do swojego życia. Nie lękała się już doczesnej śmierci, a jedynie bólu konania. Żałowała za popełnione dotąd grzechy, gdyż zapragnęła odtąd doświadczać Jego Miłości i odwzajemniać ją poprzez posłuszeństwo. Nie chciała, by grzech-śmierć zamykał jej drogę do Życia Nieskończonego. Wyrażała nadzieję, że ów żal doskonały wystarczy wobec braku możliwości otrzymania Sakramentów.
      Powróciły do jej pamięci wspomnienia kłamliwych ideologicznych wypowiedzi, na których budowała dotąd swoją religię niewiary. „Żyjesz tylko raz, korzystaj z życia!” — mówiono jej. „Patrz na tych wszystkich klęczących i śpiewających przed szamanem! Zależy mu tylko na tym, abyś rzuciła na tacę. On jest albo pedałem, albo nieudacznikiem życiowym. Czy to, co oglądasz, nie wygląda jak afrykański taniec, ale w nieco zmienionej formie?”, „Po śmierci zasypiasz i nie ma nic!”, „Ludzie sami wymyślili Boga, aby nie bać się śmierci!”, „Nie masz wolnej woli – tylko mózg – zbiór atomów, takim samych jak wszędzie, a tobie się tylko wydaje, że masz duszę!”, „Nie bądź zaślepiona! Ludzie ewoluują i w miarę postępu odrzucają Boga! Teraz jest więcej ateistów niż kiedyś. Jeżeli jeszcze bardziej rozwinie się technika, wtedy Bóg przestanie być ludziom potrzebny! Ateizm to naturalny krok w ewolucji. Taki jak rozłamy w Chrześcijaństwie i deizm! Zobaczysz, sami zapewnimy sobie życie wieczne, to tylko kwestia czasu. Człowiek przez cały czas, już od swoich narodzin, będzie odczuwał przyjemność, jakiej nie dadzą nawet doznania seksualne. Nieustannie! Na zawsze! Nie będzie się martwił już niczym! Skończą się filozofia, religia i inne starodawne ułudy, te efekty uboczne ewolucji! Nie bądź ślepa! Otwórz oczy! Świat się zmienia! Ewoluuje! Osiągniemy najwyższy szczyt rozwoju, sami stworzymy to, co niby wam obiecują, że otrzymacie w Raju!!!”
      Wszystkie te argumenty opierały się na czysto psychologicznym robieniu wrażenia na słuchaczu, na działaniu na jego wyobraźnię, na popędy. Celem jej życia nie było dążenie do jak najszybszej i największej przyjemności. Nie na uczuciach opierała wiarę w Boga, lecz na decyzji wolnej woli opartej na Świadectwie Ducha Świętego przypominającym zasłyszane niegdyś Słowo Boże i naukę Kościoła. Wyobrażała sobie człowieka stale otrzymującego doznania zmysłowe, wegetującego jak roślina, o niczym nie decydującego, tylko doświadczającego, wciąż doświadczającego. Ewa dostąpiła teraz największej przyjemności – świadomości czekającego ją Życia na zawsze w Komunii z Miłującym Bogiem! I nie-bycia bezwolną rośliną. To przewyższało swoją wspaniałością cokolwiek innego kiedykolwiek doświadczonego. Po kolei odrzucała argumenty usłyszane niegdyś od materialistów z zepsutej kultury hedonizmu. Prymitywnym wydawało jej się życie człowieka, który tylko i wyłącznie korzysta z przyjemności, nie zastanawiając się nad tym, co stanie się z nim po śmierci. Który pod pozorem nowoczesności sprowadza samego siebie do poziomu prehistorycznego. A cała ta nowoczesność służy mu wyłącznie do zaspokajania żądz. Uznając dotychczasowe używki za staroświeckie, szuka czegoś bardziej wyrafinowanego: wirtualnej pornografii, zapewniającej fantazyjne i perwersyjne kontakty seksualne, muzyki wprawiającej w trans i wyłączającej wolną wolę, okultyzmu i magii, pozornie dających władzę nad rzeczywistością, a otwierających na działania demonów, nienaturalnych i absurdalnych doznań wywołanych manipulacjami na własnym mózgu przez hipnozę lub operacyjne działanie na ośrodek przyjemności i końcówki nerwowe. A ludzie usilnie odrzucali istnienie Boga właśnie wtedy, kiedy ich cywilizacja zaczęła wszem i wobec obiecywać, że za pewien czas technika umożliwi im otrzymywanie mniemanej przyjemności w wielkiej intensywności i możliwie najdłuższy czas. Gdy tylko bliskość łatwego łupu zadziałała, przestano wierzyć w Tego, który również ją obiecywał w niebie, ale nieporównanie większą od tej, jaką dawały wynalazki człowieka! Wspaniałość tworzenia, poznawania i miłowania; świadomość bliskości kochającego Ojca Wszechrzeczy! Czyli tego, co ludzie, zaślepieni swoimi dziełami, odrzucali, gdyż ich kultura dewaluowała te pojęcia! A rozwój cywilizacji nie jest wszystkim… Co to za postęp, czyniący z ludzi zwierzęta, dbające tylko o własne popędy? Bóg, objawiając się, rozwijał wiarę u ludzi, a powrót do niewiary, jaka występowała w świecie zwierząt, to bynajmniej nie ewolucja progresywna, lecz regresywna. Taka cywilizacja musiała zginąć.
      I zginęła. Nie ma Ziemi. Oprócz niedobitków zostali jedynie Atlantyjczycy-uciekinierzy. To oni za sprawą swoich Urządzeń przyczynili się do jej zniszczenia. Przeżyło także ich troje: ona, Longiusz oraz Igor. I dwóch innych Rosjan, okłamanych przez „Fedrę”. Sprawy doczesne również powoli układały się w niejasną całość. Ale tak wiele nie zostało jeszcze wyjaśnione. Prócz Urządzeń istniała Istota. I Oni. Czy dobrze czyniła, słuchając „Fedry”? Chyba nie… Ewa myślała już w inny sposób niż kilka godzin temu. Miała świadomość obecności Boga. Postanowiła nie grzeszyć. Na razie szukanie życia i Gammy 0 wydawało jej się właściwą drogą. Ale przygotowała się na możliwość zmiany. Nie miała wątpliwości, że wybierze to, co bardziej dobre.
      I nagle poczęła powoli zapominać, co rozważała przed chwilą. To Urządzenie próbowało zmienić jej pamięć. Uświadomiła sobie, że Ktoś ochraniał ją przez czas dochodzenia do Prawdy. A teraz, kiedy już się nawróciła, została zaatakowana przez „Fedrę”. Za słaba była duchowo, by bronić się przed ingerencją, ale wiedziała, że nawet jeśli wszystko zapomni, to kiedyś przebudzi się z tego stanu uśpienia i z pełną wiarą odrzuci zło. Wiedziała, że osobowy Bóg pozwoli jej przetrwać niewolę u „Fedry” i wyzwoli ją we właściwym momencie, dając jej wystarczającą łaskę, aby mogła wybrać dobro. Ogłupienie wywoływane przez „Fedrę” rosło. Pozostawała tylko jedna myśl – że coś się wydarzyło, że o czymś zapomniała, że coś wie, ale zapomniała już, co.
      Pod półką znajdował się niewielki płaski odcinek podestu. Podczołgała się dwadzieścia metrów. Spadek urwiska, wyjąwszy jej schronienie, wyniósł na powrót 90°. Tu też kończyła się dróżka-do-czołgania. Ale oto w półce nad głową pojawiła się wyrwa!
      Ewa wydostała się przezeń na górę i na powrót stanęła na pewnym podłożu. Rozwiało się widmo śmierci. Ruszyła naprzód. Robiło się coraz jaśniej. Na horyzoncie wynurzyła się pewna budowla o kształcie piramidy. Ujrzała również jezioro.
      Skończyła się droga. Sto metrów nad ziemią. Rozczarowała się. Co teraz?? Pochyłość nadal sięgała pionu. Zauważyła, że z muru z lewej wystają małe półki w kształcie szczebli drabiny, szerokie na dziesięć centymetrów. Oddalone od siebie o dwadzieścia centymetrów biegły prosto w dół. Ta prowizorka śmiała udawać zejście.
      Jej ręce chwyciły pierwszy szczebel. Stopy stanęły na kolejnych. Istniała jeszcze możliwość powrotu. Obok, z prawej, oddalone o półtora metra, również znajdowały się szczeble. Zaczęła schodzić. Nie patrzyła w dół, aby nie ulec przerażeniu. Co pewien czas robiła krótki odpoczynek. Nie chciała wpaść w zbyt machinalny rytm, by w porę zareagować na ewentualne zagrożenie.
      Setny krok. Półka już wysoko nad głową. Drugie zejście przybliżyło się na odległość ręki, po czym ponownie się oddaliło…
      I znów stopa nadepnęła na pustą przestrzeń! Ewa nie zdążyła się zorientować i druga noga ześlizgnęła się ze szczebla. Szarpnięcie zerwało uścisk dłoni. Osunęła się w dół. Nogi cudem trafiły na metal, a ręce uczepiły się pęknięć w skale. Ratunek.
      Teraz już nie dało się wrócić do góry. Musiała schodzić ostrożniej po kolejnych szczeblach prowadzących w dół.
      Po raz trzeci stopa nie znalazła podłoża. Tym razem w porę się zatrzymała. Spojrzała pod nogi. Tu kończyły się stopnie. Do gruntu pozostało trzydzieści metrów. Teraz nie tylko rozwiała się możliwość pójścia w górę, ale i w dół. Nawet od sąsiedniej drabiny dzieliły ją dwa metry.
      Na północy spokojnie falowało piękne jezioro.

     
*
      Dwie godziny wcześniej.

     
*
      Igor wkroczył w strefę ciemną. Ujrzał tam typowy księżycowy krajobraz. Noktowizor działał doskonale. Pamiętał jeszcze emocjonujące przeżycia ostatnich chwil: czołganie się po moście nad sztucznym jeziorem. Bał się wtedy niezmiernie. Na szczęście nikt nie strzelał. Potem spotkanie z Ewą i przymusowe rozstanie. Powinien był się odezwać. Ale krzyk zdradziłby go. Strażnicy ścieżki, według Flintegrinda, mieli na wyposażeniu bardzo czułe mikrofony.
      W oddali widniały tory kolejowe. A obok nich wielki głaz.
      …A przy nim Szeni i Peczi.
      Pod Igorem ugięły się kolana. Tak więc niepotrzebnie narażał życie, aby odkryć, że tamci dwaj też tu dotarli! Ale cieszył się z tego spotkania. Wszyscy trzej równocześnie zapytali:
      — Jak znalazłeś/znaleźliście się tutaj?
      — Wy odpowiedzcie pierwsi — poprosił Igor.
      — Tak więc — zaczął Szeni — gdy znaleźliśmy się w miejscowości nadbrzeżnej, wypytaliśmy ludzi o Gammę 0. Jedni mówili, żebyśmy pojechali do wulkanu, a inni, lepiej poinformowani, wiedzieli, że potrzebne dane znajdują się w Ciemnej Strefie, ale jedynej drogi – ścieżki za wulkanem – pilnie strzegą wartownicy ze sztucznego zbiornika wodnego, nad którym zawieszono most. Jeszcze inni twierdzili, że można tam się dostać, pokonując pewną przepaść, lecz trzeba umieć ją odnaleźć, aby nie zabłądzić w okolicach wulkanu. Bardzo nieliczni wspominali o Izolowanym Mieście, stanowiącym swego rodzaju rezerwat, czy coś w tym rodzaju. Kilku napomknęło o piramidzie za bagnami.
      — My wybraliśmy opcję drugą — kontynuował Peczi. — Ciemną Strefę. Według Spikijczyków prowadziło tam kilka wspomnianych przez Szeniego dróg. My znaleźliśmy własną, prostszą od pozostałych. Pole siłowe przy granicy światła otwierało się dla przejeżdżających międzykontynentalnych pociągów. Wsiedliśmy do takiego i po przejechaniu tego punktu przygotowaliśmy się do opuszczenia wagonu. Po kilkunastu minutach rozbiliśmy ścianę i wyskoczyliśmy. Wiesz, dlaczego nie zginęliśmy. Wytrwałe poszukiwanie anomalii pozwoliło nam zlokalizować ten głaz. Teraz twoja kolej.
      Igor opowiedział im całą swoją historię. Nie ominął absolutnie żadnego szczegółu. Kiedy skończył, Targanie odpowiedzieli:
      — Nie wszystko, co mówiłeś, do nas dotarło. Nie próbuj nam tłumaczyć, taki mamy […], żeby nie przyjmować do wiadomości niczego o […].
      Na głazie faktycznie znajdowały się informacje o położeniu Gammy 0. Ponadto występowała zgodność z namiarami podyktowanymi Igorowi przez Flintegrinda. Wielokrotnie obeszli kamień dookoła, ale niczego więcej nie znaleźli. Rosjanin zawiódł się. Okazało się, że cały jego wysiłek nie miał sensu. Wszyscy trzej postanowili wracać. Jako że Targanie posiadali odpowiednie wyposażenie, możliwe było sforsowanie przepaści. Nie zamierzali zatrzymywać pociągu. Oddalili się od kamienia, na którego wierzchołku widniał taki rysunek:
     
     


       
     

VII
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział VIII
IX