IX
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział X
XI

      X
     
      Hibernacja zakończyła się. Zegar wskazywał rok 4096. Znajdowaliśmy się tysiąc lat świetlnych od Słońca. Gwiazdozbiory były całkiem nieznane. Orbitowaliśmy wokół Gammy 0: gwiazdy typu F4, charakteryzującej się jednak pewną wewnętrzną niestabilnością o nieustalonej przyczynie. Lunety odkryły bogaty system planetarny. Pierwszy obiekt osiągał wielkość Ziemi, posiadał też gęstą tlenowo-azotową atmosferę. Nie występowały na nim oceany, a powierzchnię przykrywały skały. Spodziewaliśmy się zastać tam Nauczycieli. Dalej królował gazowy gigant, podobny do Jowisza, a za nim znajdowała się mała, posiadająca nieprzezroczystą atmosferę planeta. Potem występowały dwa ciała o rozmiarach dwukrotnie mniejszych od Uranu oraz pięc skalistych globów o wymiarach galileuszowych księżyców. Na peryferiach ukadu mieściły się duże obiekty, będące prawdopodobnie wygasłymi gwiazdami, które powoli krystalizowały, zamieniając się w diament. Reflektory w lunetach odkryły mech na pierwszym z globów. Nie udało się dokonać efektywnego zbliżenia, gdyż drgania powietrza za mocno zakłócały obraz.
      Przylecieliśmy na jego orbitę. Nadaliśmy mu nazwę G0-I. Oddalony od gwiazdy 2AU, obracał się dookoła osi co 6 godzin. Ciśnienie na jego powierzchni wynosiło 1000hPa. Temperatura na równiku +65°C, na biegunach –115°C. W strefie umiarkowanej średnio +15°C, w nocy –5°C. Nie potrzebowaliśmy skafandrów. Miejsce lądowania wyznaczyliśmy na trzydziestym równoleżniku, w strefie górskiej. Cień szczytów powodował, że temperatura wahała się tam w granicach od +8°C do +28°C.
      Lot promem odbył się pomyślnie. Wylądowaliśmy o godzinie drugiej czasu słonecznego. Masyw wzniesień zasłaniał Gammę 0. Według danych z detektorów należało skierować się na zachód, wzdłuż łańcucha. Tam znajdowało się pewne niezidentyfikowane stworzenie.
      Uzbrojeni w lasery, poczęliśmy zmierzać na spotkanie z nieznanym. Szeni i Peczi nieśli broń, Igor detektor ruchu, a ja z Ewą najbardziej niezbędny ekwipunek. Wędrowaliśmy w milczeniu. Nie odzywaliśmy się do siebie od czasu mojej rozmowy z Igorem, w której wyraził pogląd, iż Nauczyciele są w błędzie. Mimo to nie zrezygnował z wypełniania Misji. Interpretował ją na własny sposób. Nie miałem mu za złe tej wymiany poglądów, gdyż dzięki niej poznałem wiele ważnych faktów. A finał wydarzeń powoli się zbliżał. Poszukiwaliśmy tej rasy, która dała nam możliwość lotów międzygwiezdnych i broniła nas przed śmiercią, dając nam Życie.
      Słońce wyjrzało zza gór. Zrobiło się gorąco. Temperatura skoczyła do trzydziestu stopni. Cienie szybko się skracały. Prędki ruch Gammy 0 dał się zaobserwować wizualnie.
      Detektor wykrył ruch w górach. Po chwili zauważyliśmy nawet ruchome kropki na stokach. Przyrząd wskazywał, że jedno ze stworzeń zmierza dokładnie w naszą stronę.
      Nagle zauważyłem coś innego, pędzącego do nas z dużą prędkością. W liczbie kilkunastu sztuk. Spojrzałem przez lunetę. Ujrzałem pędzące w naszą stronę olbrzymie głazy! Przypomniała mi się podobna przygoda z Lodu. Targanie obliczyli, że nie da się uciec spod pola ich rażenia. Polecili na bieżąco usuwać im się z drogi. Rozproszyliśmy się. To zmniejszało ryzyko, że nikt nie przeżyje. Ewa chciała zostać przy mnie, ale odmówiłem jej. Targanie dysponowali laserami, za pomocą których mogli zmieniać tor toczących się kamieni. Ziemia zadrżała. Rozległo się dudnienie. Naraz kilka sztuk wyleciało na nas. Żaden z nich nie toczył się bezpośrednio ku nam, za wyjątkiem jednego, którego Igor w porę zauważył i uskoczył w bok.
      Druga seria okazała się bardziej celna. Zmuszeni zostaliśmy do zmiany pozycji. Kiedy tylko ledwo uniknąłem śmierci, zauważyłem, że podbiegłem pod tor innego głazu. Dudnienie stało się tak ogromne, że prawie nic innego nie słyszałem. Igor krzyczał coś, ale nie rozumiałem słów. Kamień, mający mnie zabić, ominął mnie minimalnie. Dwa błyski z broni laserowej oznajmiły, że Szeni z Peczim nie próżnują. Jeszcze kolejna seria toczących się skał przeleciała między nami, po czym dudnienie ucichło. Dobiegał moich uszu jedynie straszliwy wrzask Igora.
      Spojrzałem w jego stronę. Czterometrowy wielonożny potwór trzymał go jedną z kończyn. Ofiara rzucała się na wszystkie strony. Z jej zmiażdżonej nogi spływała krew. Dochodziły do mnie niektóre słowa Rosjanina:
      — Targanie… umieram… mogę powiedzieć… to… no… Targa… r… r… yyy…! Ro… Gl… bł, bł… chrrr… Tar… chr… ro… chrrr… błgrrr… uu… mie… ram… Biblia… futera… Ewo!… Kiedyś… obudzisz… Aaaaa a a a!!!!
      Targanie wypuścili promień lasera. W stornę Igora. Drapieżnik, poparzony w kończynę, rzucił płonącą ofiarę. Palący się Igor upadł tuż obok mnie. Targanie zajęli się bestią. Ta, sama płonąc, uciekała. Nie uszła daleko. Runęła na ziemię. Po chwili zdechła. Igor też już nie żył. Pozostały tylko dwa spalone ciała. Tak poległ dzielny Rosjanin. Szlachetny mieszkaniec Ziemi. Uśmiercony podczas eksploracji Kosmosu, jak przystało na kosmonautę. Czterysta tysięcy razy dalej od Ziemi niż Spik.
      Zaproponowałem, żeby go pochować. Zebraliśmy trochę kamieni i usypaliśmy kurhan. Targanie chcieli na tym poprzestać. Ewa zastanawiała się nad czymś, sprawiając wrażenie, jakby usiłowała sobie coś przypomnieć. Spytałem ją, jaki symbol należy umieścić na grobie. Przez chwilę usilnie myślała, po czym zaproponowała godło Rosji. Ja znalazłem lepszy pomysł. Kazałem Targanom wyryć na kamieniu symbol Układów Gammy i namalować wizerunek Urządzenia, jako że Igor był zasłużony dla Misji.
      Targanie wyrzeźbili rysunek znany z ich targańskiego sztandaru. Powiedzieli, że ja sam mam wykonać wizerunek Urządzenia, gdyż oni nie potrafią. Zdziwiłem się, ale zabrałem się do roboty. W końcu praca dobiegła końca. Postanowiliśmy wrócić do promu po lepsze wyposażenie. Kiedy oddaliliśmy się od grobu, ogarnęło mnie dziwne przeczucie. Odwróciłem się, aby na niego spojrzeć. Znaków na kamieniu nie było widać. Może ze względu na dużą odległość. Ale dały się dostrzec jakieś inne, niejasne zarysy. Dziwne, ale układały się w dwie krzyżujące się ze sobą linie: pionową – dłuższą i poziomą – krótszą. Po Układach Gammy i Urządzeniu nie zostało śladu.
      Wróciliśmy do pojazdu. Okazało się, że podczas naszej nieobecności kamery wykryły wejście pod ziemię, z którego wypełzało jakieś stworzenie. Zarejestrowały też przyczynę lawiny głazów – spowodowały ją wielonożne potwory.
      Lot na miejsce trwał krótko. Nastała godzina czwarta i słońce chyliło się ku zachodowi. Znajdowaliśmy się przy otworze prowadzącym pod powierzchnię. Wyposażyliśmy się w skafandry, lasery, detektory i noktowizory. Kiedy mieliśmy już wejść do dziury, Ewa zrezygnowała. Postanowiła wraz z Peczim czekać na nas na promie.
      Wkroczyłem z Szenim do środka. Schody, a właściwie coś, co je przypominało, prowadziły ostro w dół. Gdy przeszliśmy pięćset metrów, skończyły się. Przed sobą mieliśmy ciemność, w którą się zanurzyliśmy. Po chwili ustąpiła. Żyrokompas zwariował; przestał mierzyć głębokość. Termometr wskazywał temperaturę tysiąca stopni. Powłoka zewnętrzna naszych skafandrów stopiła się. Znajdowaliśmy się w małej pieczarze, oświetlonej jarzącymi się kałużami lawy. Grunt gdzieniegdzie topił się, to znów krzepł.
      — Tylko nie stawaj na lawie — polecił Szeni. — Poza tym możemy iść dalej. Patrz, gdzie stąpasz. Jeśli się pomylisz, skafander przestanie chłodzić.
      Targanin ruszył przez pieczarę, omijając rosnące to kurczące się bajora ciekłej skały. Niepewnym krokiem postąpiłem naprzód. Kroczyłem po grząskim, prawie zapadającym się pod stopą podłożu, a obok mnie roztapiała się skała. Wystąpił krytyczny moment, kiedy płynna lawa dosłownie mnie otoczyła, ale na powrót zaczęła krzepnąć, formując most, po którym dało się iść. Po przejściu magmowej pieczary znów na chwilę zagłębiliśmy się w ciemność.
      Żyroskop przestał szaleć. Termometr pokazywał –5°C. Stwierdziliśmy zmianę składu atmosfery - ilość tlenu zmalała do 10%. Noktowizor zauważył światło widzialne, więc przestaliśmy go używać. Znajdowaliśmy się w przezroczystym tunelu, zawieszonym w powietrzu wewnątrz olbrzymiej pieczary, wysokiej i szerokiej na sto metrów. Przez otwory w sklepieniu wpadało tu światło dzienne, mimo że nadeszła już godzina piąta. Tunel miał przekrój spłaszczonej u spodu rury. Długość pomieszczenia wynosiła pół kilometra. Przeźroczyste ściany pokazywały dokładnie widok z zewnątrz. Na substancji nie widniała żadna rysa. Potarłem o ścianę metalową częścią kombinezonu. Nie zostało nawet muśnięcie. Szeni oznajmił, że to węgiel. Czyżby diament? Tak. Lita diamentowa masa.
      Dotarliśmy do końca pieczary. Tu nasza rura krzyżowała się z inną, prostopadłą, sama kończąc się wnęką przysypaną gruzem. Ta prostopadła również miała po obu stronach ślepe zakończenia. Dead end. Tamże znajdowały się galaretowate, organiczne masy. Szeni nie miał najmniejszego pojęcia, co to takiego. Zdawało mi się, że coś się w nich poruszyło. To miejsce przestało mi się podobać. Czy tak mieliby wyglądać Nauczyciele?
      Postanowiliśmy zawrócić. Ten diamentowy tunel mógłby okazać się naszym grobem. Kiedy omijaliśmy wnękę, zaintrygował mnie wystający z niej przedmiot o wyglądzie niewielkiego walca. Białe znaki, w większej części zakryte, przyciągały moją uwagę. Ale nie zbadaliśmy tego miejsca.
      Ta dziwna rzecz nie dawała mi spokoju. Kiedy mieliśmy już wkroczyć do strefy lawy, zawróciłem. Szeni krzyknął, żebym tego nie robił, ale nie usłuchałem go.
      Samotnie przemierzyłem dwieście metrów. Szeni zniknął w oddali. Nastała cisza. Mikrofony skafandra nie chwytały żadnych dźwięków. Schyliłem się nad gruzem, wyciągając rękę w stronę dziwnego rekwizytu. W tej samej chwili usłyszałem po prawej stronie mlaskanie. Dobiegało z końca korytarza. Masa organiczna wykonała nieznaczny ruch. Cofnąłem rękę. Chwilę stałem, czekając nie wiadomo na co, gdy z lewej też zaczęło rozbrzmiewać bulgotanie. Odwróciłem się i począłem wracać do Szeniego. Po przejściu dziesięciu metrów odwróciłem się ponownie i zerwałem do biegu w przeciwną stronę, do wnęki. Ale gdy tylko znalazłem się na skrzyżowaniu tuneli, spojrzałem w prawo i natychmiast zmieniłem zamiary. Galaretowata masa znajdowała się w połowie drogi do wnęki. Rzuciłem się do ucieczki. Nie obracając się już za siebie, dobiegłem do przyjaciela.

      *
      Detektory ze statku kosmicznego nie wykryły żadnych innych ciekawych rzeczy na tej planecie. Byliśmy u Celu, ale nie wiedzieliśmy, co począć. Nasze działania spowodowały, że straciliśmy Igora. Pojawiały się propozycje powrotu na Spika i ponownego odnalezienia informacji o położeniu Gammy 0. Ale wiele świadczyło, że to właśnie ten układ. To tu na jednym z jego obiektów występowała tlenowa atmosfera, a do tego podziemne konstrukcje. Obydwa źródła – Igora i moje – zgadzały się. Według obserwacji z teleskopów żadne inne miejsce w systemie nie stwarzało warunków do istnienia cywilizacji.
      „Fedra” milczała. Próbowałem szukać przy jej pomocy Nauczycieli, ale nie udało się. Prawdopodobnie za niepowodzenie odpowiadał brak danych szczegółowych. Mocno zrezygnowany, postanowiłem jeszcze raz przeszukać głaz koło linii kolejowej oraz piramidę na Spiku. Ewa jednak zaproponowała, żeby zamiast tego zbadać po kolei każdą planetę Gammy 0. Przekonała nas. Rozpoczęła się dyskusja, od której zacząć. Pierwsze na myśl nasunęły się te o niższych grawitacjach. G0-III oraz G0-VI, VII, VIII, IX i X. Wybór padł na G0-III. Szykowaliśmy się do hibernacji. Misja nie dobiegła jeszcze końca.

      *
      2AU od Gammy 0.

     
*
      „Wstawaj.”
      Myśli nurtują moją głowę. Zostałem obudzony. Nakazane mi wstać. Czynię to. Inni jeszcze śpią. Kto mnie obudził? Oni? Czyżby już? Teraz?
      „Ja, „Fedra”.”
      „Po co to zrobiłaś?”
      „Wracaj na planetę. Sam. Do tunelu.”
      „Dlaczego?”
      „Rozkazuję ci!”
      „Wiesz, że Cię posłucham, więc powiedz, po co.”
      „Aby ci oznajmili, gdzie są.”
      „A gdybym się nie zgodził?”
      „W tej chwili nie mam nad tobą władzy, ale później będę miała. Ufasz mi?”
      „A więc mógłbym Cię teraz zniszczyć?”
      „Tak. Ale nie rób tego. Beze mnie zginiesz. Żyjmy.”
      „Dobrze. Wrócę. Wierzę Wam!”

      *
      Prom lądował na G0-I, którą nazwałem „Groźną”. Była piąta trzydzieści. Czerń, ziejąca z prowadzącego w dół otworu w ziemi, zapowiadała Nieznane. Znowu tam wejdę. Po raz kolejny tam wrócę. Tym razem skorzystam z broni.
      Zanurzyłem się w czerń korytarza.
      Schodziłem schodami do Dead End. Do Grand End. Do Mission End. Dotrę do wnęki i będę wiedział, gdzie Oni są. Coraz bliżej, coraz bliżej. Ciemność. Pieczara lawy. Pierwsza przeszkoda. Mały krok i wszystko się roztapia. Ostatni wolny pas gruntu. Biegnę. Ostatni skok. Wstrząs. Lawa podnosi się. Trzęsienie ziemi. Erupcja!!!
      Niknę w kolejnej ciemności. Wchodzę w tunel. Widok jak wtedy. Obracam się. Za mną ściana. Przejście w ciemność znikło. To lawa wypełniła je i zakrzepła. Nie jestem już w Dead End, ale w Point of No Return. Ale jeśli na tym polega Misja… mogę zginąć, jeśli ją tylko wypełnię. Poświęcić życie Nauczycielom.
      Wnęka. A to ci dopiero! Są dwa nowe wyjścia! W korytarzu na lewo i na prawo. Stoją otworem. Tak, mogę teraz zobaczyć, co to za przedmiot o kształcie walca. Nic mi przecież nie zagraża.
      Puszka.
      Jakieś napisy, chyba po włosku.
      Obok szkielet człowieka.
      Z Ziemi!!! Niemożliwe. 283 • 476. Liczę słupek. Dodaję. Wynik. 113288. To nie sen. Skąd tu się wziął ten człowiek? Dlaczego żelazo całkowicie nie zardzewiało? Aha, tu jest mało tlenu. Tak wskazuje detektor.
      Idę na lewo. Jak to możliwe, że Ziemianin tu przybył? Kosmonauta? Niemożliwe, przecież nie miał skafandra. Pił napój. Ciało leżało długo i rozłożyło się. Musiał się udusić. Nie, to paranoja! Kompletnie bez sensu. On nie udzieli mi informacji o Nich. Nie po to mnie tu wysłano.
      Przechodzę przez ciemność. Rozgałęzienie. Cały labirynt. Wszędzie rury, jedna za drugą. A w niektórych coś chodzi.
      Robale!!!
      Rzucam się do ucieczki. Trafiam do tunelu z wnęką. Potwór wynurza się za mną. Omijam zagłębienie. A teraz wyprzedza mnie i wychodzi przede mną! Drgnąłem. Laser upada. Stworzenie dopędza mnie. Próbuje chwycić mnie swoją szczęką. Następuję na jego tułów. Zeskakuję na bok. On zadaje kolejny cios. Unikam. Następny. Uchodzę. Chwila przerwy. Znowu jestem na nim. Okropna pustka pod skórą. Głowa obraca się i dalej próbuje chwytać. Atak. Unik. Atak. Unik. Atak. Unik. Przerwa. Walka nie kończy się. Obrona, która jest bezcelowa. Zwierzęca walka o byt. Ataki, uniki. Ile jeszcze? Jak długo? A każda próba to cierpienie. Że zginę. Że umieranie jeszcze potrwa. Lecz cóż to? Ściany kruszą się! Zamieniają się w miliardy drobnych ziarenek diamentu. Upadam z Robalem w dół. Lecę pięćdziesiąt metrów. To broń laserowa rozkruszyła kryształ. Widocznie niechcący się włączyła. Uderzam w coś ostrego. Rzeźbi rysę w brzuchu. Widzę otwartą ranę, a pod nią szczegóły anatomiczne. Upadek na plecy? Nie, w szyję coś się wbija. Ucina ją. Obraz przed oczyma kręci się. Obserwuję swoje ciało bez głowy. Uderzenie. Turlam się. Leżę bokiem. Ja-głowa. Obok tułów. Gdzie krew? Tracę pole widzenia. Tracę myśli. Tracę świadomość. Śmierć?

IX
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział X
XI