X
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział XI
XII

     XI
     

      Przebudzenie. Tułów bez głowy leży bliżej. Palce drapią ziemię. Niemożność wykonania jakiegokolwiek ruchu. Jedynie gałki oczne obserwują okolicę. Przestają. Znów sen.

      *
      Gdzie korpus? Tuż pode mną. Czuję go. Mogę nim poruszać. Otwarte rany. Niezasklepiony brzuch. Mój brzuch. Kładę się na poszarpane plecy. Wysoko nade mną szkielet rur. Jedna z nich urwana. Stamtąd spadłem. Do skóry powbijane ostre kawałki diamentu. Nie czuję bólu. Nadal żyję. Sprawność myślenia zachowana. Znów sen.

      *
      Brak najmniejszego nawet zadrapania. Wszystkie rany zabliźnione. Tylko poszarpane strzępy kombinezonu dają świadectwo tego, co się wydarzyło. Nie posiadam hełmu. Oddycham. Choć brakuje tlenu. Nie duszę się. Wstaję. Wszystko już rozumiem.
      Moje ciało jest niezniszczalne.
      Ani śladu odłamków w skórze, wszystkie leżą na ziemi, pode mną. Nieopodal zdechły Robal. Cienki jak koc. Faktycznie, w środku są puste. A ja? Ja…
      To sprawka „Fedry”. Obdarzyła mnie lepszym organizmem. Nie tylko wymieniła ciała z Pelenem. Dała mi życie.
      Gdzie się dokładnie znalazłem? Na dnie pieczary. Nad głową lewa gałąź rury. Nieco dalej ta prosta, biegnąca na powierzchnię, a potem ta urwana. Teren wznosi się ku tamtej stronie. Właśnie tędy się osunąłem. Obok mnie niewielka wnęka, większa jednak od tej z martwym Ziemianinem. Widzę otwór w ziemi. Obok niego mieści się wlot niskiego i wąskiego tunelu zamurowanego w litej skale. Obok jeszcze kilka dziur, jedna mała, o średnicy dziesięciu centymetrów. Może zajrzę, co w niej jest?
      Ciemność zupełna. Jakieś dwa ogniki. Tuż przede mną. Coraz wyraźniejsze kształty. Kocie oczy!!! Odskakuję. Brrr… Coś mnie obserwowało. Stworzenie Patrzące Zza Ściany. Nawet teraz te dwa punkty na mnie zerkają, choć ja ich nie widzę. Może przemóc się? Spojrzeć do innej wnęki. Czynię to. Mały zawrót głowy. Lekki ból w nodze. To chyba złudzenie.
      Tuż przy ziemi kolejny otwór. Prostokątny. Schylam się. Para ludzkich oczu spogląda na mnie martwo na wysokości moich stóp. Ten ktoś tkwi tam nieruchomo. Na gruncie niższym o ponad metr. Częściowo zamglona postać ludzka.
      Stojący we wnęce w Piramidzie.
      Nie!!!!!
      To nie może być on! To inne miejsce. Tu – to nie tam! Obracam się.
      Oko patrzy na mnie. Wielkie fioletowe Oko Istoty. Zajmuje całe pole widzenia. Noga mocniej boli. Po raz drugi zostaję zaatakowany. Powtarza się sytuacja z Gammy II. Coś się przebija. „Fedra”. Walczy z Nią. Tym razem jest inaczej niż wtedy: Urządzenie przeciwko Istocie. Oko wciąż widoczne. Coraz silniej przenikające wnętrze mózgu. Obecne we wszystkich receptorach zmysłu. Oszałamiające. Pełne cierpienia. Przypominające jakby o śmierci. Coraz większe i większe. Zajmujące całe pole odczuwania. I rosnące wraz z nim. Sięgające nieskończoności. Zmierzające ponad doczesność… Do tego, co ponad nią. Do innego życia.
      Przyćmiewa się. Zanika. Zostaje zaćmione. Pole odczuwania powoli dominowane jest przez transmisję z zewnątrz. Dzięki warunkom wytwarzanym przez „Fedrę”. Mówi coś. Mówi ktoś. Mówią oni. Mówią Oni. Oni! Druga planeta. Druga planeta. Druga planeta. Niejowisz. W Gammie 0. Druga. Druga. Druga. Misja. Cel. Przekaz ustaje. Nie ma Ich. Obrót ciałem.
      Wielka wolna przestrzeń tego świata. Wylatuję z gór. Pełna jasność płonącego nieba. Szybuję nad ziemią. W oddali też góry. Widzę, jak frunę tam – ja sam. Na zderzenie z samym sobą. Obniżam pułap lotu. Ląduję. Obracam się na bok. Stoję i czekam. Ziemia drży. Coś wynurza się zza horyzontu. Wielka głowa. O średnicy kilometra. Groźna.
      A za nią wielki, przerażająco smutny tułów. Rozciąga się. Sięga do nieba. Cała postać stoi. Wysoki na dziewiętnaście kilometrów. Idzie tu. Do mnie. By dojść-tu. Tylko dojść. Dochodzi. Stoi nade mną. Patrzę wzwyż. To nie tak, jak pod Wieżą. U góry, im wyżej, tym bardziej się rozrasta. Sama twarz zajmuje pół nieba. Szeroka na pięćdziesiąt kilometrów. Przerażona. Śmiertelnie przerażona. Okrutnie śmiertelnie przerażona.
      Wszech-rozpaczliwie okrutnie śmiertelnie przerażona.
     
      Na głowie twarz, na twarzy głowa. Wszech-ogarniającego-pole-widzenia wielkoluda. Jego roz-boleść-budzące oczy widzą coś. Obracam się.
      Oto ziejący krwio-płomienną masą w stronę Wielkoluda, na cienkim jak linia prosta tułowiu a o jeszcze większej od niego głowie, hybrydo-podobny stwór, który jedyne-co-czyni to rzygo-krwawi-na-olbrzyma. Masa pędzącej z prędkością światła czerwono-płomiennej cieczy uderza w twarz Smutnego. Ta topi się, wietrzeje, następują w niej ubytki, dziury, zostaje nagi wywietrzono-wypalony knot, który zapada się. Tułów roztapia się pod płomieniem knota. Jak świeczka. Coraz niżej, coraz niżej. Coraz szybciej. Coraz zimniej. Wypalony całkowicie. Knot nadal sterczy. Z ziemi. Teraz planeta płonie. Coraz niżej, niżej, w dół, aż do czarnej dziury. Coraz szybciej. Osiąga prędkość światła. Gigantyczno-szybkościowe opadanie. Całkowite wypalenie. Przekręcenie kierunków świata. Z pionu w poziom. Szybuję w poziomie. Wyleciałem z gór. Przede mną kolejne. W moim kierunku leci postać. Ja sam. Pode mną ziemia.
      Nie obniżam pułapu. Jestem coraz bliżej siebie. Zaraz się zderzymy. Kontakt. Teraz oddalamy się. Ja sam oddalam się od siebie. Cofnięcie nagrania. Wlatuję w góry.
      Jestem z powrotem w pieczarze szkieletowych rur. Obracam się. Tysiące kocich oczu patrzy na mnie sprzede mnie. Wychodzą. Miliony ślepiów. Rzucają się na mnie z pazurami. Chcą mnie podrapać. Łapki unoszą się w górę i wykonują zamach. Miliardy szponów spadają na moją twarz. Zdołałem się odwrócić. Teraźniejszość zamieniła się w przeszłość. Już nie widzę, tylko widziałem. Już nie stoję, tylko stałem.
      Wybuch!
      !
      !

     
Zakrzywienie czasoprzestrzeni. Obracam się.
      Stoję na skraju urwiska. Teraźniejszość teraźniejszością. Wielka równina na prawo, wielka przepaść na lewo. Idę jej skrajem. Wchodzę w okrągłe betonowe pole. Obracam się w prawo. Coś płonie. Trawa? Nadal obracam się w prawo. Dolina pod urwiskiem płonie. Kolejny obrót w prawo. Nie ma już równiny! Zamiast niej czerwona ziemia pod pomarańczowym niebem. Groźnie wyglądające kamienie tu i ówdzie leżą na gruncie. Gdzieniegdzie wystają z ziemi. Poziome na tych pionowych. Obrót w prawo. Brak doliny. Żużel. Czerwone strumienie lawy pływają po otwartej przestrzeni. A wszystko się pali. Obrót w prawo. Tu też lawa i ogień. Obrócić się jeszcze? Co jest gorszego od żywiołu?
      Obracam się. Wiele rozpalonych do czerwoności metalowych ostrych płyt leci, aby poszatkować mnie na plasterki. Dalsze obroty w prawo nic nie dają. Wszędzie tylko coraz bliższa – RZEŹNIA.
      Obrót w lewo.
      Stoją na betonowym okręgu. Faza pierwotna. Wszystko w normie. Idę dalej, by kontynuować podróż. Staje przede mną jakaś-istota.
      Mówi:
      — Nie żyjesz.
      — Przecież ja żyję! — krzyczę.
      — No to nie żyjesz.
      Nie żyję.

      *
      Żyję. Może. Morze, plaża i klif. Na niebie dziwna konstrukcja. Dźwig, zakończony czymś w rodzaju beczki. Wylewa się z tego lawa. Wprost na mnie! Obok jest Wyjście-z-Tej-Sytuacji. Oni mówią:
      „Zostań. Pokaż, że zginiesz dla Nas.” Mogę wybrać, co zechcę. Zostaję. Lawa zalewa mnie. Nie czuję oparzeń. Ciemność i skały dookoła mojej osoby. I tak ma już zostać? Uwięziony w skale? Na zawsze?? Zasypiam.

      *
      Budzę się. Obok mnie patrzy na mnie stworzenie. Robal!!! Zrywa się i atakuje. Ból. Krew. Ból! Ból!! Prawdziwy ból!!! Rany szarpane. Gryzie całe moje ciało. Prawdziwa krew. Uderzam go w oko. Ginie. To już nie omamy. To dzieje się naprawdę. Poważne obrażenia. Nie jestem nieśmiertelny. Może to Istota wygrała bitwę z „Fedrą”. Z Nimi.
      Tunel. Wbiegam do pieczary szkieletowych rur. Oddycham, a właściwie łapię gaz z coraz większym wysiłkiem. Duszę się. Ktoś wybiega stąd. Po wąskich schodach wystających ze ściany pieczary. Podążam za nim z coraz większym wysiłkiem. Schody prowadzą wzwyż. Znika mi z oczu. Kończą się stopnie. Po boku jest wejście. Wskakuję. Wpadam do basenu. To już dwie minuty bez tlenu od obudzenia. Znajduję się w małym pomieszczeniu, wypełnionym wodą. Obok, za kratą, jakiś duży przyrząd. Tuż za tym czymś wyjście. Wokół mechanizmu woda wrze. To coś podgrzewa ją! Faktycznie, już zaczyna mnie parzyć. Ale za grzałką ktoś jest. Pociąga za dźwignię. Mikołaj!!!
      To jawa, już nie sen. Tak, to jego ciało. Ucieka. Wychodzi z pomieszczenia. Niknie mi z oczu. „Stój!” — krzyczę, ale nie wraca. — „Nie zostawiaj mnie.” Lecz uczynił to. Trzecia minuta na obniżonym tlenie. Coś ściska za płuca. Żywcem gotuje się moje ciało. Wzrasta ciśnienie. Ciecz nie ma już stu stopni, tylko dwieście. Ostatnie sekundy życia. Ginę, denaturują się białka mego ciała. Zanurza się głowa. Zaczyna umierać mózg. Jeśli nie liczyć ściętych jak białko gałek oczu. Mogę użyć „Fedry”. Uratować się. Albo skonać. Żyć – czyli nadal być niezniszczalnym, poddając się Jej oraz Im. „Żyj” — usłyszałem w myślach czyjś głos. Kto wołał? Urządzenie? Oni? A może Bóg? „Boże, ratuj mnie. Daj mi jeszcze jedną szansę.” Odezwała się we mnie głęboko zagrzebana myśl z czasów sprzed odlotu z Ziemi. Bliższa memu sercu niż „Fedra”. „Boże, ratuj mnie, ja szu… kam Prawdy… Życia… i… i… Drogi… do… do… Nie… ba… aa… aaa…”
      „…Lecz niech „Fedra” mnie uratuje. Muszę wypełnić wolę Nauczycieli.” Wybrałem więc służbę Misji. Bałem się ginąć. Postąpiłem nieroztropnie. Czy było już za późno na zmianę Celu? Rozpoczęła się przebudowa ginącego przed chwilą mózgu, kierowana przez „Fedrę” według Jej uznania. Ostatnie myśli niczym niezakłóconej woli przemierzały głowę. Usiłowałem przeciwstawić się Im. Ale działał już skutek pójścia za pokusą doczesnego życia. Odegnałem zgon, ale być może straciłem wszystko inne. Chyba że coś jeszcze miało się wydarzyć. Może była nadzieja? Czy całkowicie poszedłem za nauką Niejowiszan…? Czy może wezwałem Kogoś więcej? Czy wysłuchana zostanie prośba o znalezienie Prawdy, Drogi i Życia?
      Poczułem, że owa myśl uratowała mnie od czegoś gorszego niż śmierć ciała, która tylko przemieniała życie. Powstrzymała od śmierci definitywnej, wiecznej, niczym nie równającej się z tą poprzednią, cielesną. Od potępienia, będącego udziałem tych, którzy stawiają życie doczesne ponad wszystko… Coś mi mówiło, że kiedyś jeszcze raz będę miał możliwość dokonania wyboru, gdyż zdążyłem powierzyć Komuś kontrolę nad „Fedrą”, która sama coraz bardziej kontrolowała mój umysł…
      …Ponownie wróciły na miejsce naprawione komórki ciała oraz prawie wszystkie wspomnienia. Brak ran. Brak bólu. I Urządzenie, tam, na orbicie…
      Krata zamknięta. Nie można dostać się do tej lokalizacji, gdzie uciekł Mikołaj. Trzeba wracać. Płynę w bardzo rzadkiej, gorącej wodzie. Topię się. Próbuję wyskoczyć. Chwytam się szczebla drabinki. Wynurzam. Wychodzę. Ciemność. Znajduję się na powrót w pieczarze szkieletu rur. Tu panuje inne ciśnienie. Jestem bezpieczny. Wiem, co czynić. Wiem, gdzie Oni są. Na G0-II.
      Wiem, kto udawał Mikołaja. To Istota weszła w jego ciało jeszcze na orbicie planety Gamma. Kiedy wyrzuciliśmy je ze statku, przeleciało, nieśmiertelne, przez próżnię, aby dotrzeć tu, na G0-I. To Ona zaatakowała moje myśli, nasyłając na mnie wyobrażenia o specyficznej wymowie. Lecz wpisywało się to wszystko w plan „Fedry”. Tylko w wypadku penetracji mojego umysłu przez absurdalne wizje, Oni mogli przemówić do mnie. Pokazać mi drogę do Siebie. A udało Im się uratować mnie przed śmiercią. Po to właśnie po raz trzeci wróciłem do rur.
      Co teraz? Może zajdę do tunelu pod ziemią? Tak. Schodzę schodami. Na prawo rura, którą kiedyś tutaj przybyłem. Docieram do wnęki z otworami. W dół czy w bok? To drugie raczej nie, gdyż zajdę do miejsca ataku Robala. Wybieram pierwszą możliwość. Skaczę. Spadam. Uderzam o ziemię. Złamany kręgosłup. Prostuje się. Jasno tu, jak wszędzie. Ciekawe, skąd tyle światła. To ściany promieniują. Rad. Tunel prowadzi w jedną stronę. Idę tam. Pnę się coraz wyżej. Koniec wznoszenia. Jasność dnia. Wyszedłem na powierzchnię. Jestem wciąż w diamentowym tunelu, po kilkudziesięciu metrach na powrót zanurzającym się pod ziemię. Nie można stąd wyjść. Szkoda.
      Dalej labirynt. Mnóstwo rozgałęzień. Któreś z nich muszę wybrać. Wybieram. Zdaje się, że przesuwam się w kierunku przeciwnym do pierwotnego. Trochę w dół. Zakręt w prawo. W lewej ścianie wnęka. Zaglądam. Kocie oczy. A więc jestem po drugiej stronie pieczary. Obieram drogę w prawo. Teraz zwrot w lewo. Ostry. Po lewej nie ma ściany, tylko grota mieszcząca rury. W pobliżu główna rura wchodzi w ziemię. Obok miejsca, gdzie prawdopodobnie znajduje się komora lawy. Widok na komorę kończy się, znowu tunel. Docieram do miejsca, gdzie powinna być lawa. Ale zamiast niej widzę pustkę! Niewielka przepaść. Skoczyć czy nie? Nie zabiję się, ale… to na pewno pułapka. Stąd nie ma wyjścia. Należy się cofnąć. Aż strach pomyśleć, co będzie, jeżeli tam spadnę! Uwięziony na wiele miliardów lat.
      Wracam. Słyszę jakby ślizganie. Dobiega z naprzeciwka. Coraz bliżej. Coraz głośniej. Wiele odgłosów. To one, Robale! Całe mnóstwo. Pędzą wprost na mnie. Uciekać czy trwać w pozycji obronnej? Nie ma czasu na wybór. Już mnie sięgają. Chwyciły w paszcze. Uderzyły z impetem. Trzymany w szczęce potwora, jestem niesiony do przepaści. Nagle czuję, że spadamy. Kilkanaście potworów skacze za nami. Coraz więcej. Rany na ciele zabliźniają się. Staję się odporny na ciosy. Wyrywam się. Stoję na dnie przepaści. W dalszym ciągu spadają weń dziesiątki Robali. Wszystkie pragną mojej śmierci. Bezskutecznie. Niezliczone cienie rzucają się w przepaść. Już nie mieścimy się na dnie. Jedne układają się na drugie. Przykryły te pierwsze. Setki owłosionych, okropnie pustych wewnątrz grzbietów, setki głów otwierających setki otworów gębowych, próbujących mnie skonsumować. Muszę wspiąć się na górę. Pływam w basenie wypełnionym mlaskającą masą istot żywych. Coraz wyżej. Jeszcze pięć metrów. Stworów nie przestaje przybywać. Zebrało się ich już chyba dwa tysiące. Tak! Chwytam się krawędzi. Wychodzę. W dole otchłań wypełniona żywą materią organiczną. Przestały nadchodzić nowe. To dobrze. Teraz pływają w substancji własnej. Całość jak ciecz, a każda kropla-potwór porusza się w niej nieprzerwanie. Niektóre sztuki wynurzają się do połowy, ale nie potrafią za mną wyskoczyć.
      Zostawiam za sobą ten fenomen. Wstępuję w tunel po drugiej stronie przepaści. W dali wciąż słychać mlaskanie. Korytarz zakręca. Po lewej znów nie ma ściany. Widok na pieczarę rur. Po przeciwnej stronie droga, którą przybyłem tutaj. Teraz znowu otacza mnie lita skała. W oddali nieco jaśniej. To na pewno nie światło dzienne. Po prawej wnęka. Duża, można tam wejść. Zaglądam. Odwracam wzrok. Znowu to coś. To kotowate coś. Nagłym ruchem wsuwam rękę. Czuję, że dotykam futro. Ciepłe. Ruszające się. Cofam. Zaglądam ponownie. I nagle uderza mnie to coś w twarz. Skoczyło na mnie. Z obrzydzeniem zdejmuję je i wrzucam z powrotem. Nie do końca widziałem, co to było. Siedzi tam nadal. Biorę do ręki okruch skały i rzucam w jego oczy. Znów wyskakuje. Długi na pół metra, owłosiony Robal. W ślepia wbite ma odłamki skalne. Powoli zagłębiają się. Stworzenie rzuca się boleśnie na wszystkie strony. Wydaje z siebie głos, a raczej artykułowane mlaskanie. Gałki zachodzą czymś, bielmem albo skorupą. Leje się z nich ciecz. Kreatura w spazmach skacze na metr, odbija się od ścian, zupełnie na oślep. Zmierza w stronę dołu-z-żywą-masą. Znika tam.
      Wchodzę do wnęki. Działam całkowicie wbrew rozsądkowi. Lecz nic mną nie kieruje, prócz próżnej żądzy ciekawości. Odnajduję się w bardzo ciemnym pomieszczeniu. Nic prawie nie widać. Sufit nisko. Ani śladu ścian. Słyszę za sobą ryk. Dobiega od strony przepaści. Następuję na coś leżącego. Chwyta mnie za nogę i ciągnie z dużą siłą przed siebie. Puściło. Zupełny mrok. Ile przemierzyłem metrów? Powoli rozglądam się wokół siebie. Nic, absolutnie nic, prócz małej jasnej plamki daleko stąd. Tamtędy chyba wszedłem. Zaczynam wracać. Znów na coś nadepnąłem. Galaretowata substancja. To samo, co niegdyś leżało w bocznych korytarzach rury. Gdzie ja jestem? To wylęgarnia! Robali. Pomysł rodem z tandetnego horroru. Posuwam się bardzo wolno. Staram się omijać leżące potwory i ich larwy. Jak to możliwe, że jeden z ich przedstawicieli znajdował się na Spiku? Może znam już odpowiedź… Nie, lepiej nic nie przypuszczać. Nie potrzebuję dodatkowego strachu. Co będzie, jeśli znów zostanę pociągnięty w głąb? Zgubię światło. Zgubię wyjście. Pozostanę tu na długo. Kto wie, czy nie na zawsze? Ależ tak, przecież dano mi doczesną nieśmiertelność. Wiele dni, jeżeli nie lat, poświęcę na szukanie wyjścia. A teraz obserwuję je wyraźnie. Już blisko. Rozszerza się w miarę przybliżania.
      Po raz kolejny na coś nadepnąłem. Patrzę. Kocie oczy odbijające błysk światła informują mnie, z czym mam do czynienia. Pocieram o nie ręką. Sypię w nie gruzem z podłogi. Stworzenie znów rzuca się w mękach. Ucieka, wydając bolesne odgłosy. W chwilę potem ogłusza mnie ryk dookoła. Jakby dziesiątki tysięcy lwów. Z bliska i z oddali. Niezliczone rzesze Robali zrywają się do ataku. Nie widzę prawie niczego, ale dokładnie słyszę. Uciekam do wyjścia. Osiągam je.
      I nagle spostrzegam, że z lewej nadciągają kolejne, te z przepaści. A zza pleców te z wylęgarni. Biegnę przed siebie. Już dopędzają mnie. Wbiegam do korytarza, tego jasnego, krzyżującego się z moim. Wysoko nad głową otwór. Wpada przezeń światło dzienne. Widzę coś, jakby ruinę wieżowca. Jakiś napis na nim. Łacińskie litery!! Czyżby?! Nie…
      Tuż obok mnie stoi takie małe coś. Wysokie na kilkadziesiąt centymetrów. Obracam się. Na moich oczach Robal wybucha ogniem. Za nim kolejny. Legły u moich stóp. Małe niewinne stworzenie zabija goniące mnie stwory. Powstrzymało wszystkie. Oko tego stworzonka jest Okiem. A sama istota – Istotą.
     

       

     

X
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział XI
XII