XI
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział XII
EPILOG

     XII
     

      Wchodziła do mojego wnętrza, nasyłała wizje. Były obecne w każdej mojej myśli. Lecz nie woli. „Fedra” walczyła z nią, jak potrafiła. Nagle wszystkie zwidy oddaliły się ode mnie. Z wielką szybkością. Nie wyglądało to na sprawkę Urządzenia.
      Przede mną stało stworzenie, będące Istotą. Ale jedyne, co czyniło, to tylko przejmująco wyglądało. Patrzyło na mnie poważnie – skłaniając mnie do przemyśleń na tematy życia i śmierci.
      Stałem tak naprzeciw niego.
      I nie działo się nic.
      Dobrnąłem do celu, ale nie wiedziałem, co dalej. Zniszczyć? Czy to jedyny żywy egzemplarz? A co z Tą, w ciele Mikołaja? Chyba zabiję. Zabiję. ZABIJĘ!!!
      „Idź.”
      To „Fedra”. Kazała kontynuować Misję.
      „Mam Ją zostawić w spokoju?!”
      „Tak. Idź do Tych-Którzy-Cię-Wezwali.”
      „Istota i nie atakować! Niemożliwe. Dlaczego tak…?”
      „Uciekaj od Niej. Nie patrz na Nią. Nie słuchaj Jej. Ignoruj wizje. Nie potrzebujesz już zdalnego kontaktu z Nauczycielami. Spotkasz się z Nimi osobiście. Idź! Najpierw Oni, potem One…”
      „Dlaczego? Jest więcej Istot? Czego jeszcze nie wiem? ”
      „Masz zbyt wiele wątpliwości. Odnajdź Ich.”
      „Czy to konieczne?”
      „Wyłączam się. Osłabłam przez mówienie.”
      Ustała łączność. Z żalem popatrzyłem na stworzonko. Ruszyłem. W lewo. Po kilku krokach odwróciłem się. Zmierzało w moją stronę, sunąc po ziemi. Nie ustawało w swym ruchu. Szedłem dalej. Znalazłem się w pieczarze, w urwanej rurze, tej rozbitej przez wystrzał z broni. Aby przeskoczyć czterometrową przeszkodę należało się rozpędzić. Ale wrócić? Tam, do Tego…
      Samo podeszło do mnie. Stanęło. I czekało. Wziąłem zamach i kopnąłem Je przez wyrwę na zewnątrz rury. Spadło. Lecz poczęło się z wolna unosić. Wziąłem rozbieg. Przeskoczyłem nad rozbitą częścią instalacji. Chwyciłem rękoma dolny obwód przezroczystego tunelu. Jej postrzępiony skraj wbił mi się w dłoń. Nie czułem bólu. Zauważyłem, że Stworzenie osiągnęło już moją wysokość i szybuje nad moją głową. Podniosłem się na rękach. Rana w dłoni zabliźniła się. Oboje przedostaliśmy się przez przeszkodę.
      Ruszyliśmy dalej. Oba wyjścia zamknięte. Ale zauważyłem, że tuż nade mną, nad wlotem do pieczary lawy, znajduje się otwór. Wpadało przezeń trochę pomarańczowego światła. Postanowiłem przedostać się tam. Wróciliśmy do miejsca urwania rury. Chwyciłem za skraj górnego obwodu i znów podciągnąłem się na rękach. Wgramoliłem się na sufit. Wprawiony w takim sposobie poruszania się, zdołałem utrzymać równowagę na diamentowej powierzchni. Stworzenie podążało w moim kierunku. Kiedy skręciłem, skróciło sobie drogę, lecąc po skosie w powietrzu.
      Doszliśmy do wejścia, a w zasadzie wyjścia. Wstąpiłem w szczelinę. Na chwilę ogarnęła mnie zupełna ciemność. Odnalazłem się w prowadzącym wzwyż tunelu. Poczułem gorąco. Olbrzymie ciśnienie. Coś po mnie spływało. Ciecz. Otwór wyjściowy już blisko. Osiągnąłem go. Wyszedłem spod kamienia na powierzchnię. Nagi.
      Nad głową pomarańczowe niebo, spowite grubą masą chmur. Wokół księżycowy krajobraz. Widok faluje od gorąca. Za mną Stworzonko. W chwili gdy wydostawało się na zewnątrz, kamień obsunął się, zasklepiając otwór. Nie istniała już możliwość powrotu.
      Nieopodal wznosiło się niewielkie wzgórze. Z trudem posuwając się w wyjątkowo gęstym gazie, wstąpiłem na szczyt i spojrzałem w dół.
      Stała tam „Wenera”.
      Byłem na Wenus.
      I była to prawda.

      *
      Góry. Doliny. Długie trwanie. Stworzenie. Ciągle przy mnie. Wracające. Kopane ze szczytów gór. Patrzące. Wciąż czeka na moją uwagę. Nie ustępuję. Więzienie. Więzienie, będące sferą. Powierzchnią planety. Perspektywa podróży przed-siebie. Ciągle gdzie indziej. Coraz dalej. W obrębie więzienia. I w końcu odwiedzenie każdego miejsca już raz. Ponowne powtórzenie podróży. I tak zawsze. A Ono przy mnie. Znów „Wenera”. Upłynęło wiele dziesiątek godzin. Może nieżyć? Nie może. Jedynie sen. Trwanie. Zasnąć. Kładę się. W punkcie 0-0. Przy „Wenerze”. Przy Ziemi…
      ?
      Nie nadchodzi sen.
      ?
      Góry i chmury. Stały widok. Ono stoi na mnie. Patrzy mi prosto w oczy. Widzę Je nawet, gdy mam zamknięte powieki. Przyjdź śnie. Przyjdź śnie, przyjdź spoczynku.
      …
      Przyjdź Ktokolwiek. Przyjdź miłości-do-drugiej-osoby. Przyjdź Sensu, przyjdź poznaniu mądrości. Przyjdź Nieskończoności, by stale Cię zgłębiać, gdyż skończoność staje się coraz bardziej marna. Kto mi da odtąd na Zawsze coś Dobrego? Jestem bez Tego, który Jest! Bez Niego nie staje się nic z tego, co pragnę, by się działo!
      !!
      Cierpiący w trwaniu. Poszkodowany. Okaleczony brakiem śmierci? – nie: innych. Brakiem miłości. Bezsensem trwania. Ale nie mogę o tym myśleć. Nie zastanawiać się. Nie słuchać.
      Znajdę argumenty za życiem doczesnym. Oni mi je dali. Żyć, żyć na zawsze, już teraz. Ale…
      Żyć teraz.
      !!!
      (dialog mózgu z wolą)
     
Ale…
      !!
      …Żyć teraz.
      !!!!
     
Ale ~ ~ …

      *
      Obudzonym. Więc jednak spałem. Nade mną dwie postacie. Bez skafandrów. Władimir i Borys.
      Wstałem. Mówiłem coś do nich, ale atmosfera zniekształciła me słowa. Kazali mi wsiąść do lądownika. Stworzenie przyczepiło się doń od zewnątrz. Mogliśmy już swobodnie rozmawiać. Wyrównano wewnątrz ciśnienie. Dali mi ubranie.
      — Co mogę wam powiedzieć? — zagaiłem.
      — A co my… — odparli.
      — Jak to się stało, że wy…
      — Ja jestem Borysem — powiedział Władimir.
      — A ja Władimirem — Borys.
      — Nie rozumiem.
      — Sytuacja jest prosta — stwierdził Władimir w ciele Borysa. — Urządzenie zamieniło nasze umysły. Jeden mózg z drugim. I dodatkowo staliśmy się nieśmiertelni. Jak ty. Nie denerwuj się. Nie wyrządzisz nam krzywdy. Tak wybraliśmy. Dała nam to za uratowanie Siebie.
      — W porządku. Słusznie postąpiliście. Jak ja wtedy mogłem być taki… taki… nie pragnący życia!
      — Żyjemy. Nudno, ale żyjemy. Szukaliśmy rozrywek. Zaspokajaliśmy głód naszych zmysłów. Dla zabawy niszczyliśmy Spika. Nikogo już tam nie ma. Nie przeżyli. Zaznamy wieczności na tym świecie, nie umrzemy i ominie nas kara.
      — Wierzycie w to… życie po śmierci?
      — Może i tak. Ale to, które mamy teraz, jest lepsze. Możemy robić, co chcemy. Posiadamy nawet hibernatory. Nikt nas nie ukarze za nasze uczynki! Wymkniemy się Mu! A poza tym ciekaw jestem, kto stoi za tym wszystkim; kto podarował nam „Fedrę”.
      — Wiem. Oni. Mieszkańcy Gammy 0. G0-2. Drugiej planety od gwiazdy. Słuchajcie:
      Jest Pięć Urządzeń. Każde dla jednego Układu Gammy. […]
      […] Wiem, że Siła, jaką dysponuje Urządzenie jest Niezwykła. […] I Ono Wyzwoli świat od Zagłady. A Jego Twórcy pałają Nieskończoną Dobrocią, gdyż cenią Życie, Tu, w Świecie Doczesnym, Wolnym od Kary.
      Skończyłem.
     
— Masz rację!! — krzyknęli Rosjanie.
      — Idźcie za mną. Zaprowadzę was do Nich. Dadzą nam dodatkowo Wieczne Szczęście.
      — Naszym statkiem nigdzie daleko nie dolecimy.
      — Wystarczy odsunąć głaz, pokażę wam.
      Opuściliśmy lądownik i spróbowaliśmy ruszyć kamień. Nie dało się. Nie pomogły materiały wybuchowe. Wzlecieliśmy wyżej i zrzuciliśmy bombę atomową. To tylko pogorszyło sytuację. Powierzchnia zeszkliła się. Lecz istniało jeszcze kosmiczne przejście ze Spika, którego istnienia nie przyjmowałem wcześniej do świadomości. Z piramidy do pieczary rur. Przez Wnękę-ze-Stojącą-Postacią.
      Statek kosmiczny, na którym na wezwanie „Wenery” przylecieli Rosjanie, skonstruowali Spikijczycy. Rozwijał prędkość równą jednej dziesiątej prędkości światła, ale nie posiadał mechanizmów zabezpieczających przez obłokami pyłu międzygwiezdnego, więc nie nadawał się do podroży na dystanse rzędu setek lat świetlnych. Dużo szybsze i bezpieczniejsze było połączenie-dwóch-miejsc…
      Przebijaliśmy atmosferę Wenus. Szare, zielone i pomarańczowe chmury, rozdzierane licznymi piorunami, deszcze kwasu siarkowego – wszystko to odbywało się przez kilka minut lotu. Przemierzyliśmy kilkadziesiąt kilometrów, zanim się przerzedziło. I wtedy zobaczyłem Stworzenie. Przylegało do okna. Nie mogło się już utrzymać. Oko miało rozwarte z rozpaczy. A Istota stała się już tylko zwykłą istotą, organizmem walczącym o utrzymanie się na miejscu. Już nie przerażała swoją obecnością, ale sama dostąpiła przerażenia. Może jej współczułem. I wtedy odezwało się we mnie coś, jakby zapomniana myśl. Ale minęło, gdy usłyszałem z pobliskiego ramienia Galaktyki „Fedrę”. Kazała zabić. Wytężyłem umysł. Zadałem cios. Wtem ujrzałem siebie w lądowniku. Patrzyłem do wnętrza zza szyby. Teraz znów spoglądałem na istotę. Potem znów na siebie. To istota podmieniała umysły – swój i mój. Pokazywała mi, jak się czuje, porzucona. Wymiany trwały jeszcze jakiś czas. Skończyły się. Teraz ona patrzyła na mnie. Przegrała z moim oporem. Oderwała się od pojazdu. Była już tylko bezbronnym stworzeniem, jakby dzieckiem. Spadała coraz niżej. Znikła. Zżarły ją kwasy Wenus.

      *
      Spik stał się tylko ostatnią planetą Układu Słonecznego. Niczym więcej. Zupełnie ciemny, niczym nie oświetlony. Spowodowali to Rosjanie. Wszędzie nuklearne zniszczenia. Brak atmosfery i oceanów – w ich miejscu płaska lodowa równina i próżnia. Odbijała blask gwiazd.
      Podchodziliśmy do lądowania. Przelatywaliśmy nad brzegiem zamarzniętego morza, dokładnie nad wulkanem. Tam, gdzie miasta – gruzy; tam, gdzie lasy – kamienie; tam gdzie bagna – lód. Jedyne, co pozostało niezmienione, to piramida. Ostała się wśród atomowej zagłady.
      Osiedliśmt przy zamarzniętym strumieniu. To po nim wraz z Ewą płynąłem czółnem. Zabraliśmy broń laserową i wybuchową. Miała nam pomóc przy wydostawaniu się z systemu jaskiń Groźnej. Wstąpiliśmy do piramidy i odnaleźliśmy Wnękę-ze-Stojącą-Postacią. W dali widniała pieczara rur. Przed sobą mieliśmy kosmiczne przejście. Powrót-do-mej-niedalekiej-przeszłości.
      Wkroczyłem weń pierwszy. Ciemność. Czułem, że ocieram się o Stojącego Ktosia. Wyszedłem w komorze rur, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie niegdyś dano mi wiedzę o obecności Niejowiszan na G0-II. Osiągnąłem prawie identyczną sytuację jak wtedy. Zatoczyłem jakby pełne koło. Ale posiadałem broń. Po to stało się aż tyle. Czekałem, aż wyjdą Rosjanie. Nadaremnie. Zajrzałem do Przejścia. Tkwili tam znieruchomieli obok Stojącej Postaci. Sami zostali Znieruchomiałymi Nieznajomymi. Czy aby? Nie. Ruszyli się. Usiłowali wyjść. Ale poszli w bok! Znikli z oczu. Spojrzałem skośnie w bok Przejścia. Ujrzałem korytarz. Prowadził ku Otwartej Przestrzeni Nicości. Ku zagrzebaniu żywcem w bezkresnym grobie Życia-Danego-Przez-NICH.
      Krzyknąłem. Nie poskutkowało. Wiedziałem, że to miejsce nie przepuszcza dźwięków. Że tam wewnątrz panuje zupełny mrok, choć z zewnątrz wszystko widać. Że już nigdy stamtąd nie wyjdą. Chyba że Nauczyciele ich jakoś uratują. Ale mnie czekała Misja do wypełnienia.
      Zdecydowałem się na pójście do pomieszczenia wypełnionego wodą. Wszedłem po schodach na górę. Potraktowałem bronią laserową kratę zagradzającą przejście. Nie stało się nic sensownego. Podpłynąłem do kraty i umieściłem pod nią ładunki wybuchowe. A co, jeśli spotkam tam Mikołaja? To znaczy jego ciało… Zdetonowałem. Otworzyło się przejście. Dokonał się postęp. Zaszedłem dalej niż kiedyś.
      Korytarz wiódł do wielkiego pomieszczenia. Posiadało ono mnóstwo wnęk, prowadzących na zewnątrz. Mieściły się one nawet w suficie, dając widok na rozgwieżdżone niebo. A każdy z tych górnych przedstawiał inne gwiazdozbiory!!!
      A więc były to Przejścia do powierzchni najróżniejszych planet oraz do przestrzeni gwiezdnej. Jedne ciała skaliste, inne gazowe. Jeszcze inne nieokreślone. Otwory sufitowe pokazywały duże gwiazdy, księżyce, a nawet pustkę pozagalaktyczną. Rozpoznałem między innymi Marsa, Ziemię, Wenus, Jowisza, Spika, Wenus, Targ, Kuns, Dedro, Gammę i inne, nie odwiedzone dotąd przeze mnie. Gamma V, Gamma III, Słońce, Gamma 0, jakaś kometa, galaktyka i coś dziwnego o nieokreślonych kształtach. Powierzchnie globów przedstawiały się znajomo. Wszedłem do Przejścia na Targ.
      I znalazłem się w Mieście. Płaska równina, porośnięta chwastami, gdzieniegdzie zniszczone budowle, oddalone od siebie o pół kilometra. Wylądowałem tu kiedyś. Na samym początku. Wtedy poznawałem Urządzenia. Stąd uciekłem przed zniszczeniem. Tu jeszcze żył Mikołaj. Momentalnie obróciłem się za siebie. W Komorze Przejść stał Mikołaj. Patrzył na mnie. Przestał. Poszedł w stronę jednego z otworów. Zawróciłem. Zostałem sam. To nie on, tylko Istota w jego ciele.
      Postanowiłem wchodzić do każdego z Przejść po kolei. Pierwszej planety, pozbawionej śladów życia, nie rozpoznałem. Druga to Lód. Trzecia niezidentyfikowana, podobnie czwarta i piąta. Szósta – Dedro. Dwa słońca. Siódma – Wenus. Czym prędzej zawróciłem. Potem Mars. Następnie jakaś planetoida. Dalej gruzy. Całkowicie skorodowane samochody. Obok ruina domów, a tuż za plecami… Koloseum!! Niezniszczone. Trwające samotnie wśród ruin. A nieco dalej wielki na kilometr klosz za szkła. Przykrywający kopulastą budowlę.
      „Wracaj!!!” — krzyknęła „Fedra”. — „Natychmiast!! Idź do ciemnego tunelu.”
      Posłuchałem. Faktycznie, panowała tam ciemność. Zanim do niego wstąpiłem, spojrzałem ponownie na Przejścia. Jedno z nich najbardziej przykuwało moją uwagę. Widok na leśne góry. Na żywy krajobraz natury. Jedyny, poza chwastami Targ i roślinnością Ziemi. Wydało mi się, że planeta ta dziwnie różniła się od innych, a zarazem przypominała czymś moją Ojczyznę. Nad wejściem wyryto trzy pionowe kreski. Midoriusz. Nie zburzone tam były budowle, a w wielu z nich to gasły, to zapalały się światła… Z oddali dochodził dźwięk jakby dzwonu.
     
      Obok Przejście do Gammy. Huta. Żużel powstały z zastygłej niegdyś lawy. Coś wystającego z ziemi.
     
      „Ruszaj stąd!” — rozkazała „Fedra”. — „Pamiętaj, że zmierzasz do Nich”.
      Wkroczyłem do ciemnego tunelu. Znalazłem się w niewielkim pomieszczeniu z trzema Przejściami. Nad każdym z nich znajdowały się znaki:
     
      Z lewego wpadało światło dzienne. Przypatrywałem się chwilę dziwnym symbolom. Nagle w prawym korytarzu coś się pojawiło. Unosiło się w powietrzu, sunąc w moim kierunku. Zbliżał się. Trzymiesięczny płód ludzki. Czarne, niewykształcone plamki oczne zarodka patrzyły na mnie ślepo. Powoli wynurzał się z ciemności. Chciałem do niego podejść. Wiedziałem, że to właśnie jest Istota, ale nie zamierzałem Jej skrzywdzić. Byłem pewien, że kiedy wstąpię Tam-Skąd-Przyleciał-Płód, rozwiążą się wszystkie moje sprawy. Już prawie to uczyniłem, kiedy odezwała się „Fedra”:
      „Najpierw Oni, potem One!!! Musisz znaleźć się u Nauczycieli. To twoja Misja. Wybierz lewe Przejście.”
      „Ale Oni są w środkowym” — zauważyłem.
      „Są. Przylecisz do Nich z Kosmosu, razem ze Mną. Przybądź teraz do Mnie.”
      Miałem wolny wybór. Z lewego tunelu dobiegał odgłos wirnika. To nie Przejście, lecz wyjście-z-labiryntu. Zdecydowałem się pójść w tamtą stronę, ale moja motywacja różniła się od argumentacji „Fedry”. Spojrzałem jeszcze raz na płód, a jego obraz utkwił mi w pamięci. Skręcał do środkowego Przejścia. Sunęły za nim kolejne.

      *
      Olbrzymi gazowy gigant, podobny do Jowisza, ale nim nie będący, rysował się groźnie na ekranie. W jego głębi, w oceanie wodorowym, znajdowali się Oni. Aby dostać się tam, należało zanurzyć się statkiem w atmosferę. Włączyliśmy maksymalne pole siłowe, aby nie zmiażdżyło nas ciśnienie. Tarcza giganta zajmowała już cały ekran. Planeta rozrosła się tak bardzo, że uwidocznił się horyzont. Stopniowo zmieniał się z wypukłego w prosty. Oddalony był o tysiące kilometrów! Tyle dało się zobaczyć z rejonu wyższych chmur. Te stopniowo przysłaniały pole widzenia. Wielkie połacie brązowo-żółtych obłoków, położonych na różnych wysokościach, sprawiały wrażenie lądu, lecz kto postawiłby na nim stopę, zapadłby się do jego wnętrza, nigdy nie trafiając na stałe podłoże.
      Zrobiło się ciemno. W dole już tylko brązy, a u góry pomarańcz. I ten stopniowo brunatniał. Znikł krajobraz. Nastała absolutna czerń. Komputer włączył obraz z detektorów. Pojawiły się rozmazane ni to fale, ni to opary nadkrytycznego wodoru. Ciśnienie bardzo wysokie. Termometr wskazywał 2500°C. Rozpoczęliśmy hamowanie. Pomagała nam siła wyporu oceanu wodorowego, który powoli stawał się już ciałem stałym. Zwiększone przyciąganie mocno dawało się we znaki.
      Gdy ciśnienie wyniosło pięćdziesiąt gigapaskali, a temperatura trzy tysiące stopni Celsjusza, nie dało się dalej zanurzać, gdyż zaczynało brakować egzotycznych cząstek elementarnych odpowiedzialnych za izolację od otoczenia.
      Statek znieruchomiał, wtopiony w supergęstą ciecz, której niewiele już brakowało do metalu. Widoczność zerowa. Detektor wykrył jednak kilka punktów zmierzających w naszą stronę. Ewa zawołała mnie do sali obserwacyjnej. Targanie gdzieś sobie poszli. Nie chcieli uczestniczyć w tym, co robiliśmy.
      „Spełniłam Misję” — zakomunikowała „Fedra”. Nie nam. Poczułem, że nastąpiła wymiana myśli między Urządzeniem i jeszcze Kimś. Teraz zwróciła się do mnie: „Dziękuję ci, Błękitny. Już nie posiadam nad tobą kontroli. Będę tylko podtrzymywać nieśmiertelność twojego ciała. Jesteśmy u Celu. Za chwilę uśpię ciebie i Ewę, abyście mogli się skomunikować z Nimi. Moje zadania uległy zmianie. Teraz stanę się na powrót jednym z Nich. Jak byłam od zawsze. Będę wam jeszcze służyć swoimi zdolnościami, jeśli tylko Oni sobie tego zażyczą. Oto, ja, Kapłanka Atlantydy; pochodzę z tej planety, jak Inni, którzy ukrywali się w Urządzeniach.”

      *
      Bezmyśl.
      Myśl.
      Nibydwaj rozmówcy.
      Nibywiele rozmówców.
      Obserwator.
      Pierwsze gry wyobrażeń.
      — Dajemy Życie. Bytujemy jako równoległa obok ludzi rasa, wywodząca się jednak w jakiś sposób od was. Dysponujemy, jak wy, rozumem i wolną wolą. Jesteśmy tacy sami w sferze egzystencjalnej. Lecz posiadamy odmienne ciała. Wydedukowaliśmy istnienie stwórcy, ale uznaliśmy go za kogoś obcego i niechcianego. Nasza cywilizacja stała się inna od waszej. Gdy zdobyliśmy władzę nad przestrzenią, zaczęliśmy budować Przejścia. Wysłaliśmy Swoich Przedstawicieli na Ziemię. Przybrali postać ludzi; dokonano wymiany mózgów. Było ich Pięcioro. Wiedzieliśmy, że takie działania mogą nie podobać się stwórcy, ale zaufaliśmy Naszej własnej Potędze, Mocy i Władzy. Byliśmy w stanie obserwować was, a nawet w odpowiednim momencie nawiązać z wami kontakt. Mogliśmy wspólnie uczyć się od siebie – My, jak należy postępować, by uzyskać wieczne szczęście od stwórcy, wy, jak konstruować statki kosmiczne i Przejścia, by kolonizować Wszechświat. Mogliśmy wymienić się z wami wiedzą duchową i techniczną. Jednak zamiast tego postanowiliśmy bronić was przed stwórcą, gdyż nie chcieliśmy, aby i was karał za nieposłuszeństwo. My dawno z nim zerwaliśmy, gdyż woleliśmy sami osiągnąć w świecie doczesnym to, co on zamierzał dać dopiero w przyszłym, unikając dodatkowo sądu nad naszymi uczynkami. Chcieliśmy zająć jego miejsce. Obrana przez Nas wyspa na planecie Ziemia otrzymała od Nas zdobycze techniki. Nasz plan począł się realizować. Nakazaliśmy mieszkańcom wyspy czcić Naszych Przedstawicieli - Pięcioro Kapłanów Życia - wraz z Nami, a zakazywaliśmy wyznawania innych religii. Albowiem nasze wynalazki dały Nam Władzę nad degeneracją materii i staliśmy się Nieśmiertelni jak stwórca. Zapragnęliśmy wytwarzać Sobie sztucznie nieustanny stan przyjemności. Oddziaływaliśmy na zmysły, które stale pomnażaliśmy. Tak czynimy do dziś. To daje Nam Wieczne Szczęście już tutaj, w tym Życiu. Uznaliśmy, że podarujemy Je każdemu, kto poświęci się dla Naszej Idei. Kilkaset osób oddało się Nam bezgranicznie, więc nakazaliśmy im lot do innych układów gwiezdnych. Osiedlili Spika oraz Gammy II, III, IV i V. Nieposłusznych pozbawialiśmy Życia Nieśmiertelnego, którego nie chcieli przyjąć od Nas, woląc otrzymać je od stwórcy poprzez praktykowanie religii jego wyznawców. Dlatego zniszczyliśmy wyspę, gdy tylko dotarli do niej jego misjonarze. Także niektórzy z nas, nowopowstali, nie przyjmowali Naszych darów, więc odbieraliśmy im to, na co nie zasługiwali. Albowiem każdego kandydata do Życia poddawaliśmy próbie Poświęcenia dla Nas, którą mogli przejść tylko Wybrani. Często zmienialiśmy formę tej próby, aż w końcu ograniczyliśmy ilość Wybranych do minimum, gdyż przestawali być nam do czegokolwiek potrzebni. Kapłani przybrali postać Urządzeń, gdyż w ten sposób powiększali Swą Moc. Fedra, Akson, Neuron, Neuryt i Dendryt. Mieli być Nam bezgranicznie posłuszni. Jesteś Ich potomkiem ze związków z kobietami z Błękitnej. Było to możliwe poprzez manipulacje genetyczne. Dostałeś od Nas zdolność do łatwiejszej komunikacji z Urządzeniami. Za Cel wyznaczyliśmy tobie naprawienie genetycznie Derian, a także zniszczenie Istoty na Gammie. Ale działanie Fedry było przez Istotę zakłócane, więc w efekcie po kolei niszczyło wszystkie napotkane planety. Dopiero gdy pokonałeś Istotę na Gammie, Fedra odzyskała pełną skuteczność. Wtedy wezwaliśmy cię do Nas. Niestety, Istota wymazała Jej z pamięci położenie Naszej planety. Musieliście więc sami Nas odnaleźć, służąc Naszej Kapłance. Oto jak przybyliście do Nas.
      — Co teraz mamy czynić?
      — Sprawić, abyśmy stali się Żadnymi…
      — Żadnymi?
      — Istotom dane zostało karać układy słoneczne, których mieszkańcy nie byli posłuszni stwórcy. Gamma 0 miała być Szósta, jak to obliczyli Nasi Kapłani.
      — Chcecie, aby to One, Istoty, stały się Szóste?
      — Najlepiej Ostatnie. My pragniemy być Żadnymi. Żyć Wiecznie już teraz w Nieustającym Szczęściu, które dają maksymalnie przyjemne odczucia zmysłowe.
      — Każecie mi zniszczyć wszystkie Istoty?
      — Tak. Wtedy już na zawsze otrzymamy Nieśmiertelność, niezagrożeni przez nikogo. My i ty. I Ewa.
      — A Targanie?
      — Też — skłamali Nauczyciele.
      — Co mam czynić?
      — Weź Kapłankę, leć na Planetę Śmierci i jeszcze raz zadaj Im śmierć. Aby nie zmieniły naszych Planet Życia w Planety Śmierci. Nie oglądaj Ich. Nie daj się złamać, gdy Je ujrzysz. Nie patrz na nic, tylko niszcz. Wiemy, że podołasz. Wtedy damy ci nowe zmysły. I Ewie. I… Targanom. Wszyscy uwolnieni zostaniemy od śmierci i od tego, który chciał nas sądzić. Przeszkodź jego planom i zrealizuj Nasze.
      — Żyjmy. ŻYJMY.
      — ŻYJMY…
     


XI
Ingerencja - Część 3. - Gamma 0 - Rozdział XII
EPILOG