PROLOG
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział I
II

     I
     

      Szybko ochłonąłem z tego, co stało się przed chwilą albo i sto lat temu. Moja pierwsza myśl może nie wydawała się inteligentna, chociaż zdradzała naturę filozoficzną: „Po co się obudziłem?” Zrozumiałem, że musiało nastąpić jakieś nieoczekiwane wydarzenie, ponieważ komputer przerwał moje trwanie w nieświadomości. Poczułem nagły przypływ sił spowodowany pohibernacyjną rehabilitacją. Zerknąłem na drugi hibernator. Nie był pusty. Obudzić Ewę, czy nie? Może lepiej zostawić ją w stanie snu? Zapewne rzeczywistość jest smutna. Ciekawe, czy to nadal Dedro? Raczej nie, grawitacja jest zbyt niska. Strach pomyśleć, co ujrzę na zewnątrz promu.
      Głuche stuknięcie przerwało ciszę. Ewa, przebudziwszy się, wstała.
      — To ty już nie śpisz… — powiedziała lekko znużona.
      — Tak — odpowiedziałem, a po dłuższej chwili milczenia dodałam: — Musimy działać!
      — Tak. Tylko co zrobimy?
      W pomieszczeniu zaległa cisza.
      — Przypuszczam, że komputer pokładowy miał ważny powód, by przerwać nasz sen — stwierdziłem.
      — Zapytajmy go o to.
      Drzwi do kabiny pilota kusiły, aby je otworzyć. Oglądane z bezmyślną uporczywością zdawały powiększać się i przybliżać. Ale strach przed nieznanym, przed tym, co zobaczy się za szybą, powstrzymywał nas. W świecie ograniczonym tylko do pomieszczenia hibernacyjnego powoli wtapialiśmy się w krajobraz niemego Wszechświata. My, błahe istoty, zdawałyśmy się być nieistotne z punktu widzenia jego ogromu. A jednak jego Stwórca z jakiegoś powodu powołał nas do życia…
      — Tu komputer pokładowy. Witam na GIV-834. Średnica 2870km, masa…
     
Wyrwany z odrętwienia zauważyłem, że ściany stają się przezroczyste. W porę przypomniałem sobie, co się dzieje. Wbrew swojej woli ujrzałem, gdzie jesteśmy. Brunatno-czarne kamienie i odłamki skalne na oświetlonej powierzchni tworzyły gdzieniegdzie niewielkie, rzucające czarne jak Kosmos cienie. Ciemne niebo, choć usiane setkami gwiazd i zabarwione z każdej strony czerwonymi gazami mgławicy, wyraźnie wskazywało na to, że ciało nie posiada atmosfery.
      — Co my tu robimy? — zapytałem rozczarowany.
      — Komputer pokładowy statku macierzystego wykrył zbliżające się w te okolice ciało niebieskie. Prawdopodobnie meteoryt, ale występują anomalie.
      — I po to nas obudziłeś?! — rzuciłem gniewnie, zapominając, że rozmawiam tylko z maszyną.
      — Stwierdził, że podąża w bezwładzie, jednak z niespodziewanie dużą prędkością.
     
— Który mamy rok?
      — Według kalendarza Gammy I dwutysięczny dwieście osiemdziesiąty czwarty.
     
— Kiedy obiekt zbliży się do nas?
      — Za dwieście czterdzieści godzin.
     
— Dziesięć dni. Mamy tutaj czekać nie wiadomo na co? A potem znów do hibernacji?
      — Istnieje niewielka szansa, że to statek kosmiczny.
     
— Nasz czy wroga? — zażartowałem.
      — Według moich danych nie toczymy żadnej wojny. Planeta Targ uległa zniszczeniu i DT nie jest w stanie wydawać żadnych rozkazów dotyczących…
      Głos syntezowany przez program napisany przez zupełnie obcych mi ludzi przestał do mnie przemawiać. Odczuwałem stopniowo coraz większe napięcie. Narastał strach przed samotnością, przed tułaczką z dala od Ziemi, doszczętnie zniszczonej. Dotychczas nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jestem od niej tak bardzo daleko. Świadomość tego, że nie mam do czego wracać, przerażała mnie jednak bardziej niż sama odległość.
     
Całkowite zagubienie w bezwzględnym zapomnieniu dwojga ocalałych istnień obdarzonych możliwością przemierzania przestrzeni kosmicznej i pozorną nieśmiertelnością gwarantowaną przez hibernatory… Samotność… Czyż nawet, jeśli natrafimy na jakąś cywilizację, będziemy zadowoleni z tego spotkania? I kiedy ją odnajdziemy? Kim będą kosmici – kimś zupełnie od nas, o zgrozo, odmiennym? A może podobnym? Nie! Spotkać drugich ludzi o zupełnie odmiennym pochodzeniu? To przecież przekreślenie naszego człowieczeństwa! Szyderstwo…
      A co, jeśli byliby wrogo do nas nastawieni? A może to pozaziemska rasa stała za zniszczeniem Ziemi, Targ i Dedro…? Mieszkańcy planety, której nigdy nie odnajdziemy, być może ukryci gdzieś w jej wnętrzu… Odizolowani, ale wciąż związani z naszym losem… Obecni w miejscu, które z zewnątrz mogłoby wyglądać jak każde inne – czy to niewielka asteroida, czy też masywny gazowy olbrzym…
      — Gamma III i II !! — wrzasnąłem, przerażając Ewę. Lecz komputer nie zwrócił na to uwagi i ciągnął dalej:
      — …raport o stanie zabezpieczeń statku wydany zgodnie z zaleceniami Argonetiego. Wtedy uruchomione zostały rakiety zasymulowane w strefie kompleksu…
     
— Co on bełkocze? — zdziwiłem się
      — Nie wiem. Mówi już od kilku minut. Nie mogę tego zrozumieć. Myślałam, że go słuchasz.
      — Nie, zamyśliłem się…
      — …zabezpieczenia odblokować. Sektor jedenasty odkażony, restaurowane osiemdziesiąte dziewiąte… ale… odpalać! Jest tu, należy hibernować onkonogich dla Menduniego, a czyścić glorisondy na jedenastym, też jedenastym… Odmówić! Skafandry założyć! To już… już… już… Tak, transformery zaczynają zagniecenia…
     
— On się chyba zepsuł. Trzeba coś uczynić, gdyż możemy przez niego zginąć. To moja wina. Niepotrzebnie wtedy żartowałem.
      — To wina programistów — zaprzeczyła Ewa. — Ale jestem przerażona!
      — …ale to się stanie, nie hibernatory, a ewakuacja, ewakuacja, ewakuacja…
     
— Ewo!
      — …ewakuować… piętnaście, czternaście
     
— Longiuszu, boję się! Nie stójmy tak bezczynnie!
      — Musimy uciec!
      — …osiem, siedem…
      — Skafandry!!! — wrzasnąłem.
      Natychmiast rzuciliśmy się do pomieszczenia bagażowego, gdzie w ścianie powinny znajdować się skafandry. Popędziliśmy tam i nacisnęliśmy odpowiednie przyciski.
      — …dwa, jeden, zero
      Spojrzałem Ewie w oczy. Patrzyła na mnie od kilku chwil, rezygnując z szansy ratunku, która nie istniała. W ułamku sekundy po „zero” wiele strasznych i podniosłych myśli przeleciało mój umysł, a jedna, wytworzona przez najbardziej prymitywne zachowanie, zatryumfowała – zamknąłem drzwi. Poczułem w chwilowej utracie ciśnienia próżnię, tę wypełniającą Wszechświat, będącą dla istot żywych śmiercią. Prawie cały Wszechświat…

      *
      Przez pewien czas w ogóle nie potrafiłem się skupić. Nic nie przychodziło mi do głowy i, zdaje się, nie myślałem o niczym. To beztroskie egzystowanie, gdy ogarnęła mnie chwilowa szczęśliwość, wynikająca z ocalenia życia, zostało brutalnie przerwane; czułem, jakby ktoś odebrał mi mój cenny skarb.
      — Longiuszu, co teraz? — spytała Ewa.
      — Uratowaliśmy życie, ale nadal trzeba je bronić. Komputer jest nieobliczalny.
      — Myślałam, że zginiemy…
      — Po raz pierwszy odczuwałem prawdziwy strach. Nawet sytuacja w komnacie Rindoka nie była taka jak teraz.
      — A ja czuję, jakby coś się zmieniło.
      — Rzeczywiście! Wcześniej nie dostrzegaliśmy wielu rzeczy i nie docenialiśmy niebezpieczeństw.
      — Wszystko to było prawie snem, prawda, Longiuszu?
      — Jeżeli tak, to jakże barwnym! Nie biorąc pod uwagę ostatnich wydarzeń. Od pierwszego odlotu z Ziemi działaliśmy jakby pod wpływem czegoś.
      Teraz jednak odbierałem zastaną rzeczywistość z pełną powagą.
      Nasza rozmowa urwała się i wpadliśmy w zadumę. Przywoływałem różne wspomnienia. Sięgnąłem pamięcią nawet do czasów sprzed opuszczenia Ziemi. Pamięć dobrych chwil, spędzonych podczas ostatniego lata z Ewą i Mikołajem, uprzyjemniły mi medytację. Nie minął długi czas, kiedy prawie jednocześnie usiedliśmy na ciepłej podłodze. Wpadłem w podziw dla technologii Targan – momentalnie zostało wytworzone pole siłowe, które uniosło nas nad nią. Zauważyłem z ulgą, że monolog komputera zakończył się wraz z szaleńczym otwarciem przezeń śluz. Jak na razie byliśmy bezpieczni.
      Ogarnęło nas nagłe znużenie. Znany już zbyt dobrze swąd gazu usypiającego wprowadzał błogi, senny nastrój, a światło lampy sufitowej przygasło wraz z projekcją na ścianach. Przestały pokazywać widok z zewnątrz. Mimo iż od opuszczenia hibernatora nie upłynęło dużo czasu, znużenie sytuacją i kontakt z próżnią uczyniły swoje: postanowiłem się przespać. Ewa poszła za moim przykładem.
      Już prawie ulegałem, gdy nagle zorientowałem się w podstępie komputera.
      — Ewo, wstawaj! Nie wolno nam teraz usnąć!
      Stężenie gazu podniosło się. Z trudem zdołaliśmy wyjąć skafandry i gdy zdejmowałem już targańskie ubrania, senność zaczęła mnie obezwładniać. Ewa, nie chcąc zapewne podzielić mojego losu, założyła najpierw hełm. „Słusznie czynisz, uratuj chociaż siebie” — życzyłem jej w myślach. Ale ona natychmiast skoczyła po drugi dla mnie.
      — Ewakuacja, ewakuacja, …
      Ryk z głośników spowodował tyle hałasu, że, mimo szczelności hełmu, usłyszała, co się dzieje. Ocknęła się i drżącymi rękoma dokończyła zakładanie zbawczej ochrony głowy. Prędko wdzialiśmy resztę skafandra. Zorientowałem się, że nie ma w nim radia. Tak więc nie będziemy mogli się komunikować. Po uszczelnieniu świeże powietrze zastąpiło podstępny gaz. Stałem się odizolowany od otoczenia. Zapuszkowany w konserwę, jak jeszcze na Ziemi Mikołaj mówił do mnie o astronautach. Miało to swoją rację: teraz świat zewnętrzny wydawał mi się czymś odległym, występującym tylko w zmysłach. Tak, jakby cały Kosmos skurczył się do rozmiarów ciała a może tylko mózgu albo i samej nawet świadomości. Wtedy cały byt sprowadzałby się jedynie do moich myśli. A może istnieje wyłącznie moja świadomość, zaś ciało nie istnieje, jak i cały Wszechświat? Wszystko wytworem informacji dostarczanych do umysłu… Brak jakiejkolwiek materialności w jakiejkolwiek formie. Ale musi przecież być coś, co dostarczałoby mi tych wszystkich informacji. Czyli jednak materialny świat zewnętrzny? I coś, co stworzyłoby go, a w nim moją świadomość. Bóg…?
      Przerwano mi rozważania filozoficzne. Okazało się, że… do moich uszu dobiegają dźwięki głośników z pomieszczenia. Brak hermetyczności? Okazało się, że mimo braku radia, mieliśmy na wyposażeniu mikrofony i głośniki. Skorzystawszy z okazji, krzyknąłem:
      — Ewo! Nie obawiaj się! Jesteśmy hermetyczni! Poza tym dziękuję ci za uratowanie mi życia-aa-aaaaaaa
      Ostatnia zgłoska, obniżając swój ton, zanikła nagle tak, jak nagranie na płycie analogowej, gdy zatrzymujemy ją palcem. Próżnia!

       

     

PROLOG
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział I
II