I
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział II
III

     II
     

      Rozczarowałem się, stanąwszy na powierzchni. W tym, co mówili astronauci ziemscy po powrocie z Księżyca, była przesada – nie doznałem, jak oni, żadnego wspaniałego uczucia, stawiając swoje pierwsze kroki na tej planetoidzie.
      Centymetrowa warstwa pyłu wzbiła się, aby po chwili opaść. Krajobraz prezentował się nieciekawie: pagórki, parę skał i bliski horyzont. To wszystko.
      Pokazałem Ewie wzgórze, ta pokiwała hełmem i poczęliśmy maszerować. Po przejściu parędziesięciu metrów poczułem lekki wstrząs pod nogami. Obróciwszy się, spojrzałem ku promowi. Klapa była zamknięta, a światła zgaszone. Czarna bryła pośród brunatnych skał wyglądała groźnie. I wtedy nie wiadomo z jakiego powodu spojrzałem na niebo. Na tle efektywnej mgławicy, pokrywającej całe sklepienie, ujrzałem obce słońce, znajdujące się w odległości dwustu jednostek astronomicznych od nas. Nieco z boku znajdował się pyłowy dysk, który otaczał ledwo widoczny punkt. A więc była to pozostałość po układzie podwójnym, z którego jedna gwiazda wybuchła, zostawiając po sobie zapadnięte do pulsara jądro. Na szczęście oś jego promieniowana zwrócona była w inną stronę niż my. Tak, to bez wątpienia Gamma IV. Chciałem pokazać to Ewie, ale ona dotarła już na wzgórze. Klęczała. Dlaczego? Podbiegłem do niej. Na moment zawróciło mi się w głowie. W tej samej chwili Ewa upadła na rękawice. Co się stało? Obróciła w moją stronę głowę. Potem znów spojrzała na powierzchnię. Zauważyłem na niej coś błyszczącego. Kawałek metalu. Ktoś już tu kiedyś był, ale co z tego?
      Wtem u stóp wzgórza, na przeciwległym jego stoku, dostrzegłem ślady butów. Przenikliwy dreszcz wzdrygnął moim ciałem. Niespokojny odruch przyjaciółki wzbudził moje obawy. Przez szybę hełmu ujrzałem jej zdziwione oczy. Nie patrzyła wcale na moje znalezisko! Poczęła błądzić oczyma po okolicy i w momencie, gdy odnalazła to, co ją przed chwilą zaintrygowało, z niewiadomego powodu strach ścisnął mnie za żołądek. Wydało mi się to zbiegiem okoliczności, gdyż nie wyczułem żadnego udziału siły trzeciej. A tego najbardziej się obawiałem.
      Należało zbadać te ślady. Zachęcającym ruchem ręki nakazałem jej pójść za mną. Zdawało się, że na to właśnie czekała. Bez trudu określiłem kierunek marszu tego, który je pozostawił. Prowadziły na drugie, nieco większe wzniesienie.
      Przypomniałem sobie o tym, co miałem przed chwilą uczynić. Ale Ewa wyprzedziła mnie i sama spojrzała wzwyż. „Gamma IV” — przemknęło mi przez myśl, której wcale nie chciałem ponownie wywołać. Zbieg okoliczności. Kolejny. A może nie?
      Ewa wskazała ręką na słońca. „Dobrze, wiem” — pomyślałem i pokiwałem głową na potwierdzenie. Ta jednak, spojrzawszy na mnie gwałtownie, rozejrzała się wokół siebie. Coś mi zasugerowało, że powinienem machnąć ręką. Uczyniłem to. Uśmiech pojawił się na jej twarzy. Teraz moja kolej. „Cztery!” — pomyślałem. Obejrzałem. Jakiś znak i cztery kreski. Podwójne zaskoczenie. Poczwórne…

      *
      — …brak atmosfery. Dikondialne bentoglondery wyalterowane. DT dzwoni. DT rządzi. DT i łączność transgwiezdna. Rozkaz… tak… oczywiście… — zabić, zniszczyć, spalić, zdegradować na nim… tak… uwięzić i przywieźć ale… to nie DT…! Tak, słucham rozkazów — komputer pokładowy: zamknąć, dostarczyć, a resztę zniszczyć… tak… ale to nie DT! …Nie kasować!!! …Wykonam.
     

      *
      Byłem przekonany, że tylko z „Neurytem” i innymi Urządzeniami mogłem wnikać w cudze mózgi. Nawet w tej chwili wiara w kontakt pozawerbalny nie sterowany przez Urządzenie ustąpiła rozsądkowi. Nie czułem już żadnych emocji i wciąż nie potrafiłem pozbyć się myśli, że mógł to być czysty przypadek. Kilkakrotnie ponawiałem próby i każda z nich uwieńczona była sukcesem. Stwierdziłem, że nie słyszę konkretnego rozkazu Ewy, raczej coś z zewnątrz proponowało mi ni stąd, ni zowąd wykonanie określonego posunięcia. Potrafiłem odróżnić takie życzenie od samoistnej myśli. Wszystkie ruchy wykonywałem natychmiast, prawie nieświadomy ich celu, jak robot. Zauważyłem, że każde kolejne doświadczenie się nasila. Ale najgorszym zdawało się jedno: jeśli świadomie rezygnowałem z wykonania polecenia, ogarniało mnie bardzo nieprzyjemne uczucie.
      Zaprzestałem eksperymentów. Wszechogarniająca cisza próżni i nocne niebo pomimo dziennej pory stwarzały specyficzną atmosferę niepokoju. Bezcelowe błądzenie istot ludzkich na prowincjach obcego układu słonecznego zdawało się być równie bezsensowne, jak wszystkie Gammy razem wzięte wraz z ich znanymi i nieznanymi problemami.
      Chwilowo zainteresowałem się swoim wyglądem w skafandrze i nagle pożałowałem tego, ponieważ sobie o czymś przypomniałem.
      Co z tlenem?!
      Kiedy się skończy? Kiedy… umrzemy?!
      Czy kontynuować marsz? A może wracać? A jeśli komputer nas zabije? Czy obcy statek do nas przyleci? A jeśli okaże się, że to tylko meteoryt?
      Nagle zaobserwowałem dziwne zjawisko. Powierzchnia planetoidy stawała się coraz ciemniejsza. Czyżbyśmy mieli zaćmienie? Zaraz nie będzie już niczego widać.
      Odruchowo rzuciłem się w stronę Ewy, która dotarła na szczyt wzgórza. Niestety, poślizgnąłem się, wpadłem na nią i oboje polecieliśmy w dół. A pod nami znajdowało się urwisko… Upadek omal mnie nie zabił – walczyłem z własnym ciałem o zachowanie przytomności. Metr przed sobą dostrzegłem leżącą postać. Wzrok martwego astronauty a właściwie pęknięte gałki wbijały się we mnie przez stłuczoną szybę hełmu, pokazując mi los, mogący być moim udziałem. Jego pół otwarte usta starały się coś powiedzieć, ale wiedziałem, że po prostu rozszerzyły się, aby wypuścić z ciała resztki powietrza i płynów. Gasnącą świadomością zdołałem określić przyczynę jego śmierci. Przyleciał tu i samotnie umarł po wyczerpaniu zasobów. Upadł, jak upadło Dedro w Gammie IV, jego rodzima planeta.

      *
      Świat wirował. Powoli z zamętu wyłaniały się konkretne kształty. W końcu zorientowałem się, gdzie jestem. Jednak wszystko zdawało się być tylko snem na jawie albo, co bardziej prawdopodobne, na odwrót. Myśli błądziły chaotycznie, chociaż miałem pewność, że bezbłędnie doświadczam rzeczywistości.
      Nieokreślone wibracje obrazu przed oczyma zdradzały zaburzenia ośrodka odbioru sygnałów wzrokowych. Potwierdzały to nienaturalnie cykliczne zmiany w terenie. Jedno pocieszało – ciało nie doznało obrażeń. Jedynie z umysłem coś się działo. Albo uszkodzony mózg, albo kontrola z zewnątrz. Drugie wątpliwe. Więc pierwsze… Co z Ewą? Co z tlenem? Jest, leży przede mną. Ona? Tlen? Nie, to ona… a może on… Mówi coś? Nie, to nie możliwe. „Psychoza” — pomyślałem.
      Tymczasem skała naprzeciw zwiększyła się. A potem zmniejszyła. I działo się tak ze wszystkim. Czy ona coś mówi? Tak, wiem, że mam wstać. Dlaczego ty mówisz w próżni? Przestań! Straszysz mnie!… „Muszę zachować spokój…” Ale przecież ty jesteś kosmonautą… nie, dlaczego ty to Ewa? Ależ ty to ona!!… „Coś nie tak z ośrodkiem kojarzenia…” Wstała. Dlaczego ona jest bez hełmu? Ja też! Czyżby próżnia nie istniała?? Nie! Nie zdejmuj skafandra!
      — Nie pokazuj!!
      Ze skóry na całym ciele zaczęły wychodzić małe glisty. Całe setki. Zewsząd… „Bzdury…
      — Ratuj mnie ałęgnię ałęgratuj ałęgnię ałgęratuturatuałęgra głęra
      Począłem uciekać. Wprost przed siebie, nie patrząc pod nogi. Omijając urwisko, obróciłem głowę. Leżały tam spokojnie dwa ciała w skafandrach. W ułamku sekundy po spojrzeniu widok zmienił się: dwa nagie trupy. „Paranoja.” Trzęsły się w konwulsjach i ryczały, licząc na posłuch u żywych. Kolejne zwidy zamajaczyły wszędzie. Kolorowe, wcielone przez wyobraźnię w otoczenie kształty pulsowały to tu, to tam. Ogarnięty przez omamy, zapomniałem o wszystkim i, pędząc wciąż jak szalony, skręcałem mimo woli, to tu, to tam.
      Za kolejnym wzniesieniem w świetle odsłoniętych już gwiazd widniała na tle szarej powierzchni ciemna sylwetka. Walczyłem z ciałem, aby zaprzestało jakichkolwiek działań, ale nie mogłem go powstrzymać. Biegło bezmyślnie w stronę promu. „Nie zostawiać Ewy.” Otwarte drzwi zapraszały do wnętrza. „Ocknąć się.” Wskoczyłem do środka i zamknęły się za mną.
      Ręce odruchowo pstrykały przyciski odpinające hełm. „Tylko nie to!” Nie byłem w stanie temu zapobiec. Zdjąłem, ulegając lękowi. Nieznane gwałtowne doznanie przeszyło moje drogi oddechowe. Coś zabrzmiało wewnątrz mej głowy, jakby odległe echo jakiegoś głosu i straciłem świadomość.
      — Zrobione!
     

      *
      Ocknąłem się. Stwierdziłem, że oddycham. Zerwałem się na równe nogi. Pochwycony przez pole siłowe, zostałem usadowiony z powrotem na fotelu. Po braku jakiejkolwiek grawitacji wywnioskowałem, że znajdowałem się już w przestrzeni kosmicznej. Pode mną widniała planetoida. Zapewne komputer zabierał mnie na statek. A tam, na dole, została Ewa… Żywa czy martwa?
      Co począć? Unieruchomiono mi kończyny. Pozostała tylko spokojna konwersacja z komputerem.
      — Gdzie mnie zabierasz?
      — Nie wolno mi mówić.
      — Powiedz chociaż, czy jesteś sprawny?
      — Tak. Ale nie odpowiadam na wszystkie pytania.
     
— Jeśli zmienisz zdanie, poinformuj mnie.
      Jak może twierdzić, że działa bezbłędnie?
      — Czym mnie unieszkodliwiłeś?
      — Proszę chwilę zaczekać… — minęło kilkanaście sekund — …dobrze, powiem… — kolejne czekanie. — Stało się to za sprawą maksymalnej dawki gazu usypiającego.
      O co jeszcze zapytać?
      Natchniony nową myślą, rzuciłem:
      — Gdzie jest drugi pasażer?
      — Odpowiedź wykracza poza moje kompetencje.
     
— Kto zabrania ci mówić? Dowództwo Targ?
      — Tak… to znaczy t… nie! …Nie!! …Nie!!! …tak… Tak… Pełna odpowiedź: tak!
     
— Czyżby?
      — DT mi zabrania.
      — Przecież DT nie istnieje! Czy jesteś naprawdę sprawny? Twoja wypowiedź to kwestionuje. — spróbowałem podejść maszynę podstępem.
      Trudne do zidentyfikowania dźwięki wydobyły się z głośników. Tłumacz w kolczykach próbował zamieniać niektóre zgłoski, ale wychodził bełkot. W końcu usłyszałem zwyczajną mowę:
      — Zostaję wyłączony w celu przeprowadzenia naprawy. Zastąpi mnie program podstawowy.
     
— Sam się naprawiasz?
      — Nie… — komputer zamilkł.

      *
      Ewa ocknęła się. Zaćmienie dobiegło końca. Podniosła się z ziemi i sprawdziła, czy jest w stanie się poruszać. „Mogę” — pomyślała. Z nią wszystko w porządku, ale co z Longiuszem? Rozejrzała się i znalazła skafander. Ale on w nim nie był. Przeraziła się, ujrzawszy nieżywego kosmonautę. Opanowała się jednak i stwierdziła, że Longiusz musiał tu być, ale już gdzieś poszedł. Ujrzała ślady kroków.
      Bez wahania ruszyła ich tropem. W ciągu kilkunastu minut dotarła do miejsca, gdzie stał prom. Odczuła ból w sercu. Dlaczego ją zostawił? Z własnej woli? A może nie? Ile zostało tlenu? A jeśli dużo, to co z żywnością? Skafander podobno wyposażony był w aparat do karmienia odżywczymi preparatami.
      Zakładała, że wróci. Może poszedł po pomoc do promu i poleciał nim aż na statek kosmiczny? A jeśli komputer wbrew jego woli zarządził start? Pozostało tylko czekać. I tak postanowiła.
       Nie usiedziała długo, gdyż ogarnęły ją kolejne wątpliwości. Kim był tamten astronauta? Jak się tu znalazł? Dlaczego zginął? A jeśli Longiusz został przez maszynę zabity?!
       Przynajmniej może zbadać sprawę kosmonauty. Trzeba odnaleźć jego lądownik. Jeżeli nie przyleciał tu sam, pozostali nie mogli przecież porzucić jego ciała na tej planetoidzie – albo inni też zginęli, albo nie było innych. W obu przypadkach musieli zostawić pojazd.
      Bez trudu dotarła do miejsca, gdzie pierwszy raz ujrzała ślady. Udała się w przeciwną stronę niż pierwotnie, stwierdziła bowiem, że przybysz spadł z tej samej skały, co ona. Nie minęło pół godziny, a plan zakończył się sukcesem. Niewielkie zagłębienie kryło lądownik. Wokół niego leżała porozrzucana aparatura. Podeszła bliżej. W piasku wygrzebany był niezrozumiały napis, uwieńczony na spodzie czterema kreskami – znakiem Gammy IV.
      Tu Ewę uderzyła pewna myśl. Dlaczego twarz kosmonauty nie wyglądała jak szpetna twarz Derianina? Czy był potomkiem uzdrowionych Derian? Jeśli tak, to dlaczego tak marnie skończył?

     
*
      — Longiuszu, tu Ewa! Jestem już na statku. Przyleciałam obcym lądownikiem. Włączyłam opcję naprawy komputera pokładowego.
      „Cud!” — pomyślałem.

       

     

I
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział II
III