II
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział III
IV

     III
     

      Tymczasem.
      — Najprawdopodobniej jest w starej bazie. Tam komputer wysłałby prom.
      — Nie możemy znaleźć ich statku, prawda?
      — Jest niewykrywalny.
      — Więc dlaczego nie uwidoczni się?
      — Wystarczy, że widać prom.
      — Spójrz przecież! Znajdziesz tu takie małe coś?
      — Właśnie powiedziałem, że wylądował w bazie, gdzie z reguły się ląduje.
      — Niech wam będzie, róbcie, jak wolicie. Ja zostanę z Lerim.
      Po kilku minutach polecieli na powierzchnię. Na statku macierzystym pozostał jeden pasażer, a trzech odłączyło się od niego. Zostali niemile zaskoczeni, stwierdziwszy brak promu w bazie. Po krótkiej naradzie zadecydowano zbadać, czy w ogóle kiedykolwiek tam był. Skanery wykryły jego ślady, a także innego lądownika. Nie zauważyły natomiast zwłok astronauty.
      Mocno niezadowoleni Targanie zawrócili.

     
*
      — …Jak to uczyniłaś, Ewo?
      — Zobaczywszy, że poleciałeś, spróbowałam odnaleźć lądownik tego… wiesz kogo. Natknęłam się przy nim na pewne znaki na ziemi. Wokoło leżał działający jeszcze sprzęt. Znalazłam coś w rodzaju kamery, więc sfotografowałam napisy. Potem weszłam do lądownika i od razu na ekranie wciąż działającego komputera pojawił się obraz jasnego obiektu na tle gwiezdnego nieba. Pomyślałam, że może pokazano mi nasz prom. Nie wiedziałam, jak kazać komputerowi lecieć w jego kierunku. Zamknęłam śluzę i chwilę później usłyszałam przez głośniki w hełmie dźwięki z kabiny. „Wracać? Jeśli tak, to potwierdzić na klawiaturze.” Zdjęłam hełm, ponieważ skoro były dźwięki, to i powietrze też. Nacisnęłam podświetlony przycisk i lądownik uniósł się nad powierzchnię. Plamka znikła i zamieniła się w migające kółko. W tym momencie zostałam zbita z tropu. Ale czekałam. Może ten wyświetlony punkt naprawdę wskazywał prom? W ciągu trzydziestu minut doleciałam do statku macierzystego. Naszego! Kiedy już przeszłam na pokład, do moich uszu dobiegł komunikat programu podstawowego: „Główny komputer uszkodzony. Proszę wydać polecenie naprawy.” Postąpiłam, jak mi polecono i po jakimś czasie skontaktowałam się z tobą.
      — Dziękuję za pomoc. Wykazałaś się dużą pomysłowością. Czy został znaleziony statek Derianina?
      — Nie został, pytałam o to.
      — Interesuje mnie, dlaczego zginął i w ogóle lepiej wyglądał od innych.
      — Myślę, że materiał na kamerze to wyjaśni.
      — Jesteś pewna, że da się go odtworzyć?
      — Wszystko w porządku. Nie tylko powtórnie odtworzyłam, ale i zapisałam te znaki na papierze.
      — Czy komputer je przeskanował?
      — Tak. Ale nie pokładowy.
      — Wiem, wiem. Jest ich kilka.
      — Język, w jakim są one napisane, nie był mu znany.
      — A programowi w tłumaczu?
      — Pomyślałam o tym. Niestety, tylko fonetyka została rozpoznana, ale nie znaczenie.
      — Zlokalizowany został obcy statek kosmiczny. Wypuścił lądownik z załogą.
      — Co to? Komputer?
      — Tak.
     
— Ewo, to prawda?
      — Tak…
      — Czy oni nas widzą?
      — Nie.
      — Czy to ten obiekt, który leciał do nas wcześniej?
      — Tak.
     
— Tak — potwierdziła Ewa.
      — Polecę tam… — zadecydowałem.
      Pierwsze dziesięć minut obyło się bez wydarzeń. Zdałem sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmuję. Jednak nie widziałem innej możliwości działania. Coś mnie tam ciągnęło. Logiczne myślenie, występujące w dużej mierze na GIV-834, ustępowało powoli wcześniejszemu, temu z Gammy V. Niedorzeczna odwaga, nienaturalne zachowania, brak głębszego przywiązywania wagi do wydarzeń. Jeszcze przed chwilą choćby na wspomnienie widoku Kunsan mroziła mi się krew w żyłach, ale wtedy… Wtedy, zupełnie jak w naiwnym filmie akcji, leciałem za Rindokiem, aby brawurowo uwolnić Ewę. Czy ja byłem wtedy sobą? Pewnie tak. Doświadczałem, jak każdy człowiek, miłości, strachu, odrazy i zachwytu. Tylko w innym stopniu i inne zjawiska je powodowały. A może tamten sposób odczuwania był zły?
      Stan psychiczny mojej osoby odmienił się teraz w stosunku do tego poprzedniego. Miałem już jednak świadomość odmienności i potrafiłem już walczyć z tym stanem. Co go powodowało – nie wiedziałem. W miarę jak zbliżałem się do statku kosmicznego, odmienność wzrastała. Niewątpliwie coś się w nim znajdowało. Czyżby Urządzenie? To potwierdzałoby przypuszczenia. Lecz wtedy, na Ziemi, kiedy spotkałem po raz pierwszy Targan, również dziwnie się zachowałem. Zapewne wtedy go tam nie było…?
      — Prom podchodzi do cumowania.
     
To już teraz. Czułem coraz większą ekscytację. Bardzo dobrze. Sprawdzała się hipoteza. Przyłączyłem się do nieznanego statku. Przeleciałem, korzystając z nieważkości, ku otwartemu włazowi bagażowemu, prowadzącemu na pokład.
      — Zdejmij skafander.
      Krótki korytarz prowadził w dwie strony, zakończone śluzami. Te z prawej pokrywały niezrozumiałe czerwone napisy. Ostrzeżenia? Jeśli tak, to należało udać się w lewo. Za drzwiami kolejny korytarz z przylegającymi komorami różnych pomieszczeń. Żadnych drzwi.
      Zajrzałem do pierwszej komory. Targańskiej konstrukcji łóżka z polem siłowym, stolik i komputer. Ani śladu życia. Druga kryła w swym wnętrzu wiele rodzajów robotów i sprzętu badawczego. Lekki bałagan: swobodnie latające przedmioty. Usłyszałem lekkie puknięcie dobiegające zza pleców. Wyleciałem z pokoju i poszybowałem do ostatniego. Obok nieznanej mi aparatury mieściło się kilka hibernatorów. Niebieskie światełko gasło w jednym z nich.
      Domyśliłem się, że to zatrzaskująca się klapa wydała odgłos. Ciekawość spowodowała, że przyjrzałem się wyświetlaczom znajdujących się przed każdym z nich.
      Na dwóch ekranach majaczyło kilka niezrozumiałych znaków. Początkowo nie potrafiłem odszyfrować ich znaczenia, ale pomyślałem, że mogą oznaczać liczby, ponieważ przeważnie widniały tam pionowe kreski ułożone grupami po kilka. System rzymski? Na pewno nie. Ale niewątpliwie cyfry. Przy czterech kolejnych hibernatorach wyświetlacze ukazywały jedynie kropkę. Nacisnąłem kilka przypadkowych przycisków.
      — Lanzir tiglar! Czy chcesz skorzystać?
      Tłumacz nie przełożył dwóch pierwszych słów. Co oznaczały? Na ekranie ukazała się kropka. Na wszelki wypadek postanowiłem zapamiętać zwrot: „Lanzir tiglar”. Wypowiedziałem go szeptem. W momencie, gdy wymawiałem „tiglar”, usłyszałem przez własny tłumacz, że mówię „nie”.
      — Tak. Nie były lanzir — ponownie rozległ się głos komputera. Tłumacz dopiero za drugim razem zamienił „tiglar” na „nie”. Czyżby miał kłopoty z targańskim? Może to starogammijski? Skąd więc przybył ten statek? Z Piątki czy Trójki? A może z Dwójki? Dobra inspekcja mogła to wyjaśnić.
      Kiedy opuściłem pomieszczenie, poczułem nagły niepokój. Napięcie stopniowo narastało. Obce myśli biegały mi po głowie. Powodowało je coś poniekąd mi znanego. Czyżby Urządzenie? Tak. Na pewno ono. Nie mogłem się skupić; koncentrowałem uwagę tylko i wyłącznie na nim, więc zaprzestałem badania statku, a począłem go szukać. Lecz nie poddałem się całkowicie innemu stanowi odczuwania; zdawałem sobie w pełni sprawę, że przestałem myśleć naturalnie, po ludzku, a zawitałem do innej rzeczywistości: Urządzeń. Wykorzystywałem to, co do tej pory samo mnie wykorzystywało. Rozszerzyłem sposób postrzegania świata, ale nie uległem mu całkowicie.
      „Błękitny, przyjdź tu”.
      Wstąpiłem do pomieszczenia środkowego, gdzie wyczułem jego obecność. Leżało na stole. „Dendryt”.
      „Jestem twój. Uważaj!” Obróciłem wzrok. Przede mną stał Targanin w skafandrze. Może nawet Derianin, ale nie robiło to większej różnicy. Celował w moją stronę z broni laserowej. Jeśli zginę, wszystko straci sens. Nieprzyjazna siła zaatakuje Wszechświat i… Użyłem „Dendrytu”, aby zmusić go do odłożenia broni. Udało się.

      *
      — Nie mogę zrozumieć tego zdarzenia z Gammą IV. Nie ma takiej siły, która potrafiłaby powstrzymać gwiazdę od świecenia.
      — Przecież jasno się wyraziłem, że uczynił to „Neuron”.
      — Nie może przecież dysponować aż taką władzą, aby ostudzać jądra słońc. Sam próbowałem wykorzystać podobny jemu „Dendryt”, ale poza chaosem w mojej głowie nic więcej się nie wydarzyło.
      — No cóż, skoro to takie trudne do zrozumienia, przeprowadźmy mały eksperyment…
      — Już to uczyniłem, kiedy celowałem do ciebie z broni. Liczyłem, że powstrzymasz poprzez „Dendryt” ruch mojej ręki i udało się tobie. Nie sądzę jednak, aby było go stać na dużo więcej.
      — Twój pomysł mógł się źle skończyć. Choć doceniam próbę sprawdzenia możliwości Urządzenia.
      — Longiuszu, a jeśli to ono¬¬ chciało nas zabić na planetoidzie? — spytała Ewa.
      — Tego nie wiemy. Zakładam, że nie. Bądź co bądź, na pewno nam się jeszcze przyda.
      — Skończcie tę rozmowę o urządzeniach — przerwał Leri. — Chcecie się dowiedzieć, jak do tego doszło, że w ogóle was odnaleźliśmy?
      — Sami natchnęliśmy was przy użyciu „Neuronu”, abyście tu przylecieli… — rzuciłem i od razu się poprawiłem. — Ale być może był to zbieg okoliczności, a nam się tylko zdawało.
      — Raczej ja sam przeczułem, że możecie znaleźć się w jakimś punkcie używanym jako węzeł komunikacyjny pomiędzy układami. GIV-834 jest takim punktem dla Gammy IV.
      — Opowiedzcie nam, co was spotkało od czasu rozdzielenia na Targ — zaproponowałem.
      Zaczął Szeni:
      — Kiedy wszyscy czterej zebraliśmy się na statku Leriego, komputer pokładowy odebrał wiadomość od DT. Mówili, że katastrofa jest nieunikniona i nie są w stanie uciec. Ale mieli do nas prośbę. Powierzyli nam odebranie od nich „Dendrytu” i ewakuowanie go z układu. DT zlokalizowało prom Ewy, ale ona, zamiast wsiąść do niego, pomyliła się i wstąpiła do twojego. Paru dowódców dobiegło do naszego promu z urządzeniem, gdy niefortunnie zaatakował ich tłum, ostrzeżony przed katastrofą przez opozycję. System bezpieczeństwa promu potraktował wszystkich gazem usypiającym i zamieszanie ucichło. Pojazd jakimś cudem samodzielnie opuścił Targ i dotarł do nas. Nie odnaleźliśmy waszego statku, więc postanowiliśmy udać się do Gammy III.
      — I pojawił się poważny problem — kontynuował Peczi. — Nie wiedzieliśmy, czy hibernować się i czekać w węźle komunikacyjnym na sygnał od waszego komputera, czy bezpośrednio zmierzać na Trójkę. Mikołaj zgodził się, żeby nie wracać na Ziemię, gdyż zmienił zdanie i postanowił kontynuować eksplorację Wszechświata. Wbrew zakazowi DT opowiedzieliśmy mu część historii Targ i układów Gammy, więc zapragnął na własne oczy ujrzeć mieszkańców innych układów gwiezdnych. Zdecydowaliśmy się lecieć ze zmniejszoną prędkością. Na osobiste życzenie Leriego udaliśmy się na Kuns, aby zlokalizować i unieszkodliwić ich dowództwo, odpowiedzialne za zagładę naszej planety. To zwiększyłoby szansę przetrwania niedobitkom targańskim. Bez trudu dotarliśmy na orbitę. Rakieta z ładunkiem inercyjnym wyleciała ku bazie wroga. Mikołaj tłumaczył nam, aby nie kierować się zemstą i postulował poprzestać tylko na tym. W szczególności przestrzegał przed wykorzystanie broni nuklearnej. Natomiast Leri wpadł w dziwny szał i pragnął większych zniszczeń. Kategorycznie odmówiliśmy mu tego, ale on jeszcze na Targ zdołał wszystko zaplanować. Od czasu naszego rozstania, kiedy DT szantażowało nas dezerterem, aż do tej chwili zdążyła dokonać się w nim pewna przemiana. Mówił, że miał proroczy sen, w którym ukazała mu się wizja zagłady. Wydawało mu się, że lata nad jakimś miastem i równa wszystko z ziemią. Przebywał wtedy w biurze DT, do którego udał się wbrew naszym rozkazom. Ci powiadomili go o swoim podstępie względem nas i zaproponowali mu statek kosmiczny w zamian za czekającą go niebawem nową misję. On zgodził się; chodziło właśnie o ewakuację „Dendrytu”, ale postawił pewien warunek: statek zostanie dodatkowo uzbrojony… Dzięki temu mógł z powodzeniem wypełnić zbrodniczy plan unicestwienia odwiecznego wroga Targan, a nam nie udało mu się w tym przeszkodzić. Co myśmy zacząli dawno temu, choć nie doszło to wtedy do skutku, on dokończył. Przeprogramowany przez niego komputer zamienił Kuns w nuklearną pustynię.
      — Zaraz po tym, co uczyniłem — ciągnął dalej Leri — zrozumiałem, że postradałem zmysły. Szeni i Peczi pojmali mnie i wypuścili dopiero, gdy stwierdzili, że wróciłem do pełni władz umysłowych. Nie spotkała mnie z ich strony żadna kara, gdyż byłem im potrzebny jako astronauta. Przerażony Mikołaj poprosił o wcześniejszą hibernację.
      — Nasz komputer pokładowy — mówił Szeni — miał regularnie wysyłać informacje o swoim położeniu, ilekroć znalazłby się w nowym układzie gwiezdnym. Jedynie twój statek, specjalnie zaprojektowany przez DT, mógł odebrać sygnał w jednym z węzłów komunikacyjnych. Mikołaj chciał odczekać te 80 lat w hibernacji, by potem na kilka dni obudzić się i sprawdzić, czy nadeszła odpowiedź. Poszliśmy za jego radą i na 6V228 spodziewaliśmy się od was znaku życia. Ale żadna transmisja do nas nie dotarła. Rozszerzyliśmy więc plan działania na wszystkie pozostałe trzy ewentualności: II, III i IV. Peczi wziął poprawkę także na Jedynkę; mogliście przecież tam być i jakimś zbiegiem okoliczności nie odpowiedzieć na nasz sygnał, co zaistniałoby wtedy, gdyby ktoś trzeci kontrolował wasz komputer. W roku 2183, kiedy kolejny raz czekaliśmy na wiadomość, Mikołaj postanowił osobiście polecieć do Gammy IV, aby na własną rękę was odnaleźć…
      — Jak już mówiłem — wtrącił Mikołaj — podjąłem samodzielną decyzję. Przypuszczałem, że powinniście tu być; wydawało się to logicznie, gdyż to z tego układu przyleciał obcy i zaatakował nas wtedy, kiedy jeszcze w piątkę przebywaliśmy w Gammie V. I proszę, moje domysły się sprawdziły!
      Zaległa cisza. Nikt nie miał już więcej pytań. Postanowiłem ją przerwać:
      — Co teraz?
      — Kontynuujemy mój plan — powiedział Mikołaj.
      — Masz na myśli kolejny układ, czyli Trójkę?
      — Tak.
      — Dobrze, nie mam nic przeciwko temu. Może tam jest ta Istota, która przeszkodziła nam w operacji na Dedro…
      — Może — powtórzyła Ewa. — Spróbujemy też odnaleźć rozwiązanie zagadki napisu w bazie na GIV-834.
      — Szeni, co to znaczy „lanzir”? — zapytałem znienacka.
      — Tiglar Longiusz gleutin! — zapytany natychmiast zwrócił się do Pecziego.
      — Co powiedziałeś? — dociekałem, nie rozumiejąc trzeciego wyrazu.
      — Pytałem Pecziego, co to znaczy.
      — Dlaczego nie mówiłeś po targańsku? — dziwił się Leri.
      — Nawiązałem żartem do sytuacji. „Lanzir” jest niewątpliwie słowem starogammijskim, więc sam użyłem tego języka. Nie pamiętam jednak, co ono znaczy. Skąd je znasz, Longiuszu?
      — Z mowy komputera pokładowego.
      — Nie wszystkie słowa, które on wypowiada, my rozumiemy. Czasami stare programy używają archaicznych słów.
      — Lećmy do tej Gammy III — przerwał Mikołaj.
      — Dobrze. Ewo i Longiuszu, wy idźcie do waszego statku. My pozostaniemy w tym.
      — A czy moglibyśmy zabrać Mikołaja do nas? — spytałem. — Dawno się nie widzieliśmy.
      — Dobrze — odparł Peczi. — Leri z Szenim uda się do waszego, a my zostaniemy tutaj. Może tak być?
      Pospieszyliśmy do hibernatorów. Cztery z nich były już podświetlone na błękit. Kiedy Peczi nacisnął przycisk otwierający, komputer odezwał się: „Lanzir. Na wszystkich czterech wyświetlaczach pojawiły się targańskie cyfry w postaci kresek. Zanim wszedłem, aby na kilkadziesiąt lat zasnąć, spytałem Pecziego, co one oznaczają.
      — Czas od początku ich użycia.
      — A kropka?
      — Widziałeś ją tutaj?
      — Tak.
      Targanin zaniemówił.
      — Widocznie niedokładnie została wyświetlona temperatura wnętrza — odpowiedział po namyśle.
      — To w końcu chodzi o temperaturę czy czas?
      — Komputer czasami wyświetla, co zechce…
      — A co wyraża kropka?
      — Zero.

II
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział III
IV