III
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział IV
V

     IV
     

      Spoza otwierającej się klapy hibernatora dobiegały ostrzeżenia komputera: „Alarmalarmalarm…” Przez chwilę dochodziłem do siebie. Czy znów ktoś nas zaatakował? Czy powtarza się sytuacja z orbity Targ?
      — Prędko, musimy dostać się do promu! — krzyknął wbiegający Mikołaj.
      — Co się stało? — spytałem.
      — Nie ma czasu, pospiesz się!
      — Gdzie Ewa i Peczi?
      — Ona już tam jest, a Targanie próbują uratować statek.
      — Czy ten drugi jest bezpieczny?
      — Niestety, Longiuszu…
      — Mów!
      — Leri zachorował.
      — A Szeni?!
      — Nie wiem…
      — Poczekaj tu na mnie.
      — Nie ma na co czekać!
      Zignorowałem tę uwagę i pobiegłem po „Dendryt”. W międzyczasie wyłączyła się sztuczna grawitacja generowana ruchem obrotowym przestrzreni mieszkalnej. Nie znalazłem Urządzenia. Może Ewa zdążyła go zabrać?
      — Macie sześćdziesiąt sekund.
      Wróciłem do Mikołaja i w ostatniej chwili przedostaliśmy się do promu, który znajdował się nieopodal.
      Po uruchomieniu silników usadowiłem się w fotelu i patrzyłem przez szybę, jak oddalamy się od statku macierzystego. Po trzech minutach zauważyliśmy błysk w atmosferze rozciągającej się pod nami planety i zrozumieliśmy, co by nas czekało, gdyby nie ewakuacja.
      — Gdzie Ewa i „Dendryt”?
      — W przedziale bagażowym — oznajmił Mikołaj. — Ten prom jest taki sam jak poprzedni.
      Udałem się do pomieszczenia przyjaciółki. Spytałem, co się stało.
      — Nie wiem zbyt dużo — powiedziała — ponieważ wstałam niewiele wcześniej od ciebie. Podobno mniejszy statek uległ awarii; ktoś przeprogramował jego komputer. A na większym nie wiadomo z jakich przyczyn zachorował Leri. Zdaje się, że to on w swym szaleństwie skierował nas prosto na planetę…
      — Targanie kazali nam opuścić się na jej powierzchnię — Mikołaj dołączył do naszej rozmowy. — Oni sami zajmują się chorym.
      — Czy to coś poważnego? — spytałem.
      — Tak. Leri umrze. Według mnie Targanie też. Dostałem od nich ostatnią wiadomość. Podali mi współrzędne orbitalne statku i poinformowali, że pojazd jest w niebezpieczeństwie, więc uciekają z niego na lądownikach, nie zdoławszy zabrać ze sobą poszkodowanego.
      — Powiedzieli, gdzie wylądują?
      — Nie zdążyli. Połączenie zostało przerwane.
      Tak więc zostaliśmy we trójkę, pozbawieni możliwości ucieczki z planety. Jak brzmiała jej nazwa? Nie wiedziałem. Znajdowaliśmy się u celu, osiągnęliśmy Gammę III, ale, podobnie jak na Targ, znów rozpoczęliśmy od awaryjnego lądowania bez możliwości powrotu. Czy odnajdziemy Targan? Czy ich statek ulegnie zniszczeniu? Czy zdobędziemy nowy? A może tu nie ma ludzi? Wchodziliśmy w gęstą, pokrytą chmurami atmosferę okalającą zielono-beżowy ląd. To miejsce mogło okazać się naszym nowym domem… albo grobem.

      *
      — Grawitacja 0.5g, ciśnienie 1022hPa, tlen 20%, azot 60%, temperatura 22°C, gazy szlachetne 18%, para wodna 2%. Obecność rozwiniętej biosfery. Powietrze atmosferyczne nadaje się do oddychania. Doba trwa piętnaście godzin. Witam w układzie Gammy III na planecie Midoriusz.
     
— Bierzcie broń, wychodzimy — powiedziałem do załogi.
      Ukazał się naszym oczom bardzo ziemski krajobraz. Staliśmy pośrodku malowniczej, nie pokrytej lasami doliny. Na wschodzie ciągnęło się pasmo wzgórz. Na północy bliski horyzont zasłaniał dalszy widok, a na południu i zachodzie ujrzeliśmy w oddali krawędź puszczy.
      — Czy mamy zdjęcia tych obszarów? — spytałem Mikołaja.
      — Tak. Prom wykonał parę fotografii z różnych wysokości. Pokazać?
      Nie czekając na odpowiedź, wszedł do promu. Szukanie zajęło mu chwilę. Przez ten czas przez mój umysł przeszły różne myśli. Już teraz planowałem dalsze życie na Midoriuszu. Spotkamy ludzi, jeśli tu mieszkają… a jeżeli nie, nasze potomstwo skolonizuje planetę… Będziemy wieść sielski żywot na tych pięknych terenach. Polować na zwierzynę, urządzać wypady powietrzne… Komputer promu jest na tyle inteligentny, że sam znajdzie niewyczerpalne źródło zasilania. Lasy, góry, łąki, morza…
      — Mam jakieś osiedle na zdjęciach! Podobno wieś, ale posiadają kolej. Aby tam trafić, trzeba przelecieć nad urwistymi, krasowymi wzgórzami. To kilkadziesiąt kilometrów stąd.
      — Coś jeszcze?
      — Tak. Wielkie miasto paręset kilometrów na północ. A przed nim wysokie góry.
      — Dobrze. Na co czekamy?
      — Już chcesz lecieć? Zostańmy tu, może coś upolujemy. Mamy lasery i pistolety z gazem usypiającym. Przecież wszystko jedno, czy odwiedzimy ich teraz, czy za klika dni.
      — Co ty na to, Ewo?
      — Skoro Mikołaj proponuje, by zostać, a ty nie masz nic przeciwko, niech tak będzie.
      Sprawdziliśmy za pomocą detektora ruchu, czy jesteśmy bezpieczni i, stwierdziwszy, że jedyne istoty, jakie spotkamy w dolinie, to ptaki, nakazaliśmy komputerowi czuwanie i poszliśmy wypróbować lasery. Całą godzinę poświęciłem na naukę celowania do ptaków. Udało mi się strącić jednego. Ewa po nieudanych próbach zrezygnowała i postanowiła odnaleźć wodę pitną. Mikołaj zdobył pięć porcji potencjalnego pożywienia. Kiedy po dwóch godzinach dzień miał się ku końcowi, spożyliśmy przygotowaną na ogniu zdobycz. Woda zaś, którą znalazła Ewa, była krystalicznie czysta.
      Mimo późnej godziny nie dotykała nas wcale senność, więc ułożyliśmy się na specjalnie przygotowanych do tego celu leżakach. Oddaleni od promu kilkanaście metrów obserwowaliśmy gwiazdy. Wspaniale widoczne Obłoki Magellana przypominały mi moment opuszczenia Ziemi. Akurat na niebie jaśniała kometa. Jej długi warkocz przysłaniał parę konstelacji. Odnalazłem też dwie planety. Światło pierwszej z nich przyćmiła przelatująca chmura. Druga posiadała tak duże rozmiary kątowe, że dostrzegaliśmy jej tarczę. Ile planet posiadała Gamma III? Zapewne tyle, co Układ Słoneczny… Gdyby dało się je wszystkie zbadać! Gazowe giganty, ich lodowe księżyce, piekielne obiekty wewnętrzne i mroczne zaświaty gdzieś z dala od gwiazdy… Być może drugi ziemio-podobny świat, jak Kuns lub Lód, znajdował się gdzieś blisko orbity Midoriusza? A na nim miliony gatunków nowych stworzeń, łańcuchy górskie, wulkany, osiedla ludzkie. Ale czym jest planeta biosferyczna w porównaniu z gazowymi olbrzymami? Tam każde ciało powoli zanurza się w wodorze, aby na głębokości kilkudziesięciu kilometrów ulec zmiażdżeniu przez ciśnienie. Jeżeli jednak przetrwałoby ekstremalne warunki, to, przebywszy dalszych kilkaset kilometrów, ani zorientowałoby się, a już tonęłoby w cieczy nadkrytycznej, by w końcu zatrzymać się w miejscu o zbyt dużej gęstości. Może jakieś niesamowite istoty odnalazłyby je tam, świętując przybycie nowości albo ją niszcząc. Biedni kosmici, zamknięci w swoim surowym świecie, cudem egzystujący przy gigantycznym ciśnieniu, olbrzymiej temperaturze i zupełnym braku światła. Uwięzieni w cudownych ciałach, próbowaliby nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym. Może pragnęliby za wszelką cenę ostrzec nas, jego mieszkańców przed jakimś kosmicznym niebezpieczeństwem. Śniliby się nam w narzuconych snach, mówiliby do nas, próbowaliby przekonać nas do swoich poglądów. Jak wielu zaakceptowałoby ich przekaz? Może swym istnieniem podzieliliby się tylko z nielicznymi? Próbowaliby zachęcić ich do próby powstrzymania katastrofy. Ale czy należałoby jej unikać? A może nie ominęłaby nas, lecz oni sami przetrwaliby dzięki naszym dokonaniom? A nawet jeżeli mieliby rację, to czy dobrze czyniliby, ingerując w naszą prywatność, w nasze sny, w nasz rozwój, w naszą duchowość, w zamierzony przez Boga porządek rzeczy i historii? Niech spojrzę, wzywają mnie. Przyjdź do nich. Daj im Urządzenie. Dlaczego oni są ludźmi? Jaskinie… co? Na planecie gazowej?? Nie…
      Już tu, blisko. Ktoś błaga mnie, niech przyjdę. Niech wezmę ze sobą „Dendryt” i dam mu. On pomoże. Niech pomyślę: on widzi, co się stało. Mój przyjaciel mnie opuścił… Poszedł do lasu sam. Niech go szukam. A może wróci? Ale poza nim niech przyjdę też do wzywającej mnie osoby. Ten ktoś czeka…

      *
     
— Gdzie Mikołaj?
      — Poszedł do lasu.
      — Mówił ci, że zamierzał?
      — Zostawił wiadomość. Napisał, że zapoluje na obiad.
      Rzeczywiście, nastał już nowy dzień.
      — Kiedy wróci?
      — Nie zanotował.
      — Obiecał nam pożywienie, więc możemy się go spodziewać nawet zaraz. Jeśli jednak coś mu się przytrafi, poszukamy go wieczorem.
      — A co zjemy na śniadanie?
      — Samemu spróbuję strącić jakiegoś ptaka.
      Wspólnie przyrządzony posiłek smakował całkiem nieźle. Dziwiłem się, że nigdy dotąd nie jadłem tak pysznych zwierząt. Można by przeżyć wiele lat. Woda, żywność, hibernatory wyposażone w urządzenia lecznicze. Jeżeli Midoriusz miałby zastąpić nam Ziemię, nie dziwiłem się Mikołajowi, że ciągnęło go do zwiedzania tego miejsca.
      Wzięliśmy posłania i udaliśmy się na mocno nasłoneczniony stok doliny. Na wszelki wypadek zabrałem laser. Następne parę godzin zdawało się być najbardziej sielankowymi chwilami, jakie dotąd przeżyłem. Rozmawialiśmy na temat przyszłości na nowej planecie. Przeróżne romantyczne marzenia prawie urzeczywistniały się w naszych wyobrażeniach. Niejednokrotnie przerywaliśmy rozmowę, aby w milczeniu korzystać z zachwycających chwil teraźniejszości. Zenitalne słońce nie paliło ani zbyt mocno, ani zbyt słabo. Jak bardzo ogarniało nas rozmarzenie! Tu, biliony kilometrów od Ziemi, dwoje byłych jej mieszkańców doświadczało radosnych chwil kreowanych przez nie-ziemski świat… Tu, w rajskim miejscu, zdawało się, że nie występuje cierpienie. Jeżeli ta wspaniała kraina okazałaby się ostatnią przystanią w nieustającej i niebezpiecznej podróży, uznałbym, że zasłużyłem na odpoczynek. Cudowna zieleń roślin, błękit pokrytego gdzieniegdzie białymi obłokami nieba i inne aspekty tego uroczego zakątka zdawały się być obojętne na wydarzenia w Gammie I, IV i V. Absolutna izolacja od wszelkich niebezpieczeństw, zupełna nieświadomość występowania jakiegokolwiek zagrożenia. Dozwolono nam drwić sobie z rzeczywistego świata. Egzystować w tak nierealnych warunkach jak kosmici z mojego snu…
      Czyżby ten sen był przekazem? Odejście Mikołaja sprawdziło się. Kto mnie wzywał? Mógł użyć w tym celu „Dendryt”. Musiał przebywać gdzieś blisko.
      Rajski krajobraz w mgnieniu oka stracił na swej atrakcyjności, podobnie jak moja obecna sytuacja. Nie chciałem niepokoić Ewy wątpliwościami, więc próbowałem zachowywać się naturalnie. Ale każde jej słowo dotyczące szczęścia i bezpieczeństwa wzbudzało we mnie napięcie. Coraz gorsze wyobrażenia na temat Midoriusza nękały mój umysł. Wydawało się, że chwilowa cudowność jest wątła i ulegnie zniszczeniu za jednym zamachem, jak lekki powiew wiatru zrywa płatki doskonałego kwiatu. Myśl o Istocie napełniała mnie największym strachem. Ten niesamowity świat może zostać przez Nią zauważony. A jeżeli już został? Nikczemne plany zdewastują ostatni przystanek ukojenia. Ale tak naprawdę nic realnego nam teraz nie zagrażało. To, że Mikołaj nie wrócił? Znajdzie się.
      — Longiuszu, czuję, że coś jest nie w porządku.
      — Ja też. Trzeba działać. Wydaje się, że niebezpieczeństwo wisi w powietrzu — odpowiedziałem i na moment mnie zamroczyło. Chwilowa burza w mózgu przywołała równie krótko trwający obraz. Wydawało się, że na moment ujrzałem śmiertelnie przerażonego człowieka i dwóch innych, spokojniejszych, w znajomym mi pomieszczeniu. Wizja trwała krótko, lecz zorientowałem się, że to nie przeczucie. Ujrzałem rzeczywistość przekazaną mi przez „Dendryt” albo przez coś innego.
      Na orbicie zdarzyło się coś strasznego. Coś, co ingerowało w naszą teraźniejszość. Być może nawet materialnie

       

     

III
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział IV
V