VIII
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział IX
X

     IX
     

      99%, nie, 90%. Spada… zatrzymuje się na 85%. Szybko, zanim zginę. „„Dendrycie”, jestem przygotowany”. „Biegnij” — zakomunikował. Dokąd? Przed siebie?! Pewnie źle mnie zrozumiał. Odskoczyłem od drzwi, poczuwszy ogień. Cała hala paliła się. Więc to tak miałem skończyć. W płomieniach. Naturalną siłą rzeczy chciałem ukryć się przed wszechobecnym żywiołem. Czekałem nie wiadomo na co. Syk płomieni przedostawał się przez ścianę do moich uszu. Robiło się już gorąco. Ale pożoga przygasła.
      „Teraz, Longiuszu!”
      „Mam tam iść??!”
      „Biegnij, co sił w nogach. Inaczej wirus znów tu wróci.”
      „Nie, spróbuję zniszczyć Istotę!”
      „Jej tu nie ma! Jest za daleko. Decyduj się.”
      Podziałało. Wyskoczyłem do piekła. Nie zatrzymując się, parłem naprzód. Już nie było odwrotu. Żar rozgrzanego powietrza prażył moje ciało. Zamknąłem oczy, aby ich nie stracić. Ubranie zapaliło się pod wpływem temperatury i przeciągu.
      W chwili gdy zaczynałem czuć przerażająco niemiłosierny, niczym nie hamowany ból, wbiegłem na jakieś podwyższenie. Kolana ugięły się pode mną, żywą pochodnią.
      Upadłem na twarz. Ogarnęły mnie jakieś podmuchy o ekstremalnej temperaturze. Czy tak wyglądają męki piekielne? Trwało to i trwało; exodos mojego życia przedłużał się okrutnie. Ciało moje poczęło podrygiwać w dreszczach, a świadomość powoli ulatywała. Chcąc zaspokoić ostatnią w życiu ciekawość, otworzyłem oczy, żeby zobaczyć, jak widać ogień.
      Nic nie ujrzałem.
      Coś uderzyło mnie w głowę i skończyło się wszystko.

      *
      Czy tak wygląda życie po śmierci? Leżę w powietrzu. Nie, raczej w stanie nieważkości. Albo gdzieś spadam. Nie wiem, nic nie widzę. Nie czuję żadnego bólu. I tak w nieskończoność! Oddycham. Może żyję?
      Tuż obok mnie słyszę niewielki hałas. Czy to Wszechświat się odzywa? Och! Gwiazdy! Wszędzie wokół! Pojawiły się tak nagle. A tu coś je zasłania. Pode mną widać błyszczący kształt. Nie wykonam zwrotu. Zostałem przecież zawieszony w przestworzach. Teraz przez miliony lat będę dryfował w próżni. Ale dziwne, że jest ona taka nieszkodliwa! Wszyscy się jej bali, a tu można swobodnie szybować. I oddychać.
      Posiadam ciało. Potrafię czuć, ale jestem pozbawiony zdolności doświadczania bólu. Zaraz to sprawdzę. Wstrzymam oddech. Jeżeli umarłem, to nic się nie stanie. A jeżeli żyję, to poczuję. Do dzieła.
      Przed moimi oczyma otwiera się furtka w przestrzeni. Jasne światło z jej wnętrza prawie oślepia. Pojawiają się przede mną jakieś postacie. Nie jestem tu sam! Nie tylko mnie spotkał ten smutny los.
      — Ach, to wy — rzekłem. — Zabierzcie mnie ze sobą do tego światła. Jak to dobrze, że dotarliście ze mną tutaj. Widzę was: Ewa, Mikołaj i Pelen. Zaprowadźcie mnie tam, skąd przybyliście.
      — Majaczy — stwierdził Mikołaj. — Nie znam się na tych waszych sprawach z urządzeniami, ale nie wyszły mu one na dobre. Trzeba mu było dać wolną drogę. Nie ryzykować z dezynfekcją poprzez ogień. Stężenie sięgnęło granicy 100%, lecz ani trochę więcej. Zmusiliście go do utraty zdrowia i jeszcze większego narażenia życia. Rozumiesz, Ewo? A ty, Midoriańczyku? Nawet nie poczekaliście, aż płomienie przygasną. Spójrzcie sami, co mu wyrządziliście.
      — „Dendryt” uznał, że to najlepsze wyjście — tłumaczyła Ewa. — Nie chciał, by Longiusz został zarażony.
      — Trzeba było dać mu dojść do nas i zamrozić go — zaoponował Mikołaj. — Na Dwójce by go wyleczyli.
      — Urządzenie mówiło, że naraziłby swoje zdolności do walki z Istotą.
      — Nie ufaj obcemu oddziaływaniu i podszeptom. To wszystko zakrawa o okultyzm. A w najlepszym razie o manipulację nami przez coś, co wykorzystuje nas do niepewnych celów, których nawet nie potrafimy ocenić.
      — Żyję czy nie? — spytałem lekko zdezorientowany.
      — Żyjesz, chociaż śmierć prawie ciebie dosięgła — odpowiedział Pelen.
      — Gdzie ja jestem?
      — Zapalcie światło — poprosił Mikołaj. — Wyłączcie ekrany na ścianach. Straszycie go tylko niepotrzebnie przestrzenią kosmiczną.
      Z tego wynikało, że znajdowałem się na promie. Jeszcze nie minął szok, ale powoli wracałem do rzeczywistości.
      — Co mi się stało? — spytałem.
      — Poparzenia drugiego stopnia. Nogi i ręce. Wszystko przez ten nieodpowiedzialny pomysł z ogniem. Sam musiałem gasić ciebie azotem.
      — Dlaczego niczego nie czuję?
      — Podaliśmy ci środek przeciwbólowy. Spójrz na swoje ręce.
      Na dłoniach widniały lekko sczerniałe od zwęglenia pęcherze.
      — Nogi tak samo. Amputowaliśmy tobie po dwa palce.
      — Przestań, Mikołaju! — oburzyła się Ewa. — Lepiej byłoby, gdybyście owinęli mu to czymś. I ubierzcie go!
      — To normalny człowiek! — rzekł Pelen. — Taki sam jak ja i Mikołaj. Tylko trochę poparzony.
      — Nic nie rozumiesz — rzuciła Ewa, po czym opuściła pomieszczenie.
      — Sama to spowodowała, a teraz nie chce patrzeć — podsumował Mikołaj. — Nie martw się. Szybko cię wyleczymy. Wrócimy na statek. Udało nam się go odzyskać. Ja jestem za jak najszybszą ucieczką z Gammy III. Wiesz, co Ewa zamierzała uczynić? Zamiast myśleć o uratowaniu nas, zaraz po twoim przebudzeniu zaplanowała wykorzystać „Dendryt” do ratowania zarażonych Midoriańczyków. Podobno nie udało wam się coś podobnego na Dedro. Na Targ urządzenia też nie powstrzymały zagłady. Cieszę się, że „Dendryt” do tej pory nie działa. Wysoka temperatura spowodowała jego wyłączenie. Ten Midoriańczyk twierdził nawet, że do twojego obowiązku należało jego ratowanie. Uważał, że powinieneś byłeś trzymać go szczelnie pod ubraniem. Szaleńcy.
      Mikołaj ubrał mnie, po czym usadowił na siedzeniu. W międzyczasie Ewa wróciła do nas.
      — Co się właściwie działo? Dlaczego nas wtedy opuściłeś, Mikołaju? Jak mnie odnaleźliście?
      — Jak wiecie, poszedłem do lasu w nocy — zaczął Mikołaj. — Uzbroiłem się w laser. Na wszelki wypadek zabrałem też ze sobą nadajnik. Kręciłem się po wzgórzach, a kiedy zaczęło świtać, wpadłem na trop Włochacza. Zamiast udać się do bazy, podążyłem za jego śladami. Przez cały dzień zmierzałem na wschód, gdzie teren coraz bardziej się wznosił. Zobaczyłem go w dolinie na południu. Cały dzień uważnie go śledziłem, aż znikł mi z oczu. Postanowiłem kontynuować badania aż do skutku. Napełniłem żołądek owocami zjadanymi przez ptaki. Gdy nastał zmierzch, znalazłem naturalne schronienie i przespałem się. Po przebudzeniu podążyłem dalej ścieżką i dotarłem do podziemnego przejścia. Oznaczyłem je dla was. Nie spotkałem hałaśliwego stwora. Kiedy Gamma III wzeszła nad horyzont, przesłałem wam wiadomość. Cała kolejna piętnastogodzinna doba zeszła na powrót do promu. Nie było was tam. Tym razem sam zacząłem szukać was z wysoka. Leciałem powoli, korzystając z pokładowego skanera. Ten zlokalizował Ewę i Pelena wracających na zachód.
      — Teraz moja kolej — poprosił Pelen. — Tak więc ten Ziemianin zabrał nas ze sobą. Przybyliśmy do miejscowości. Działo się tam coś niedobrego. Ludzi dotknęła nieznana choroba. Z lasu przybywały Harderfy. A za nimi Włochacze. Wszyscy ginęli. Gublen, ubrany w skafander, chodził po ulicach i strzelał do ludzi i zwierząt. Wylądowaliśmy tuż przed nim. Pobiegł w naszą stronę i prosił na migi, żebyśmy zabrali go ze sobą. Po dezynfekcji opowiedział nam wyniki swoich badań. Pokazał nam miernik. W atmosferze rozprzestrzeniał się agresywny wirus, który przy odpowiednim stężeniu względnym atakował różne organizmy. Gublen ponownie założył skafander i umieścił go poza pojazdem, podłączywszy zdalnie do naszego komputera. Wskazywał 110%. Wyjaśnił nam, że ognisko zapalne choroby znajduje się na południu i rozprzestrzenia się we wszystkich kierunkach ze zmienną, zależną od różnych czynników prędkością. Wspomniał o spotkaniu z tobą. Szukaliśmy cię obaj w miasteczku.
      — Nie mów o tym, co tam robiłeś — przerwała Ewa. — Ledwo powstrzymałam ciebie i Gublena od zamiaru dobicia wszystkich zakażonych.
      — Może ty opowiesz dalej, Ewo — poprosiłem.
      — Zajęło im to kilka godzin. W końcu zrezygnowali. Gdy wrócili, nawiązali kontakt z komputerem pokładowym statku macierzystego. Okazało się, że wszystkie systemy są sprawne i odbywa się dezynfekcja. Sensory podobno wykryły wirusa. Komputer doradził powrót na pokład, gdyż atmosfera planety została skażona przeniesionymi z lądownika zarazkami, a na statku było już bezpiecznie. Przez wiele godzin poszukiwaliśmy ciebie, krążąc nad powierzchnią. Ogarniała mnie coraz większa rozpacz. Nagle usłyszałam w myślach czyjeś wołanie. Nie rozpoznałam w tym udziału „Dendrytu”. Wydawało mi się, że to ty. Kojarzyłam wymawiane słowa. Stało się jasne, że żyjesz. Pelen spytał Gublena, czy odjeżdżał jakiś pociąg na północ. Ten potwierdził. Obliczono, że tak dużą odległość mogłeś pokonać tylko koleją. Zmieniliśmy kurs, wybierając miasto na północy, gdyż właśnie tam prowadziły tory. Przez cały czas usiłowaliśmy nawiązać z tobą kontakt poprzez wzywanie „Dendrytu”, ale nie udało się. Dotarliśmy na miejsce – na dworzec kolejowy. Mikołaj precyzyjnie wylądował na peronie. Nadjechał pociąg. Wskaźnik stężenia skoczył z 99% na 100%, choć czasami na chwilę spadała z powrotem do 99%. Urządzenie obudziło się i podpowiedziało mi, co mamy uczynić. Wymusiłam na Mikołaju podjęcie decyzji o dezynfekcji ogniem i prędkiej ewakuacji ciebie do nas, zanim utracisz swoje nadzwyczajne zdolności poprzez działanie wirusa. Widzieliśmy przez okna wagonów zmarłych ludzi. Musiałeś przebywać w kabinie maszynisty. Płomienie z dysz uderzyły w elektrowóz. Nakłoniłam cię za pomocą „Dendrytu”, abyś dokonał tego, na co się zdobyłeś. Miałeś wielkie szczęście, kolego.
      Dlaczego Ewa tak się do mnie zwróciła?? Czyżby przestała odwzajemniać mi przyjaźń i upodobanie? Powstrzymując żal, załamanym głosem spytałem:
      — Gdzie jest Gublen?
      — Śpi — odpowiedział Pelen. — To on się tobą zajął. Opatrzył cię. To on doradził, abyś przebywał w stanie nieważkości. Tak… Dobrze mieć takiego krewnego.
      — Krewnego? — spytałem równocześnie z Mikołajem i Ewą.
      — Tak… Gublen to mój odległy kuzyn. A wy kim dla siebie jesteście? Też rodziną?
      — Nie mówili ci? — zapytałem.
      — Nie. Myślałem, że Ewa jest twoją siostrą.
      — Mylisz się, Midoriańczyku — powiedział Mikołaj. — Oni są jedyną ocalałą parą z planety Ziemia…
      — Mikołaju… — próbowałem przerwać niestosowną wypowiedź.
      — …Ja sam wybrałem życie samotne, opuszczając Ziemię. Wy mieliście inaczej. Wydawało mi się, że tak pozostanie. W życiu wystarczał mi sam Bóg, nasz Pan. Pragnę poświecić się dla Niego. Na razie jako astronauta. Chcę podziwiać Jego kosmiczne dzieło stworzenia. Pójdę tam, gdzie mnie poprowadzi, ze względu na Jego Miłość do mnie i moją do Niego. Jeśli zajdzie taka potrzeba, gotów jestem nawet ponieść śmierć dla Przyszłego Życia w Jego Chwale i Zbawieniu…
      — Wierzysz w Boga? Czy… — spytał Pelen.
      — Jesteśmy jedną wielką rodziną ocalałych z Ziemi — przerwałem nagle, poczuwszy gdzieś w pobliżu obecność Urządzenia. — Nasze rodowody spotykają się gdzieś dawno temu. Oddajmy się dla Sprawy. Dla tych z Gammy. Pozostałe sprawy niech rozstrzygną się po spełnieniu Celu. Uwolnijmy świat od Istoty! Sami dokonajmy cudów!!
      Skończyłem, przepełniony nadludzką euforią.

      *
      Dobijaliśmy do statku macierzystego.
      — Wszystko w normie — poinformował Mikołaj. — Nie ma już wirusa.
      Zaufaliśmy wskaźnikowi stężenia, wysłanemu wcześniej do statku i umieszczonemu na pokładzie. Jego wynik odczytany został przez komputer pokładowy. Postanowiliśmy odnaleźć Targan. Woleliśmy nie angażować w to Gublena, znanego z chęci zabijania zarażonych, więc pozostawiliśmy go w hibernacji. Pelen też w niej pozostał, nie miał bowiem ochoty w tym uczestniczyć.
      Ze względu na moje ranne kończyny nie emulowaliśmy grawitacji. Zaopatrzono mnie w przyczepiane do ramion i łydek wypustki, którymi miałem odpychać się od ścian, by nie angażować w to dłoni i stóp.
      Zabraliśmy się za przeglądanie ostatnich wydarzeń z dziennika pokładowego.
      „Zarejestrowane przebudzenie Leriego. Obejście pokładu. Zmieniony skład sztucznej atmosfery. Źródło – pasażer. Zdalna manipulacja kursem drugiego statku. Przybycie Pecziego. Obudzenie Szeniego. Objawy choroby u Leriego. Broń w ręku Leriego. Zidentyfikowany szantaż. Opuszczenie statku lądownikami przez Szeniego i Pecziego. Przesłanie wiadomości z lądownika do drugiego statku. Przerwane połączenie. Opuszczenie statku promem przez Leriego. Strata łączności z pasażerami. Badanie sztucznej atmosfery. Wykrycie wirusa. Akcja dezynfekcyjna udana. Połączenie z pasażerami z drugiego statku. Odbiór wskaźnika stężenia wirusa. Przybycie pasażerów z drugiego statku. Chwila obecna.”
     
— Dlaczego Leri zachorował? — spytałem komputer.
      — Nowotwór produkujący wirusy.
      — Skąd się u niego wziął?
      — Brak danych.
      — Wyślij sondę na Midoriusza — rozkazałem. — Połącz się z Targanami lub przynajmniej zlokalizuj ich ciała.
      — Sonda wysłana godzinę temu. Dostępne dane z badań. Czy ponowić tę operację?
      — Dobrze, nie wypuszczaj nowej. Pokaż mi te dane.
      „W każdym punkcie planety stężenie wirusa ponad 100% łącznie z oceanami do głębokości 200m. Zniszczone wszystkie formy wysoko zorganizowanego życia. Stężenie spadnie do zera za około pięć lat”.
      — Bez komentarza — powiedział Mikołaj i wyszedł. Ewa poszła za jego przykładem.
      — Zostańcie! Może Szeni i Peczi zdołali się uratować? — próbowałem ich zatrzymać.
      — Stwierdzone zniszczenie promu i śmierć Leriego.
      Ach.
      — Brak łączności z Szenim i Peczim. Lokalizacja lądowników. Skanery dostrzegają ruch dwóch ciał w ich pobliżu.
      — Daj to na ekran! — krzyknąłem podekscytowany. — Teraz zbliżenie…
      Dwie, prawie niedostrzegalne plamki o prawie niedostrzegalnych kolorach zieleni i czerwieni prawie niedostrzegalnie przemieszczały się po falującym od ruchów atmosfery obrazie. W dali wyraźnie błyszczało coś, co przypominało lądownik.
      — Bliżej, bliżej… — szeptałem oniemiały.
      Nagle obraz począł mocno wibrować. Straciłem z oczu to, na co przed chwilą patrzyłem. Mimo to zorientowałem się, że wykonywane jest zbliżenie. Wszystko przybladło, a potem rozjaśniało. Atmosfera uspokoiła się. Na tle czerwonych roślin przelatywał motyl. Biały motyl.
      — To nie oni…
      Obraz owada oddalił się. Znów ruchy atmosfery zakłóciły harmonię obrazu. Tym razem nic sensownego nie mogłem odczytać. Czerwone kolory – plamki mieszały się z zielonymi – kreskami, wszystko na tle bezkształtnie bladego tła. Setka zmierzających z równą prędkością ze wszystkich stron zielonych i czerwonych ciał zbiegła się w centrum i rozeszła promieniście we wszystkich kierunkach. Nastały kolejne wibracje. Teraz chaos biegnących do siebie równoległe dwukolorowych większych i mniejszych plamek zbijał zupełnie z tropu. Wszystko wirowało. Mała biała plamka dołączyła do tego zamieszania. W zasadzue to kilka plamek. Aż wreszcie całość skryła chmura. I nagle na ekranie pojawił się telewizyjny śnieg. Ale nawet on zniknął. Pozostała czerń, w którą w dalszym ciągu się wpatrywałem. A na niej pulsowała mała plamka. Jej rytm bił w takt uderzeń serca. Ale nie… To fioletowe oko patrzyło na mnie z czeluści ekranu. Spokojnie. Należało czekać. Tak mi nakazało. Nie istniała szansa odwrotu. Och. Ok… Oko… k… k… Ochkookchookko… oko… ok… o… chkkk… Patrzy oko… Patrzy oko… widź je… widź… oko… och… Musi… Muś, muś, musisz… szszszsz… oko… oko… o… chchchchch
      — Longiuszu!!!
      Wyrwanie z hipnozy sparaliżowało moje ciało. Coraz gorzej widzącymi oczyma spoglądałem na ekran, na którym po oku i śniegu nie zostało śladu.
      Wibrujące chmury przesłaniały zielony krajobraz powierzchni planety. Choć widziałem i słyszałem, nie analizowałem tego, co się działo. Doświadczałem tylko obrazu i dźwięku. Bez myśli. Bez czucia. I tak już zostało.
       
      *
      — Mikołaju, powiedziałeś, że wierzysz w Boga.
      — Tak, Pelenie. On nas stworzył.
      — Ja też wierzę w Jednego Boga, podobnie jak inni Midoriańczycy.
      — Jesteś pierwszą osobą z systemów Gammy, która o tym mówi.
      — Trójkę osiedlili ci z Atlantyjczyków, którzy nie chcieli mieszkać pośród zepsutych Gammijczyków z Dwójki. My wierzymy w Stworzyciela Kosmosu i życie po śmierci. Na Czwórkę zaś polecieli ci z Trójki, którzy tej wiary nie podzielali.
      — Słyszeliście o Synu Bożym? Pamiętacie jeszcze coś z Ziemi?
      — U niektórych nauka przyniesiona z Ziemi zdołała się zachować. U pozostałych już nie, a było ich wielokrotnie więcej. A teraz nikogo już nie ma na mojej zniszczonej planecie.
      — A ty zetknąłeś się z tą nauką?
      — Przyszedłem do ciebie, aby zapytać o Niego. Z was troje to ty mówiłeś o Bogu. Niegdyś moi przodkowie opiekowali się „Neuronem”, ale odesłali go z planety pod naciskiem jej mieszkańców, pragnących odciąć się od atlantyjskiej przeszłości. To Midoriańczycy skupili wyznawców religii zakazanej na Atlantydzie, choć klan moich przodków stał w stosunku do nich w opozycji. Pewnego razu kilkunastu z naszej grupy próbowało zlokalizować Urządzenie, ale jeden z nas, podzielający wiarę zakazaną na Atlantydzie, próbował to powstrzymać. Wydalili go z klanu, ale, jak się okazało, sami zginęli, zabici przez Istotę. Ja jestem następcą tego człowieka, choć nie zupełnie wierzę w to samo, co on. Moi ojcowie szukali od zawsze prawdy, tej o Bogu, o Kosmosie, o historii Atlantydy, o Urządzeniach, o Istocie, o życiu. Midoriańczycy trzymali się od nas z daleka, uważając nas za sektę, ale niektórzy z nich, będący wyznawcami religii przywiezionej z Ziemi, przychodzili czasami do nas i nauczali nas. Do dzisiaj myślałem, że to u Atlantyjczyków wymyślono religie. Ale Boga nie wymyślono, gdyż On istnieje od zawsze.
      — Atlantyjczycy przejęli pewnie religię od reszty Ziemi. Dowód na to masz teraz przed sobą. Prawdziwa religia nie jest wymyślona, tylko objawiona. Posłuchaj zatem, a opowiem tobie o Bogu. Tak naprawdę to On ma dla nas znaczenie, a nie jakieś urządzenia albo istoty.
      — Tak właśnie kiedyś nam mówili.
      — I słuchaliście ich?
      — Różnie bywało. Ja jestem inny. Ja spotkałem i Urządzenia, i wyznawcę Jedynego Boga z Błękitnej, czyli ciebie. Wyjaśnij mi wszystko; chcę otrzymać naukę bez zniekształceń. Szukałem kogoś spoza kolonii antlantyjskich, z Błękitnej, z Ziemi. Potrzebowałem świadectwa. Podobno Bóg daje zbawienie i życie wieczne, czy tak?
      — Znalazłeś świadectwo. Wierzmy w Niego i wypełniajmy przykazania. Odnajdźmy Jego kapłanów, aby korzystać z pełni łask.
      — Teraz jestem już pewien, że na mojej planecie część osób zachowała prawdę… Będę się razem z tobą modlił, a Bóg da nam przetrwanie w tych nieszczęsnych czasach. Może uratuje nawet moich rodaków od choroby.
      — Obdaruje nas życiem wiecznym po śmierci poprzez Śmierć i Zmartwychwstanie Syna Bożego.
      — Już w to nie wątpię, Błękitny. Ja też gotów jestem zginąć dla Jego sprawy.

       

     

VIII
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział IX
X