IV
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział V
VI

     V
     

      Świtało, kiedy wyruszyłem z Ewą, by dotrzeć do Mikołaja. Mogłem spodziewać się takiego obrotu rzeczy. Przesłał nam wiadomość, że dokonał ważnego odkrycia. Miejsce spotkania miało być ustalone przy pomocy sygnałów radiowych. Ze względu na „ulotność”, jak się wyraził, odkrycia, mieliśmy iść pieszo. Nie mogliśmy kontaktować się z nim przez nadajniki w promie, ponieważ nie wziął ze sobą odbiornika.
      Uzbrojeni w lasery i podręczny nawigator, podążyliśmy w stronę wzgórz. Zabraliśmy ze sobą „Dendryt”.
      Początkowo otaczał nas las. Był niemal bliźniaczo podobny do ziemskiego. Wyglądał jak sadzony, ponieważ drzewa rosły równomiernie jak w parku, a żadne krzewy pomiędzy nimi nie torowały nam drogi. Jedyna zwierzyna zamieszkująca te okolice poruszała się dzięki skrzydłom lub pełzaniu. Teren gdzieniegdzie wznosił się i opadał. W niektórych miejscach wyrastały z ziemi nagie skały wapienne.
      Po godzinie wyszliśmy na otwarty teren. Naprzeciw nas, za rzeką, widniały strome zbocza wzgórz. Po prawej stronie mieliśmy łagodniejszy stok niż po lewej, ale wznosił się on dość wysoko. Rozejrzałem się i zauważyłem, że z wnętrza kolejnego wzniesienia z położonej na lewo szczeliny skalnej wypływa rzeka. Rozlewała się na rozległą dolinę położoną na południu. Mieliśmy do wyboru obejść wzniesienie z prądem rzeki, zmierzać do celu po linii prostej lub spróbować szczęścia, obierając łagodny stok. Wybrałem tę ostatnią możliwość.
      Znów wstąpiliśmy się pomiędzy drzewa. Nieustannie podążaliśmy wzwyż. Po dwóch godzinach uciążliwej wędrówki natknęliśmy się przypadkiem na wąską ścieżkę. Postanowiliśmy odpocząć. Mimo południa byłem senny, gdyż nadal żyłem rytmem dwudziestoczterogodzinnym. Przesiedziałem kilka godzin, czuwając, gdy Ewa spała. Swoją wartę odczekałem, o niczym nie myśląc, aby nie potęgować niepokoju. Później role się odwróciły. Obudziłem się o poranku następnego dnia.
      Była czwarta godzina midoriańska. Do Mikołaja zostało kilkanaście kilometrów. W milczeniu dotarliśmy na szczyt góry. Rozczarowałem się, nie mogąc obejrzeć okolic; wierzchołek porastał las.
      Kontynuowaliśmy marsz znajomą ścieżką. Teren prawie się nie obniżał. W pewnym momencie drzewostan skończył się i wyszliśmy na niewielką polanę, otwierającą widok na południową dolinę. Tu i ówdzie bieliły się skały. Po prawej stronie jedna z nich osiągała kilkumetrową wysokość. Tuż za nią znajdowało się urwisko o nachyleniu nadającym się do sforsowania. Postanowiliśmy jednak nie schodzić tędy na dół, gdyż nie chcieliśmy forsować gęstych krzewów. Dolina u spodu rozciągała się na kilka kilometrów. Odbiornik wskazywał, że właśnie tam jest Mikołaj.
      — Longiuszu, chodź zobacz!
      Obróciłem się i ujrzałem nie widoczną dotąd drugą stronę wysokiej skały. Niewielki otwór prowadził do jej wnętrza.
      — Chyba nie zamierzamy tam wchodzić? — zapytałem.
      — Ścieżka prowadzi do środka — odpowiedziała Ewa.
      Sprawdziłem na nawigatorze ukształtowanie terenu. Wykrył, że pod nami znajduje się pusta przestrzeń, zapewne jaskinia. Czy łączyła się ona z doliną?
      Przy wejściu zobaczyłem wypaloną strzałkę wskazującą kierunek: do środka. Czy Mikołaj narysował ją, używając lasera?
      — Przypuszczam, że to jedyna droga — powiedziała Ewa i wskazała na strzałkę. — Mikołaj nią poszedł.
      — Więc idziemy — postanowiłem.
      Włączyliśmy latarki i zanurzyliśmy się w mrok podziemi. Początkowo korytarz wiódł nas na północ, wciąż obniżając się. Na szczęście spadek był dość łagodny, a tunel szeroki. Zrobiło się chłodniej. Kierunek nie zmieniał się. Po dwustu metrach nawigator wskazał głębokość czterdziestu metrów. I nagle znaleźliśmy się w pieczarze. Było z niej kilka wyjść. Jedno z nich, prowadzące na południowy wschód, oznaczono metalowymi znakami. Dostrzegłem tam również strzałkę Mikołaja.
      Zanim ruszyliśmy, nastała chwila ciszy. Słyszeliśmy odgłosy kapiącej wody. Niczym nie zakłócony dźwięk spadających kropel potęgował się z każdą sekundą aż osiągnął apogeum. Krzyknąłem, aby przerwać ten hałas. Nastąpiło głuche milczenie. Teraz krople jeszcze bardziej dały o sobie znać. Nie mogąc wytrzymać, ruszyliśmy do wskazanego korytarza. Wąskie odnogi przylegały do korytarza głównego. Zatrzymałem się, aby sprawdzić położenie. Zostało kilkaset metrów do spodu urwiska.
      Przez chwilę zdawało mi się, że dobiega mnie prawie nie dosłyszalny dla ucha dźwięk. Nie potrafiłem określić kierunku, skąd pochodził, lecz nie była to już woda. Przebyliśmy jeszcze dwieście metrów, po czym zatrzymaliśmy się. Napięcie rosło. Przeciągłe mruczenie, od czasu do czasu przerywane lub zmieniające ton wypełniło korytarze.
      Przerażona Ewa patrzyła na mnie i zdawała się prosić, abym coś uczynił. Przeszył mnie dreszcz. Zrozumiałem, że jeśli nie wyłączymy latarek, to beznadziejność sytuacji tylko wzrośnie. Ale jeśli wyłączymy…
      Poczęliśmy biec. Mknęliśmy co sił w nogach, gdy nagle kolana ugięły się pode mną, gdy usłyszałem stu decybelowy ryk. Zza naszych pleców dobiegł nas odgłos niezgrabnych, bardzo ciężkich kroków. Trzymając się za ręce, uciekaliśmy przed niebezpieczeństwem. Nagle o wiele głośniejszy, o wiele bliższy i niebywale koszmarny głos wypełnił wnętrze jaskini. Obejrzałem się za siebie. Patrzyła na nas para błyszczących ślepiów, siejąc grozę. Niekończący się ryk zmieszany z odgłosami niezwykle ciężkiego człapania zbliżał się do nas z każdą sekundą.
      Istoty rzuciły się z pędem w naszym kierunku. Cisnęliśmy wszystko, co nieśliśmy i biegliśmy prosto w stronę światła dziennego na wylocie z tunelu.
      Kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz, ze zdziwieniem stwierdziłem, że po potworach nie zostało śladu. Byliśmy uratowani. A w jaskini leżał porzucony przez nas sprzęt…
      Przed nami rozciągała się dolina, a za sobą mieliśmy nasze urwisko. Paręset metrów stąd na jego górnej krawędzi dopalało się ognisko.
      — Mikołaj!! — krzyknąłem.
      Echo poniosło moje słowa. Ponawiałem próby. Nie doszły do skutku. A więc należało ponownie wspiąć się na stok podłużnej góry i przejść krótki odcinek na wschód. Odrzuciłem myśl o powrocie do jamy, do siedziby hałaśliwych stworzeń.
      Zaczęliśmy szukać dogodnego wejścia na stok. Dręczyły mnie wyrzuty. Całe to forsowanie jaskini na nic. Dlaczego nie opanowałem się wtedy na tyle, by nie wyrzucać „Dendrytu”? Tak łatwo go zdobyłem i tak nagle straciłem.
      Dotarliśmy do dość szerokiej ścieżki prowadzącej na wschód, równoległej do doliny, stopniowo wznoszącej się po zboczu. Wstąpiliśmy na nią i od razu dostrzegliśmy strzałkę. Po lewej jej stronie piętrzyła się naga pionowa skała, po prawej ziała przepaść. Czyli jednak podążaliśmy we właściwym kierunku, choć szlak mocno kluczył.
      Środkiem naszej drogi spływała struga wodna. Czterysta metrów na południe, równolegle do nas, ciągnęła się kilkusetmetrowej długości i kilkunastometrowej wysokości wydma. Zwróciła moją uwagę, gdyż dostrzegłem na niej jakiś ruch. Uważnie obserwowałem, czekając na powtórkę. Przez ten czas dotarliśmy do miejsca, w którym woda wypływała ze skały. Droga znacznie się zwężała.
      Zatrzymałem się, ponownie zobaczywszy ruch na wydmie. Patrzyłem przez chwilę, ale znów nic się nie działo. Nad naszymi głowami przeleciał ptak. Odruchowo odprowadziliśmy go wzrokiem na drzewo, na którym wylądował. Potem wróciliśmy do wcześniejszych obserwacji.
      Ujrzałem jakieś stworzenie. Po chwili znikło za załamaniem wydmy… Wysokie na półtora metra, całkowicie pokryte brązowymi włosami sięgającymi od jego stóp do głowy, bez twarzy i kończyn, być może niewidocznych… Humanoid… Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Zdziwienie przemogło strach.
      Ewa chwyciła mnie za ramię. Pod naszym urwiskiem właśnie przechodziły dwa takie osobniki. Kim byli? Prawdziwymi mieszkańcami planety? Zmutowanymi ludźmi?
      — Patrz, on ma oczy! — krzyknęła Ewa, wskazując na jednego z nich. Faktycznie, ale to nie były oczy. Mimo iż leżały w odpowiednim miejscu, okazały się tylko okrągłymi żółtymi odbarwieniami włosów.
      Stwory znikły z pola widzenia. Być może wstąpiły do jakiejś szczeliny i już więcej się nie pojawiły.
      — Dziwna planeta…
      Staliśmy tak i coś sprawiło, że chwyciliśmy się za ręce. Patrzyliśmy na siebie pełnym fascynacji wzrokiem. Silne uczucie pociągało nas ku sobie. Przytuliłem Ewę do siebie. Wtem na naszą ścieżkę spadł kamień. Puściliśmy się z objęcia i spojrzeliśmy wzwyż. Okazało się, że znany nam ptak usiadł na szczycie przepaści i wytrącił ku nam odłamek skalny. Chwilowa namiętność zastąpiona została romantycznym milczeniem.
      Dotarliśmy do ogniska. Osiągnęliśmy szczyt długiej góry, znajdujący się kilkaset metrów nad równiną. Z trzech stron ziała niemal pionowa przepaść, jedynie część zachodnia opadała stopniowo.
      Widok na północ, południe i wschód fascynował. Doliny, wzgórza, lasy. Daleko na wschodzie ujrzeliśmy dym; prawdopodobnie znajdowała się tam miejscowość. Lecz należało skupić się na odnalezieniu Mikołaja. Poczęliśmy dokładnie przeszukiwać cały dziesięcioarowy obszar wierzchołka. Podszedłem do wschodniego stoku i zerknąłem na dół. Do koron drzew dzieliło mnie dwieście metrów.
      Spojrzałem na Ewę. Pociągała mnie jej osoba. Marzyłem o tym, aby móc związać się z nią na zawsze. Wyobrażałem sobie wspólną przyszłość. W jaki sposób dane nam będzie się pobrać, skoro nie ma już Ziemi? Może wystarczy tylko świadek? Gdzie się podziała religia mojego dzieciństwa? Czy sam przywiązywałem do niej taką uwagę jak Mikołaj? Czy już nie ma poza nami jej wyznawców? I kapłanów? Czy Kościół przestał istnieć? A może już teraz pozwolić sobie na…
      Nagle zachwiana równowaga przesunęła środek ciężkości mojego ciała. Próbowałem ją utrzymać całym swoim wysiłkiem. Pośliznąłem się i począłem upadać.
      W przepaść!!! Strach przed śmiercią ścisnął mój żołądek. Przez skroń przepływała gorąca krew. Widok przed oczyma nabrał złowrogich rysów. W ułamku sekundy przeszły przez umysł dziesiątki myśli. Teraz umrę… teraz umrę… teraz umrę… Nic zdziałać, nic począć, nic zmienić! Bez szans. Jeszcze przez moment będę żył, zostało jeszcze parę sekund życia! Życie, to cudowne życie… Lot w dół nie chce się skończyć. Słabsza grawitacja. Najgorsze uczucie to brak gruntu pod nogami. Sekunda! Widać drzewa, tu zginę! Tu zginę! Tak mało czasu! Pół sekundy. Nie… nie… nie!!!
      Kontakt. Lecę w liściach. Długo. Zaraz uderzę w gałąź. Moje ciało złamie się, kręgosłup wykręci, będę dygotał, zanim stanę się bezużytecznym denatem. Wstyd kruchości ciała przewyższy uczucie lęku. Wstyd marności, wstyd jałowego, grzesznego życia.
      Pusta przestrzeń. Spadam wolniej, ale na tyle szybko, że śmiertelnie. Nad głową gałęzie. Tam myślałem jeszcze o tym, co będzie teraz. A tu już jest wszystko jedno. Odejdę… odejdę… odejdę… Ale czy odpocznę…?
       Uderzyłem w coś twardego i zleciałem bokiem tego czegoś na ziemię. Potoczyłem się parę metrów. Ta ostatnia widowiskowa chwila. Zwolniłem i zatrzymałem się. Skończyło się. To już teraz. Ból, ból!!! Kręgosłupa… Odchodziłem, poznając, jak się umiera. Żyjący tego nie znają. Już wiedziałem, jak to jest. Wiedziałem. Wie – działe… m… Gyylnidnaijii

       

     

IV
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział V
VI