V
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział VI
VII

     VI
     

      Na pół na jawie, na pół we śnie, egzystowałem. Jakieś niewyraźne samo-istniejące twarze, światło. Absolutny chaos w mózgu. Niewyraźne głosy ludzkie nieustalonego pochodzenia. Bolesne ukłucia na plecach. Zawroty głowy. Zdawało się, że żyłem. Próbowałem złożyć myśli. Przeciągły ból przemawiał za jawą, ale wszystko inne wskazywało, że nadal śnię. Zaraz po odczuciu na sobie pewnego bardzo nieprzyjemnego zewnętrznego promieniowania straciłem przytomność.

      *
      Pierwsze, co ujrzałem po przebudzeniu, to własną twarz odbijającą się w lustrze wodnym. Leżałem na brzuchu z głową uniesioną nad niewielką kałużą. Cztery potężne blizny na czole i policzkach szpeciły mój wizerunek. Urwana dolna warga udowadniała mi, że pod tkanką miękką u człowieka występuje szkielet kostny. Łzy spłynęły mi po policzkach. Przy kontakcie z blizną wyzwoliły ból. To przebrało miarę wytrzymałości psychicznej. Wytężając wszystkie siły, podniosłem się z wielkim bólem w kręgosłupie. Poczułem też brak wielu zębów w szczęce. Krzyk wydobyty z mojej krtani przestraszyłby mieszkańca midoriańskich czeluści. Dlaczego jeszcze przed chwilą spacerowałem po ziemskim raju z Ewą, a teraz spojrzałem śmierci w oczy? Czy moje życie będzie już tylko wypełnione oczekiwaniem na zgon ciała? A mój wygląd będzie przypominał innym o śmierci…
     
Walczyłem z samobójczą myślą zanurzenia nosa w kałuży. Jednak to, co uczyniłbym, oznaczałoby przegraną.
      W tej chwili zrozumiałem sens dalszego działania. Zrozumiałem, jaka odpowiedzialność na mnie ciążyła. Należało unieszkodliwić to coś, co zniszczyło trzy, a może, licząc bezwzględnie, cztery światy: Ziemię, Targ, Dedro i Kuns, a teraz próbowało zabić i mnie. Ale czy poślizgnięcie się na śliskiej skale było winą owej Istoty? Raczej nie. Los nigdy nie jest z góry zdeterminowany. Nie tylko Bóg, który zna przyszłość, lecz my, jego twory, wpływamy nań według naszego zamysłu mającego ujście w czynach. Posiadamy wolną wolę. Nie jesteśmy oszukani tym, że każdy nasz względnie swobodny ruch jest przez Niego bezwzględnie kierowany a nam się tylko wydaje, że zależy od nas. Nasz atrybut wyboru istnieje, sam współkształtując przyszłość, a On tylko nadzoruje nasze poczynania nie tylko w teraźniejszości i przeszłości, ale także w przyszłości, gdyż On istnieje poza czasem. Przypuszczana przez nas przyszłość jest dla Niego faktem dokonanym przez nas i Jego wolę. Bóg w danej chwili nie tylko jest ponad każdym miejscem, ale i ponad każdą chwilą, gdyż nasz cztero- czy nawet dziesięciowymiarowy Wszechświat jest wobec Jego wszechwiedzy jakby punktem! Jego znajomość naszej przyszłości nie powoduje, że on Sam dokonuje za nas wszystkich wyborów, gdyż oznaczałoby to taką ingerencję w naszą wolną wolę, że przestałaby już być wolna. Mając nieustannie manipulowane poczynania, każdy człowiek czyniłby tylko dobrze ale nie miałby żadnej w tym zasługi, gdyż istnieje ona tylko wtedy, gdy osobiście podejmujemy decyzje moralne. A czy Bóg nie ingeruje w nasze życie? Nie pomaga nam z własnej woli? Nie objawiał się ludziom? To jest pewna formna ingerencji! Dobrej ingerencji. Pozostawiającej nam nadal olbrzymią swobodę, w ramach której możemy realizować nasze wybory, będąc otwartymi na poznanie Jego Osoby. Jego działanie i nauki, które przekazał ludzkości sprawiają, że stajemy się bardziej wolni od tego, co ograniczałoby nasze wybory, czyli od niewiedzy, przywiązania do zła i nieuporządkowanych emocji.
      Straciwszy prawie kontakt z rzeczywistością, leżałem z głową zanurzoną w wodzie. Nie zauważyłem, kiedy to się stało. Zrealizowała się czyjaś „ingerencja”. Umierałem. Ale teraz nie chciałem już tego. Lecz wiedziałem, że skoro On w Swej Opatrzności wpływa na rzeczywistość, to może zaplanował również uwolnienie mnie! Widać, było to prawdą, gdyż ktoś nagle wyciągnął mnie z kałuży. Zemdlałem na jego rękach, ale nadal żyłem.
      *
      Ocknąłem się. Siedziałem w dużej grocie z dziurą w suficie, przez którą wpadało światło. Naprzeciwko mnie Ewa rozmawiała z nieznajomym poprzez urządzenie tłumaczące. Obok nich leżał nasz ekwipunek. Doznałem ulgi, ujrzawszy tam „Dendryt”. Cieszyłem się z takiego obrotu rzeczy, ale przypomniałem sobie o moim nieszczęściu.
      — Obudził się — powiedział nieznajomy.
      Ewa podeszła do mnie. Myślałem, że rzuci mi się w ramiona. Przystanęła. Ledwo powstrzymałem się przed łzami. Spytała towarzysza, czy może mnie dotknąć. Ten potwierdził. Nie spoglądając mi w twarz, położyła swą głowę na mojej piersi. Kiedy uspokoiłem się, usiedli oboje przede mną.
      — Wiesz, co ci się przydarzyło? — spytał tamten.
      — Wiem — odpowiedziałem na pół ironicznie, nie znając jego intencji.
      — Wybacz, że o to pytam; nie przedstawiłem się jeszcze. Jestem Midoriańczykiem, zamieszkującym te okolice od urodzenia, podobnie jak wszyscy moi przodkowie. Na imię mi Pelen. Nie musisz się przedstawiać. Wiem o tobie bardzo dużo. Moi przodkowie przywołali cię tu…
      — Chciałbym dowiedzieć się — przerwałem mu — czy jestem w stanie chodzić, czy to, co widać u mnie z zewnątrz, to jedyne obrażenia, jakie zostały.
      — Tak.
      — Dobre i to. Jak mnie znalazłeś?
      — Wyczułem obecność „Dendrytu”, który leżał w zejściu do doliny. Nie powinniście tam byli wstępować. Od czasu, kiedy osiedliły się tam hałaśliwe stwory, tylko ja potrafię tamtędy bezpiecznie przechodzić. Wspomagany Urządzeniem, odnalazłem Ewę i ciebie. Żałuję, że wezwałem cię przez sen, zamiast samemu iść do was, ale stało się już. Zanieśliśmy twe uszkodzone ciało do jaskini, gdzie wyleczyliśmy je za pomocą „Dendrytu”. Ty sam o mało nie obróciłeś w nicość naszej pomocy, gdy dusiłeś się w wodzie; myślę, że wiesz, o czym mówię.
      — Dziękuje za pomoc. Dlaczego nas wezwałeś?
      — Jestem przekonany, że wielu rzeczy domyślasz się sam. Z relacji Ewy wynika, że wiesz więcej ode mnie. Chcę wam tylko podpowiedzieć, co powinniście dalej czynić. Myślicie zapewne, że zmarnowałem wasz czas, usiłując przekazać wam to, czego domyślaliście się już wcześniej. Ale mam coś do dodania. To, że Istota musi zostać zabita, zdążyłeś pojąć już na Dedro. Ale istnieje coś więcej niż tylko Ona. Inna wroga siła, obecna przy was, ale nie pozwalająca określić swego położenia. Być może nawet sam „Dendryt”. Odradzałbym jego użycia w starciu z Istotą.
      — To wszystko, co miałeś mi do powiedzenia? — spytałem rozczarowany.
      — Tak. Nie denerwuj się, te informacje są bardzo ważne.
      — „Dendryt”?
      — Nie wiem, czy to on. Ale podejrzewam, że coś jest nie tak, a to jedyna rzecz, która mogłaby zabić kilkunastu ludzi – moich przodków, tak jak „Neuron” zniszczył Dedro.
      — „Neuron” tylko pośrednio zabił, przecież kierowała nim ta Istota! A co to za incydent z tymi ludźmi?
      — Nie wiadomo dokładnie, zdarzyło się to tak dawno. Ale podobno usiłowali wezwać cię już wtedy, ale coś ich zabiło. Przeżył tylko jeden, mój przodek z linii prostej, który tuż przed zdarzeniem opuścił ich klan.
      — Gdzie jest Istota? — wtrąciła Ewa.
      — Na pewno nie na Midoriuszu — odpowiedział Pelen. — W Jedynce albo w Dwójce. Raczej ta druga możliwość.
      — A oprócz Niej co jest jeszcze w Gammie II? — spytałem.
      — Niewątpliwie najstarsze skolonizowane ciało niebieskie. Przyjęła nazwę Gamma, więc stąd Gammy I, II, III, IV i V. Początkowo nazywano tak planety, a potem przeszło to na ich słońca. Nic więcej nie wiem; mam ograniczoną wiedzę historyczną. Ale mogę opowiedzieć jeszcze dzieje „Aksonu” i „Neuronu”.
      — Mów.
      — Pierwszy z nich został przypuszczalnie przeniesiony z Dwójki na Kuns, podczas osiedlania Piątki. Będąc prawdopodobnie pod wpływem Istoty, stał się narzędziem zła w rękach przodków Rindoka. Dążyli nie tyle do wyzwolenia spod wpływów mutacji, co do zagłady znienawidzonej Targ. Natomiast „Neuron” wyrzucono z Trójki, gdyż mieszkańcy Midoriusza nie życzyli sobie jego obecności. Mój klan wysłał go do Piątki, aby na powrót przejął „Akson”. Z tego, co wiem od Ewy, zaopiekowali się nim Derianie, umieszczając go na planecie Lód, gdzie na ciebie czekał. Stan rzeczy widocznie się zmienił i gdy przybyłeś, sami przekazali tobie „Neuryt” i wydarzenia w Gammie V przebiegły inaczej. To jego wykorzystałeś do pokonania Rindoka, a „Neuron” do pomocy Derianom. „Dendryt” zaś, będący wtedy w posiadaniu Targan, służy teraz zupełnie innym celom. W każdym bądź razie miałeś szanse zatknąć się z czterema Urządzeniami z czterech układów Gammy. Wszystkie cztery wraz z ich właścicielami czekały na ciebie bądź Ewę.
      — Dlaczego tylko cztery, a nie pięć?
      — Ziemi nie kolonizowano, a inne światy tak. W każdym nowym po jednym Urządzeniu.
      Nastała cisza. Nie miałem więcej pytań. Wstałem i podszedłem do „Dendrytu”.
      — Nie działa — powiedział Pelen. — Nie radzi sobie z wilgocią. Dopiero na powierzchni będzie można go używać.
      — Kiepska konstrukcja zewnętrzna, w przeciwieństwie do właściwości wewnętrznych. Co z Mikołajem?
      — Nie wiemy, gdzie jest. Odszedł z tych terenów. Nie mamy jak odebrać sygnału.
      — Kto więc rozpalił ognisko?
      — Być może Włochacze.
      — To te bezokie stworzenia? Kim one naprawdę są?
      — To zwierzęta nieco inteligentniejsze od waszych małp. Potrafią krzesać ogień i rzucać kamieniami do ptaków.
      — Czy to są ssaki?
      — Nie, ssakami nie są. Nie znam się na biologii, ale wiem, że nie łączy nas żadne pokrewieństwo. Żyją tu od zarania dziejów, zanim my, ludzie, osiedliliśmy się wśród nich.
      — A w jaki sposób widzą?
      — Jeśli chodzi o oczy, przykryte są włosami. Kiedy są im bardziej potrzebne, wysuwają się spod nich. Ale dlaczego interesują cię coś, co wkrótce wymrze? To endemit i relikt. Szkoda czasu na rozmowę na temat fauny Midoriusza. Są ważniejsze sprawy niż badanie przyrody. Trzeba uratować świat przed Istotą.
      — Czy twój pogląd na świat ogranicza się tylko do Urządzeń? Czy interesuje cię tylko walka z wrogiem? Zachowujesz się jak Derianin z Lodu.
      — Poświęciłem całe życie na czuwanie. Przodkowie moi oczekiwali twego przybycia, a ty nie potrafisz tego docenić. Twoja przyjaciółka inaczej, ona podziękowała za moją pomoc dla ciebie.
      — Przez to, że mnie tu wezwałeś, odniosłem poważną szkodę na zdrowiu. Naraziłeś nas. Mogłeś sam się do nas pofatygować.
      Nie odpowiedział.
      — Co teraz? — spytała Ewa.
      — Lecimy do Dwójki — odpowiedział Pelen.
      — Cóż innego nam zostało — powiedziałem z nie ukrywaną ironią.
      — Posiadacie statek, prawda? Musieliście czymś przylecieć.
      — Przydarzyła nam się katastrofa.
      — Awaria?
      — Nie, coś gorszego. Jeden ze statków spalił się w atmosferze, a drugi został zainfekowany przez wirusa, który zabił jednego z członków załogi; dwóch pozostałych zdołało uciec. Nie mówiłaś mu o tym?
      — Dotarłam do momentu, kiedy wybieraliśmy się na Trójkę.
      — To teraz już wszystko wiesz, Midoriańczyku. Czy odbiornik działa? — zmieniłem temat, tchnięty pewną ideą.
      — Cała aparatura została zniszczona — powiedział Pelen. — Jedynie „Dendryt” i kolczyki tłumaczące udało się uratować.
      — Może Mikołaj wrócił do promu? — zasugerowała Ewa.
      — Albo poszedł do miasteczka — stwierdził Pelen.
      — Musimy się wobec tego rozdzielić — zawyrokowałem. — Dwie osoby pójdą tu, a jedna tam. Czy łatwo się idzie dalej na wschód?
      — Tak. Jesteśmy 4 km od zabudowań. Droga prosta i bezpieczna. Używamy ją od dawna, aby utrzymywać kontakt ze światem cywilizowanym.
      Istniało prawdopodobieństwo, że Mikołaj dotarł i tam ale mógł też zawrócić, aby nas za bardzo nie niepokoić. Ze względu na niebezpieczeństwa czyhające w drodze powrotnej, musiały nią pójść dwie osoby.
      — Ja idę do miejscowości — zdecydowałem. — Będę z wami w kontakcie dzięki Urządzeniu.
      — Nie zabierzesz mnie ze sobą? — spytała Ewa.
      — You'd better go with Midorian to the shuttle. If Nicolas saw him alone they may not trust each other. I don’t think he will hurt you. He hasn’t till now. And you’ll be safer in the shuttle than in the town I think.
     
— Ok., I’ll do what you've proposed — zgodziła się.

       

     

V
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział VI
VII