VI
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział VII
VIII

     VII
     

      Wyposażony w „Dendryt”, wkraczałem do miejscowości. Tu i ówdzie na niewielkiej równinie stały przeróżne budynki. Wszedłem do osiedla od strony zachodniej, co wzbudziło ciekawość miejscowych. Otoczyli mnie i zadawali pytania, przeważnie dotyczące mojej osoby. Nie mogłem nic im odpowiedzieć, więc zdjąłem z uszu kolczyki i na migi wyjaśniłem im, w czym leży problem. Nie wiedziałem, czy zrozumieli, ale wykazali wyraźne zainteresowanie. Aby upewnić się, czy pojęli, o co mi chodzi, spróbowałem na powrót je założyć, lecz oni poruszyli głowami. Przekazałem im je, a oni dokądś je zanieśli. Ci, którzy zostali, kazali mi poczekać na tamtych. Przez cały czas milczeli, z podziwem patrząc na moje kalectwo. Unikałem ich spojrzeń. Tamci wrócili i oddali mi z powrotem rekwizyt, który natychmiast założyłem z powrotem na ucho.
      — Możesz już do nas mówić, rozumiemy cię.
      Dwaj mężczyźni trzymali w rękach sprzęt służący do tłumaczenia, mający wygląd zwykłych głośników.
      — Więc mówisz, że potrzebujesz pomocy? Chodź z nami, zbadamy stan twojego zdrowia. Jak daleko stąd znajduje się twój lądownik?
      Najwyraźniej domyślili się, że nie jestem z Midoriusza; poznali to po języku zapisanym w tłumaczu. Powiedziałem najgłupszą rzecz, jaka przyszła mi wtedy na myśl:
      — Jestem nietutejszy.
      Wybuchli śmiechem, po czym jeden z nich, niższy od pozostałych i w podeszłym wieku, zapytał:
      — Targanin?
      — Nie… — odpowiedziałem, po czym, zrozumiawszy swój błąd, spróbowałem uratować sytuację: — …przyleciałem tu przed kilkoma dniami. Mój prom rozbił się.
      — Ale Targanin, tak?
      — Tak.
      — Dawno nikt nas nie odwiedzał. Zapomnieli już o nas. Pozwól, że się przedstawię. Na imię mi Gublen. Jestem medykiem. Co ci się stało w twarz? Rozbiłeś się przy przepaściach?
      — Spadłem z urwiska. Pośliznąłem się. A mój prom jest na północnym zachodzie.
      Wchodziliśmy właśnie do budynku. Tłum gapiów rozszedł się, tylko kilku wstąpiło za nami. Po przejściu przez przedsionek z podwójnymi szklanymi drzwiami znaleźliśmy się na długim, prostopadłym do wejścia korytarzu. Skręciliśmy w milczeniu w prawo i, pokonując krótki odcinek, weszliśmy do pokoju, będącego gabinetem lekarskim.
      — Usiądź na fotelu.
      Usłuchałem. Przez dwadzieścia minut poddawano mnie szczegółowym badaniom.
      — Jesteś wyczerpany. Potrzebujesz kilku dni odpoczynku. Możecie wyjść! — Gublen zwrócił się do pozostałych. — Tylko zostawcie translator.
      Kiedy opuścili pomieszczenie, zadał mi pytanie:
      — Czy samemu znasz się na biologii lub medycynie?
      — Nie.
      — Potrzebny mi ktoś taki. Muszę przeprowadzić pewien eksperyment.
      Nie odzywając się więcej, ułożyłem się na łóżku.
      Usiłowałem usnąć, ale nie mogłem. Otwartymi oczyma patrzyłem w sufit. Zapytać o Mikołaja czy nie? Może jeszcze nie teraz. Promienie zachodzącego słońca wpadały przez jedyne okno, pod którym pracował Gublen. Odwrócony do mnie plecami pisał coś, oparty łokciami o biurko. Skoro mieliśmy właśnie zmierzch, to przyjaciel nie wyruszy teraz z miejscowości. Rano zapytam o niego.
      Białe ściany kontrastowały z czarną aparaturą. Z sufitu zwisały dwie lampy. W powietrzu unosił się zapach leków i preparatów, stwarzając apteczny nastrój. Półki ze słoikami, w których pływały różne narządy wewnętrzne i jakieś stworzenia, wskazywały, że ich właściciel był naukowcem. Czym się zajmował? Podniosłem się na łokciach, aby dokładniej obejrzeć pomieszczenie. Poza kolejnym rzędem mięsistych rekwizytów nie znajdowało się tu nic innego godnego uwagi. Starzec jęknął, po czym począł kaszleć. Wstał i sięgnął po jeden ze słoików. Niechcący wypuścił go z ręki a ten roztrzaskał się, rozlawszy swą zawartość po podłodze.
      — A niech to zaraza! — krzyknął za złością, po czym zabrał się do sprzątania. — Jeśli te ścierwa nas zaatakują, to… — urwał, zatrzymując wzrok na mnie. — Nie zwracaj uwagi na moją paplaninę.
      Wtem odskoczył od żyjątka, bowiem dostało konwulsji. Biała piana, która wydobyła się z jego skóry, wyraźnie przeraziła Gublena. Rzucił się do biurka po przyrząd, wyglądający jak pistolet. Z lufy wydobył się biały gaz, wymierzony w dogorywającą istotkę.
      — Nie powinna! Nie powinna! To jest wokół nas! Wszędzie! Stężenie stale wzrasta! Zabije wszystkich!! Nie oszczędzi nikogo!!! — prawie rycząc, wybiegł z pokoju. Biała para okazała się środkiem usypiająco-dezynfekującym. Chciałem wstać, ale opary zwyciężyły mój wysiłek. Zasypiając, zastanawiałem się, o co biologowi chodziło. Czy to gaz usypiający miał nas wszystkich pozabijać? Czy może to żyjątko? Ależ ono zdechło z jakiegoś powodu. Jeżeli mówił o stężeniu, to może miał na myśli roztwór cieczy, w której pływało. Wtedy jednak nie mogłoby uśmiercić nas wszystkich. To coś… to coś… musiało być… w pokoju.
      Tracąc kontakt z rzeczywistością, nie mogłem już myśleć. W ostatnim przejawie świadomości skojarzyłem zabójczy środek z powietrzem. Zasnąłem w stanie dogasającego przerażenia czymś, co niedawno zostało zanotowane w mojej pamięci.

      *
      Pomarańczowo-czerwone światło wypełniało gabinet. Był środek nocy. Na podłodze zalegała piana, produkowana nieustannie przez stale rosnącego potworka. Podniosłem się z posłania. Gdzie moje ubranie? Nie udało mi się otworzyć zamkniętych drzwi. Żyjątka w słoikach tłukły się, przylegając do szybek. Zdawało mi się nawet, że wołały o ratunek. Zza ścian dobiegały wrzaski ludzi. W całym budynku panowało ogólne zamieszanie.
      Nadepnąłem na zwierzątko. Podniosłem nogę ze wstrętem. Tuż przed moją twarzą leżały słoiki. Kilka par czarnych oczek patrzyło na mnie. Miniaturowi Włochacze? Tak… Pokrywka jednego z pojemników uniosła się i wychyliła się przezeń mała główka. Jednym machnięciem ręki strąciłem wszystkie te rekwizyty z półki. Włochaczątka zaczęły wydzielać pianę powoli wypełniającą cały pokój. Brodząc w niej po kolana podszedłem do lustra. Na moim nagim brzuchu pojawiła się długa na pół metra rana. Rozwierała się, odklejając skórę zakrywającą wnętrzności. Nie wypływała krew, bo wszystko natychmiast zasychało. Usiłowałem przykleić ją z powrotem do ciała. Nagle z mojej głowy zaczęły znikać tkanki, odsłaniając czaszkę. Płat skóry na brzuchu rogowaciał. Zamieniony w skorupę, kruszył się. Wewnątrz ciała działo się coś niesamowitego. Miejsce normalnych ludzkich narządów wypełniał mózg, który pęczniał i pęczniał, próbując mnie rozsadzić. Włochaczątka wrzeszczały z ziemi: „To twoje zdolności umysłowe! To mózg stworzony właśnie do nich! Doigrałeś się! Cha…!”
      Zajrzałem do notatek naukowca. Ujrzałem napis po polsku: „Tutaj umrzesz”. Odwróciłem się. Przede mną stało kilku dużych Włochaczy. Spod żółtych plam na głowie wyłaziły oczy. Trzymane były w dłoniach. Nie patrzyły na mnie zbyt długo, gdyż po kolei eksplodowały. Biała piana lała się strumieniami. Nawet mój mózg w brzuchu wymiotował galaretą. Jasny płyn lał mi się z nosa, ust, uszu, spod paznokci, zewsząd.
      — To endoplazmoza! — wrzeszczały stworzenia. — Wszyscy na to umrzemy! Cha…!

      *
      Minęło kilkanaście sekund, zanim zorientowałem się, gdzie jestem. Szarość świtu oświetlała pokój. Wszystko stało na swoim miejscu. Na podłodze leżało wyschnięte ciało istotki. Więc był to tylko sen. Drzwi stały otworem tak, jak je zostawił Gublen.
      Podniosłem jeden z głośników i wyszedłem z nim na korytarz. Zawołałem jednego z obecnych tam Midoriańczyków, aby mi pomógł. Usłuchał. Kazałem mu przeczytać notatki lekarza. Oznajmił, że to naruszenie prywatności, ale zgodził się, gdy pokazałem mu stłuczony słoik.
      — Czytam: „Aktualnie stężenie wirusa wynosi 75%. Brak jakichkolwiek objawów u prymitywniejszych organizmów. Zbadane wzgórza na południu. 76%. Godzina szósta. U nas 76%, a na południu 77%. Znikły owady. Hipoteza. Przy względnych 100% zaatakowanie…”
      Nie dokończył. Rzucił notatki i wybiegł za drzwi. Chwyciłem pistolet gazowy i pobiegłem za nim. Gdy go dogoniłem, poddał się.
      — „…człowieka. Przy 80% infekcja u Harderfa.”
      — Co to takiego Harderf? — zapytałem.
      — To taki drapieżnik. Mieszka na południu. Przenosi choroby. Czytam dalej: „Wykonuję eksperyment. Preparat nr 4. Prawdopodobieństwo zaatakowania: 94%.” Tu kończą się notatki. Ja… ja widziałem Harderfa dzi… dzisiaj w wiosce — jąkał się. — Uciekajmy stąd! One tu nigdy nie przychodzą! Coś się dzieje! Puść mnie!!
      Spełniłem jego prośbę.
      Zostałem sam. Ile teraz wynosiło stężenie wirusa w powietrzu? Na biurku leżał przyrząd, którego wyświetlacz wskazywał dwie identyczne cyfry, jeżeli nimi były. 88? Może… albo… Nie, nie mogło mi to nawet przez myśl przejść. Gdzie się udać? Na północ? A jeśli wzrost stężenia nie ustanie? „„Dendrycie”, działasz?” Cisza. Nie jestem w stanie nawet ostrzec przyjaciół.
      Midoriańczyk właśnie wybiegł z budynku. On na pewno wie, gdzie się schronić. Może nawet posiadają jakiś samolot.
      Wskoczyłem do gabinetu i zabrałem ze stołu wskaźnik. Kiedy podnosiłem go z biurka, zobaczyłem za oknem małe stworzenie na ulicy. Nie dojrzałem szczegółów, gdyż budynek, w którym przebywałem, rzucał na nie cień.
      Rzuciłem się do ucieczki. Zbliżając się do szklanych drzwi przeanalizowałem najgorsze z możliwych wersji wydarzeń. Przypuszczenia urzeczywistniły się. Przez szklane wejście zobaczyłem biegnącego z powrotem pracownika medycznego. Otworzył pierwsze drzwi. W tym momencie pojawiło się goniące go stworzenie – teraz nie miałem wątpliwości, że to Harderf.
      Skoczył tamtemu na plecy. Polała się krew. Zaatakowany upadł na podłogę. Dostał drgawek. Z paszczy potwora sączyła się biała piana. Midoriańczyk drgającą ręką chwycił za klamkę od drugich drzwi. Nie czekając na dalszy bieg wypadków, zawróciłem ponownie do gabinetu. Okna otworzyć się nie dało. Należało więc opuścić pokój. Ale na zewnątrz grasował Harderf. Widziałem, jak przemierzył korytarz. Na chwilę droga stała się wolna. Odbezpieczywszy pistolet, spróbowałem ucieczki. Znalazłem się między wejściem do budynku a napastnikiem. Ten zauważył mnie i zawrócił. Ciągnąc po podłodze swój długi ogonotułów zostawiał za sobą biały ślad. Sprawne nóżki radziły sobie z lokomocją bez zarzutów. Potrafił dogonić człowieka.
       
      Kiedy znalazłem się przed wejściem, nacisnąłem spust. Strumień dezynfekującego gazu uderzył w podłogę, gdzie leżała niedawna ofiara drapieżnika. Zatkałem nos, wziąłem rozpęd i wciąż celując w dół przeskoczyłem martwe już ciało. Zostawiłem za sobą zamknięte drzwi. Odetchnąłem z ulgą. Pół biegiem ruszyłem w lewo, tam, gdzie wcześniej uciekał Midoriańczyk. Wtem dobiegł mnie odgłos tłuczonej szyby. Nie oglądając się za siebie, przyspieszyłem. Biegnąc jak najszybciej, mogłem ujść z życiem.
      Znalazłem się na skrzyżowaniu. Droga na wprost prowadziła do lasu. Gdybym skręcił na południe, mógłbym po jakimś czasie zachorować. Wybrałem więc kierunek na północ.
      Po stu metrach spojrzałem za siebie. Tak, ścigał mnie. Wydawał się być wolniejszy.
      Po bokach mieliśmy wysoki płot, a za nim mieściły się ogrody. Kolejny raz droga krzyżowała się kilometr dalej, a mnie zaczęło powoli ubywać sił.
      Wytrwałem do końca. Harderf został daleko w tyle, ale wciąż posuwał się naprzód. Na północy i zachodzie drogi skręcały do lasu. Tam mógłbym się ukryć. Tylko jak długo bym przeżył? Dla pewności obejrzałem się jeszcze na prawo. I pojawiło się tam coś, co mogło okazać się moim ratunkiem. Kolejne pół kilometra stąd mknął z południa na północ pojazd, wyglądający jak pociąg.
      Pobiegłem w tamtym kierunku. Zwolniłem tempa, gdyż poczułem zmęczenie. Znów znalazłem się wśród domów, ale na obrzeżach miejscowości. Nie myliłem się. To był pociąg. Stał już na stacji kilkaset metrów na północ.
      Okazało się, że Harderf przestał mnie ścigać. Uwolniony od konieczności ratowania siebie, przypomniałem sobie o Mikołaju. Jeżeli przebywał gdzieś tutaj, istniała szansa na ocalenie go. Czy zdążyłbym, zanim odjechałby pociąg? Spojrzałem na wskaźnik stężenia wirusa. Cyfry zmieniały się. Więc jest już od 90% do 100%. Cyfra jedności podskoczyła do następnej. Wybrałem rozwiązanie kompromisowe. Zapytać kogoś, kiedy odjeżdża pociąg i dokąd, a wtedy zadecydować o dalszym działaniu. Nie miałem przecież pewności, czy faktycznie mój przyjaciel przebywał w tych okolicach.
      Zbliżając się do stacji, obserwowałem wskaźnik. Współczynnik rósł, a ja poznawałem kolejne cyfry. Wszystko stawało się już jasne. Z przodu składu wyszedł Midoriańczyk. Nie zauważyłem, aby ktokolwiek inny opuścił wagony. Nikt też do nich nie wsiadał.
      Automatyczne zamykane drzwi czekały otworem. Podbiegłem do maszynisty. Spytałem go na migi, czy wszystko w porządku.
      — Niemowa? — spytał. Pokiwałem głową.
      — Dobrze, że przynamniej słyszysz. Pewnie chcesz wiedzieć, dokąd jedziemy. Dobrze. Do miasta stołecznego. Na północ. To jest pociąg ekspresowy. Bez żadnych przystanków. Chyba wiesz, że już odjeżdżamy? Decyduj się więc… Dziwne… Ciekawe, dlaczego nikt nie wysiada. Sprawdzę. Niedługo zamkną się hermetyczne drzwi i nie wejdę do kabiny. Nie wiem, po co wprowadzono tę hermetykę. My, kierowcy bolidów, przebywamy w szczelnie domkniętej puszce przez wiele długich godzin. Pociągam za dźwignię – i daję, przesuwam ją od siebie – i stop. I tak przez całe życie — mamrotał pod nosem, wracając do początku składu.
      Nagle przystanął, patrząc w stronę dworca. Zerknąłem na wskaźnik. Wydedukowałem 98%. Szybko wzrosło! Trzeba było ewakuować się do pociągu, do kabiny maszynisty. Szczelne ściany mogłyby nie przepuścić wirusa do wnętrza. Kiedy sam szedłem do miejsca własnego ratunku, kierowca nadal stał w bezruchu. Coś go tak zaciekawiło, że zapomniał o obowiązkach.
      — Co oni tu… co oni… nigdy tu nie… — bełkotał ze zdziwieniem.
      Popatrzyłem w stronę lasu rozciągającego się za dworcem. Zewsząd wychodzili Włochacze. Ich kolorowe włosy zlepiała piana, cieknąca im z miejsca, gdzie przypuszczalnie mieli głowę. Ich oczy, również pokryte pianą, wystawione były na zewnątrz. Niektórym z gałek tryskał czerwony płyn. Bardzo niskotonowe wycie zawracało w głowie. Takiego nieopisanego zawodzenia nie usłyszałby nikt w całym Wszechświecie. Wyciskało łzy. Czasem dźwięk podnosił się, aby po chwili się urwać. Wtedy któryś z nich padał.
      Maszynista również krzyczał. Przerażony, oddalał się od pociągu. Jego głos dołączył do pozostałych. Zajrzałem przez okno do wagonu. Omal nie zwymiotowałem, widząc jego zawartość. To, co stało się z ludźmi. Przeciągły dźwięk z głośników informował, że drzwi za moment się zamkną.
      Wtem spod kół pociągu wyskoczył Harderf. Poleciał w stronę Midoriańczyka. Nie patrzyłem już na to, co się wydarzy. Wstąpiłem na drabinę prowadzącą do kabiny. I wtedy tuż spod moich nóg wyskoczył kolejny Harderf. Rzuciłem w niego wskaźnikiem stężenia. Chybiłem, a urządzenie zaklinowało się między szczeblami. W tej chwili drzwi zaczęły się zamykać. Zdążyłem wejść do środka przed potworem. Na zewnątrz zostały drapieżniki, kierowca z nimi walczący oraz lamentujące Włochacze, dające swym widokiem świadectwo o tym, co działo się już na wzgórzach. Świadectwo o losie moich przyjaciół. Świadectwo o śmierci, która zaczęła się jeszcze na orbicie.

       

     

VI
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział VII
VIII