VII
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział VIII
IX

     VIII
     

      Ruszyłem, pociągnąwszy za dźwignię. Miejscowość skończyła się szybko i wjechałem w las. Na razie byłem bezpieczny. Skupiałem się na oglądaniu widoku za oknem. Tor z betonowym podkładem, iglaste drzewa i kolor nieba nasuwał mi miłe wspomnienia z Ziemi.
      Po godzinie znudziło się patrzenie. Wstałem i począłem zwiedzać pomieszczenie. Zaglądałem też do bocznych okien. Jedno z nich było wypukłe i widziałem przezeń to, co znajdowało się pod spodem: wciąż działający wskaźnik stężenia. Jego aktualny odczyt wynosił 45%. Czy 100km od miejsca, gdzie występowało 98%, ilość wirusa uległa tak drastycznemu zmniejszeniu?
      Istniała inna możliwość. Po prostu stężenie podskoczyło, ponieważ otwarte zostały drzwi do wagonów, w których na pewno przekraczało 100%, a wtedy właśnie wyrównywało się z otoczeniem. Czy szansa na uratowanie Mikołaja została zmarnowana? Nie wiadomo. Ale powrót nie miał już sensu z powodu upływu czasu.
      Pomyślałem o jedzeniu. W kącie leżała rzucona przez kogoś kurtka. Mogło znajdować się tam drugie śniadanie. Powstrzymałem się jednak. Czy mógłbym bezpiecznie spożyć pokarm, pochodzący z południa? Ale dlaczego kierowca żył, a inni nie? Czy pociąg faktycznie jechał cały czas na północ, bez przystanku?
      Problem skażenia żywności rozwiał się, gdy jej w ogóle nie znalazłem. Usiadłem z powrotem na fotelu i znów bezmyślnie patrzyłem na monotonny krajobraz lasu. Przestało obchodzić mnie to, co stanie się z Ewą, Pelenem i Mikołajem. Wróciła do mnie myśl o konieczności kontynuowania walki z Istotą. Kiedy upajałem się dumą z powodu udanej ewakuacji, uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak z moim rozumowaniem. Przypomniawszy sobie rozważania nad sposobami postrzegania rzeczywistości, domyśliłem się, że powoli odstępowałem od naturalnej percepcji na rzecz tej związanej z obecnością Urządzenia.
      „Czy już działasz?” — spytałem „Dendryt”. Nie uzyskałem odpowiedzi. Widocznie dopiero co odzyskiwał sprawność. Postanowiłem przywrócić mojej świadomości naturalny, ludzki tok myślenia, zanim, nawiązawszy kontakt z „Dendrytem”, podległbym zmianie postrzegania. Miałem już pewność, że tylko przy tym normalnym zachowuję się w pełni jak człowiek.
      „Potrze… buj… ę… czas…” — usłyszałem w myślach komunikat Urządzenia. „Jeszcze… Jesz… cze… kilka… godzin.” „Zadziałaj choćby na chwilę” — poprosiłem. — „Musisz połączyć mnie z Ewą.” „Czekaj… czekaj… tu… pociąg… czek-aj… pocią… poć… poc… p… p… pffiii” — ostatnie słowo dało mi do zrozumienia, że dalsze próby nie mają żadnego sensu. Zostałem zdany na siebie. Jeżeli ekspansja wirusa się zatrzyma, być może, oprócz mnie, zostaną ocaleni także moi przyjaciele.
      Właśnie wyjeżdżałem z lasu. Przede mną roztaczał się wspaniały krajobraz wielkiej równiny. Daleko na horyzoncie widniała góra. Piękna zieleń, mieniąca się różnymi odcieniami, dawała jakby do zrozumienia, że tereny te nie zostaną nigdy dotknięte żadną katastrofą. Pełen dobrych nadziei podszedłem do okna i spojrzałem na wskaźnik. Cyfry budziły strach: sześćdziesiąt procent…
      Co się działo? Czy to drzewa zatrzymywały powietrze skażone wirusem? A może stężenie rosło parabolicznie, w najgorszym wypadku hiperbolicznie? Ale mogło jeszcze spaść. Najwyraźniej wirus nieustannie rozmnażał się na wolnym powietrzu!
      Pociągnąłem dźwignię do oporu. Przyspieszyłem do prędkości 200km/h. Postanowiłem po upływie pół godziny spojrzeć na wskaźnik, aby określić swoje szanse na przeżycie. Jak na razie na zewnątrz nie istniało większe zagrożenie w porównaniu do tego z miasteczka. Równina tętniła życiem. Sawał się odczuć absolutny spokój. Nie dostrzegałem żadnego niebezpieczeństwa. Do ostatniej chwili nikt z mieszkańców nie będzie uświadomiony, co się z nim stanie. To coś działa jak promieniowanie rakotwórcze. Niewidzialna śmierć.
      Nie chcąc myśleć o nieszczęściu, aby nie zacząć kontemplować losu przyjaciół, oczyściłem umysł z wszelkich przejawów egzystencji i, trwając w bezruchu jak manekin, patrzyłem przez szybę. Czułem, że mogę wybuchnąć. Oszaleć. Na razie zyskiwałem na czasie. Albo równie dobrze traciłem.
      Pustka w głowie. Pseudoszczęście. Samo dążenie. Bez jakiejkolwiek taktyki. Lecz mimo braku wyobrażeń moja wolna wola wciąż istnieje. Przejawy delikatnej aktywności czegoś najbardziej we mnie wewnętrznego. Krańcowo pierwotnego. Decydującego o strategii mojego działania. Maksymalnie podległe mojej woli… albowiem nią będące. Narzucające zadania poszczególnym ośrodkom mózgu. Moja świadomość nie jest z nim tożsama. Mózg jest tylko pomocą, narzędziem. Ja tkwię głębiej. Tam, gdzie nie dotrze Urządzenie. Poza fizycznym działaniem rzeczy. Na zewnątrz wszystkiego, co materialne. Tam, gdzie egzystuje dusza. O ile „tam” jest dobrym określeniem. Tak jak Bóg – jako duch – przebywa ponad materialnym światem.
      Jadę i widzę. Trawa, kwiaty, góra. Zbliżam się do niej. Jaka słodycz. Brak zmartwień. Lecz… W głębi siebie, „tam“, gdzie jest moja dusza, gorycz. Wyrzuty sumienia.
      Wjeżdżałem powoli na górę. Wysoką, długą. Jak okiem sięgnąć, tory prowadziły po jej wschodnim stoku. Odczekałem dziesięć minut. Teraz urwisko po lewej robiło się coraz bardziej strome, a po prawej powiększała się przepaść. Daleko na horyzoncie wznosiły się wzgórza. Podest, po którym jechał pociąg, rozszerzał się, aby, osiągnąwszy szerokość trzydziestu metrów, pomieścić dodatkowo drzewa.
      Gra kolorów sprawiała, że ujrzałem jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie dotąd widziały moje oczy. Pędzący bolid ścigał się z czasem, choć zdawał się być zawieszony w nieprzemijającej chwili. Wizja jeziora otoczonego wzgórzami, na szczytach których wznosiły się latarnie, rzucające długie cienie na migoczącą światłem porannego słońca taflę wody, połączoną kanałami z równoległą rzeką, nad którą metalowe budynki odbijały wielobarwne odblaski Gammy III: to wszystko wprowadzało w taki stan zachwycenia, że nie mogłem oderwać oczu od tego fenomenu. Wjechałem w tunel. Przez przerwy między kolumnami stanowiącymi jego prawą pół-ścianę nadal podziwiałem krajobraz, który powoli ulegał zmianie. Skończyły się wzgórza, odkrywając przestwór morza albo wielkiego jeziora. Kolumny ustąpiły miejsca litej skale. Nic już nie widziałem. Błędnik mówił mi, że wciąż się wznoszę. Po przejechaniu pięciu kilometrów przyjemny nastrój uległ załamaniu. Czułem rozczarowanie.
     
Nagle wznoszenie skończyło się. Ściana z lewej strony również. Coraz łagodniejszy stok pokrywały kamienie, gruzy i ostro-kolczaste krzewy. Czerwona makia straszyła samą swą postacią. Na chwilę sufit znikł, odkrywając gołe niebo, a zaraz po nim prawa ściana. Rzuciłem się do okna, zobaczywszy przed sobą kolejny wjazd do tunelu. 80%.
      Moja ręka, pociągając za dźwignię, zatrzymała pociąg pięć metrów przed ponownym zagłębieniem w ciemność. Siedziałem w bezruchu, analizując to posunięcie. Uznawszy to za przejaw paniki, próbowałem zmusić się do ponownego ruszenia drążka. Nie mogłem. Przepełniony chaosem wewnętrznym, myślałem o jednym. Dlaczego nie postępuję jak normalny człowiek? Wystarczył tylko niewielki ruch ręką. Ale nie byłem w stanie się na niego zdobyć.
      Olbrzymi biały żaglowiec podpływał po morskiej tafli do mojej góry. Nie chciałem nań patrzeć. To nie on mnie zatrzymywał. Co się więc działo? Z ulgą uzmysłowiłem sobie, że nie jestem kontrolowany przez Urządzenie. To musiało być coś, co tkwiło we mnie.
      A teraz, dzięki nagłemu, własnemu impulsowi myślowemu, pociągnąłem dźwignię. Do oporu. W ostatnich sekundach, zanim wjechałem do tunelu, dostrzegłem dziwną alegorię. Stok. Po lewej urwisko, po prawej przepaść. Tu szczęście, tam obowiązek. Tu przyjemność. Tam groza. Nagłe zagapienie i utrata równowagi. Czy to tylko zbieg okoliczności? Czy coś więcej? Powtórzyła się sytuacja, w której niedawno uczestniczyłem. Na pięć minut przed zmianą. Przed upadkiem. Ostatnie współ-doświadczanie wzajemnego upodobania przed jego unicestwieniem poprzez złe zamiary. Teraz ostatni raz doświadczane piękno. „Tu jestem! Ja, który przypominam sobie tamtą chwilę! Przez to coś, co przyniosło mi tę chwilę, krzyczę ja, światu! W swoim imieniu wykorzystuję to coś, aby przekazać doniosłą informację! Istoto! Wiem o Tobie! To ty usiłowałaś mną kierować! Wykorzystuję coś, co nie jest Tobą, aby pokazać wszystkim, że chcę się z Tobą zmierzyć! Kim jesteś? Czym się posługujesz? Tym samym, co ja teraz? Dzięki temu otrzymałem dużo możliwości, aby…”
      Wjechałem w czarną otchłań! Ostanie życzenie więźnia spełnione. Lecz przeszło ono do przeszłości. Teraz podążam już na śmierć. Co ja przed chwilą uczyniłem? Skąd wzięła się u mnie ta wyniosłość? Dlaczego tak bezpośrednio zwróciłem się do Niej? Czy to naprawdę Ona? Nie wiadomo. Raczej źródło kontrolujące mnie. Przynajmniej usiłujące to czynić. To dzięki niemu mogłem wtedy polecieć w przepaść! Wzbudziło we mnie nieuporządkowane pożądanie Ewy. Przez co utraciłem równowagę. Upadłem. Jak teraz. Ale czyż nie wyszedłem z tego cało? Może ta alegoria to nie przypadek…
      Po dwóch stronach pojawiły się rzędy świateł. Kreśliły parami czerwone fale, wybitnie oddziałujące swą monotonnością na świadomość. Obliczyłem, że zostały mi jeszcze dwie godziny do celu. Czy zakończy się moja ewakuacja? Na pewno nie. Potem będę uciekał dalej. Możliwe, że tym samym pojazdem. W nieustannym pośpiechu, pragnąc pokonać coraz większą odległość. Ażeby prześcignąć śmierć. Ale z każdą minutą, bez względu na ilość przejechanych kilometrów, będzie się do mnie zbliżała… W końcu wysiądę, wyczerpany z głodu. Ujrzę przed sobą martwe ciała. Dołączę do nich. Mój organizm stanie się gnijącą masą. A po śmierci trafię do piekła, o ile się wcześniej nie nawrócę… A Istota? Czy Ona ma duszę? Czy realizuje zamysł własny czy kogoś innego? Może świat zasługuje na Jej działanie?
      Migoczcie światełka, migoczcie. Może mnie uśpicie. Gdyż wiem, że nie myślę jak zwyczajny człowiek. Istota oddziałuje na mnie. Mam władzę dzięki „Dendrytowi”. A Ona czy posiada Urządzenie? Jeśli nie, to dzięki niemu mogę Ją zgubić. Po kilku godzinach uczynię to, co na Dedro. Wymierzę ostatni cios. Zanim umrę. Choć może lepiej nie posługiwać się nim…?
      Dość. Niechaj resztki mojej godności pomogą mi walczyć z nienaturalnością.
      Następną godzinę spędziłem w stanie półsnu. Chaotyczne myśli i strzępki słów układały się w nonsensy. Nie rozumiałbym ich, gdybym je analizował. Byłem w stanie wygasania świadomości, takim, jaki ludzie doświadczają na moment przed zaśnięciem, kiedy już nie postrzegają czynnie żadnym zmysłem, ale nadal egzystują, żyjąc absolutnie chwilą. Nie rozumiałem niczego z tego, co umysłowo bredziłem. „Król ma skarpetki, tak, piękne, i zieloną podkowę, król ma skarpetki, ooo… j…a…d…ę… Daj. Chodź tu gnusiu, gnusiuu, ach… leee, skarp… leeee… sz… sz… szoszszsz…sz.”

      *
      „Stan nicości. To chyba sen. Szczęście. Szczęście, że go kontroluję. Takie rzadkie to. Jakie rzadkie! Nie mogę się obudzić. To nie jawa. A może jednak tak. Łagodna czerwień za powiekami. To pociąg. Tunel. Otwieram oczy… Tak, tunel. Nie śpię. Szkoda. A więc gorzej. Gorzej niż we śnie.”
      Czy spałem? Trudno określić. Na dworze powinien być już wieczór. Wciąż jeszcze znajduję się w tunelu. Nie mogło więc upłynąć dużo czasu.
      Może w półmroku lamp ujrzę wskaźnik?
      102%.
      Oślepiło mnie nagle zewsząd padające białe światło. Myślałem, że to już koniec.
      Myliłem się… Po prostu wyjechałem na otwartą przestrzeń. Niedowierzającymi oczyma patrzyłem na przyrząd. Jak na złość, wbrew moim oczekiwaniom, wynik podnosił się do 106%, 110%, 118% i 120%. Na sekundę nawet 121%. Potem 119% i 120%. Jakby nie mogło się zdecydować. Może próbowało wyśmiać mnie i moje nadzieje… Pełen nieznanej słodyczy patrzyłem przed siebie na krajobraz pól, przypominający mi Polskę. Już czułem, że umarłem. Że należę do świata zarazy. A z drugiej strony naiwnie próbowałem ukryć się przed tym, co wszystkich spotkało. Jak na Targ, Ziemi i Dedro. Jedyny ocalały. Teraz na Midoriuszu. Brakowało tylko Gammy. Przypuszczalnej siedziby Nieuchronnego. Wielkiej, nigdy nie zdobytej twierdzy. Ostatniego miejsca, mogącego jeszcze ocaleć. Będzie mnie tam brakowało. Szkoda, że nie zabiję Istoty.
      Po co zabijać? Ale czyż Ona jest osobą ludzką? Kto wziąłby odpowiedzialność za moje postępowanie? Ja sam? Raczej ten, który mnie wybrał do walki. Jestem przecież urządzeniem Urządzenia.
      Tylko że sam dobrowolnie się na to godzę…
      Ani spostrzegłem się, gdy znalazłem się pomiędzy zabudowaniami. Wszędzie wokół biegali przerażeni ludzie. Jedni wskazywali na drugich. Ci na ziemi rzęzili w konwulsjach, plując białą pianą z ust, tamci nad nimi próbowali ratować ich albo uciekali. Część jeszcze żyła, inni już umarli. Rzuciłem okiem na wskaźnik. 100%. Zmalało. Dlaczego?
      Natychmiast znalazłem wyjaśnienie. Drzewa pod wpływem prawie sztormowego wiatru wyginały się w moim kierunku. Nie wiedziałem, czy stężenie rośnie, czy maleje, gdyż wynik wciąż się wahał w granicach od 95% do 105%. Wtem jakiś chory rzucił mi się pod koła. Zostawił krwawy ślad na przedniej szybie. Zamknąłem oczy, aby nie patrzeć. Nawet obserwacja została mi już obrzydzona.
      I pomyśleć, co się dzieje w innych miastach! I pomyśleć, że na tak pięknej planecie dokonano tak okrutnej zbrodni! Kto to spowodował? Czy Targanie? A może Ona? A może jeszcze coś innego? Czy Midoriańczycy wiedzieli, co ich czeka? Czy przodkowie Pelena odkryli, kto to taki?
      I pomyśleć, że każdy z milionów mieszkańców tej planety umrze. Dostanie drgawek, plazmotoku i obłędu. Spotka go śmierć w męczarniach. Takich, jakich doświadczali Włochacze i Harderfy. Jedynie ofiara Harderfa szybko skonała, zapewne z powodu jego jadu. I pomyśleć, że to samo przydarzy się Ewie, Mikołajowi i Pelenowi. I mnie. I pomyśleć, że wszyscy spróbują ucieczki, a nie będą mieli dokąd. I pomyśleć, że wskaźnik w tej chwili pokazuje 100%, a wynik wcale nie spada pomimo porywistego wiatru i mijających kilometrów. I pomyśleć że…
      „Longiuszu, przygotuj się”.
      Oniemiały, zamarłem w bezruchu. Nie myślałem, tylko patrzyłem. Dworzec. Ogromny hal, kryty. Płonący pociąg zwalnia. Dźwignia sama się opuszcza. Z całej siły ciągnę ją do siebie.
       Na próżno. Otworają się drzwi, zapraszając na śmierć.

       

     

VII
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział VIII
IX