IX
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział X
XI

     X
     

      Przez jeden z otworów okiennych wpadały promienie gwiazdy słonecznej, oświetlając wysoki na metr stolik, na którego blacie widniał wizerunek Urządzenia. Niegdyś zabrano je stąd i umieszczono w innym układzie gwiezdnym. Teraz miejsce to oczekiwało na powrót swojej zawartości, choćby innego egzemplarza.

     
*
      — Wszystko w porządku? Zawsze, kiedy przybywaliśmy do kolejnego układu gwiezdnego, działo się coś złego — stwierdziłem.
      — Nie mamy promu — odparł Mikołaj.
      — Co się stało?
      — Oddzielił się od nas wraz z Gublenem. Zerwał z nami połączenie.
      Odnalezienie promu nie sprawiło trudności. Wylądował na księżycu Gammy, od wieków kolonizowanym przez Gammijczyków. Wysłaliśmy komunikat o nakazie natychmiastowego powrotu, ale otrzymaliśmy tylko informację od komputera, że członek załogi wyszedł i nie zapowiedział powrotu.
      Obudziliśmy Pelena i Ewę i zapoznaliśmy ich z sytuacją. Jednomyślnie ustaliliśmy, że prom należy odzyskać. Wydaliśmy jego komputerowi pokładowemu rozkaz powrotu. Porywacza postanowiliśmy szukać później. Mikołaj został przy aparaturze, a reszta załogi naradzała się. Znajdowaliśmy się bowiem u celu naszej misji; mieliśmy teraz określić położenie Istoty i… Nikt nie chciał przewidywać, co wtedy. Zgodziliśmy się na wykorzystanie „Dendrytu” w celu wykrycia miejsca Jej przebywania. Później desantowalibyśmy się promem na Gammę.
      Potrzebowaliśmy Urządzenia. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie ma chwili do stracenia. Istota w każdej chwili mogła nas namierzyć. A może już to uczyniła… Udaliśmy się do pokojów hibernacyjnych.
      — Gdzie on może być? Przecież go tu kładłam! — oburzyła się Ewa.
      — Jesteś pewna? — dociekałem.
      — Tak.
      — Przeszukaj dokładniej pomieszczenie.
      — Nie ma sensu. Mikołaj go nie dotykał. Ale mógł to zrobić ktoś inny. Na przykład Gublen albo Pelen.
      — Na pewno nie ja! — zaprzeczył ten drugi.
      W drzwiach stanął Mikołaj.
      — Gublen chodził po statku — stwierdził.
      — Odwiedzał to pomieszczenie?
      — Tak.
      Przyjaciele kręcili głowami. Zmalały szanse na wypełnienie misji.
      — Nie szukajcie dalej. Nie potrzebujecie go do wypełnienia misji — powiedział Pelen.
      — Co ty mówisz! — zawołałem. — Właśnie… właśnie w tej chwili zlokalizowałem Urządzenie na pokładzie.
      — Gdzie ono jest? — spytała Ewa.
      — Gdzieś na tyle statku, prawdopodobnie w dokach.
      — A może prom już wrócił?
      — Jeszcze nie — powiedział Mikołaj. — Ale jest blisko.
      Ja, Ewa i Pelen: każdy z nas osobno poszedł do jednego z korytarzy. Mikołaj postanowił wypatrywać zagubionego pojazdu.
      Wytężając uwagę, potrafiłem wyczuć pewną obecność, jednak w miarę jak posuwałem się do maszynowni, natężenie percepcji malało, podobnie jak grawitacja. Znalazłem się przed dawno nie używanymi drzwiami. Czy ktoś mógł tu ostatnio być? Na pewno nie. Na drzwiach widniał symbol, kojarzący się z trupią czaszką. Wejście tam oznaczałoby ryzyko utraty życia. Potrzebowałem skafandra przeciwpromiennego. Nacisnąłem na pobliskiej klawiaturze wiadomą mi sekwencję klawiszy znaną mi z pomieszczenia hibernacyjnego. Usłyszałem: „2048 lanzir”. Znów to „lanzir”. Co znaczyło? „Używane”? Tak!!! Czyli „użyte 2048 razy”… Nie. Bez sensu. 2048 lat temu. „Czy długo lanzir tiglar?” — spytałem komputer. „Tak” Ile lat miał ten statek? W ilu służył wyprawach? A może drzwi otworzono w 2048 roku?
      Postanowiłem zawrócić. Przemieściłem się do połowy korytarza, gdy nagle zatrzymałem się, przylegając z wrażenia do ściany. „Lanzir tiglar” znaczy „nie używane”. Więc hibernatorów, w których spali wtedy Targanie, nie użyto. Nonsens. Musieli hibernować się gdzie indziej. Na przykład na promie.
     
Longius, something’s wrong with Midorian! — krzyknęła do mnie Ewa, kiedy wracałem na główny obrotowy pokład.
      — Wait a minute! — odkrzyknąłem, zmierzając do promowni.
      Po drodze natknąłem się na Mikołaja, a ten mnie zatrzymał:
      — Nie przyleciał. Autodestrukcja.
      Zostaliśmy w miejscu, zastanawiając się, co dalej.
      — Nie znalazłam Urządzenia — oznajmiła nadchodząca po jakimś czasie Ewa. — A Pelen powiedział mi, że nie chce mieć z nim nic wspólnego.
      — Byłaś może tam, gdzie ja? Wchodziłaś za drzwi z trupią czaszką? Ja straciłem sygnał, gdy się tam zbliżyłem.
      — Wchodziłam… To znaczy nie. Co ja mówię. Dejavu.
      — W takim razie skupmy się na odnalezieniu Gublena — zawyrokowałem. — Może faktycznie zabrał ze sobą „Dendryt”

      *
      Opuszczaliśmy się do lądowania. Ja i Mikołaj. Ewa z Pelenem zostali na statku wbrew woli tego drugiego. Za szybą rozpościerała się panorama księżyca GII-2. Pośród nagich skał stały bloki mieszkalne, a po ulicach jeździły samochody. Wskaźniki pokazywały brak gęstej atmosfery. Wszystko inne sprawiało jednak wrażenie, że takowa występowała. Zupełnie tak, jakby miasteczko znajdowało się na Ziemi. Niedaleko od lądowiska znajdowała się górująca ponad dachami wieża o dwustumetrowej wysokości. Jej ponury kolor wprowadzał tajemniczy nastrój. Brązowa jak skały, zbudowana z kamienia, bez okien w dolnej części, uwieńczona oszklonym kolistym pomieszczeniem. Obok niej mieścił się ozdobny basen. Musiał wypełniać go lód, gdyż zbyt niskie ciśnienie nie pozwalało na występowanie cieczy.
      Ubraliśmy skafandry. Po chwili lądownik osiągnął powierzchnię GII-2. Wyszedłszy na zewnątrz, zagadnęliśmy obróconego do nas plecami Gammijczyka. Zobaczywszy nas, wydobył z siebie odgłos.
      Omal nie upadłem na ziemię, gdy ujrzałem, że jego twarzy i rąk nic nie osłania. Stał tak przez chwilę przed nami. Dopiero teraz, nieruchomy, pasował do stanu rzeczy. Takim powinien zostać. Czyżby istniała tu gęsta atmosfera?? Wskaźnik ciśnienia i temperatury pokazywał odpowiednio 0,1bara i 15°C. Dźwięki były więc w stanie docierać do naszych uszu, ale żaden człowiek nie przeżyłby długo takich warunkach.
      — Mikołaju, to chyba mutant! — powiedziałem przez radio.
      — Niewykluczone.
      Nieznajomy mówił coś, gestykulując nerwowo i wskazywał w stronę wieży. Tłumacz rozszyfrował tylko niektóre wyrazy. Prawdopodobnie mieliśmy do czynienia z językiem starogammijskim. Z kontekstu wynikało, że każda osoba w skafandrze jest w tym mieście aresztowana. Twierdził, że pewien przybysz z Targ, rozpoznany po znakach na skafandrze, zabił paru stróżów prawa i uciekł we wskazanym kierunku…
      Nagle Mikołaj wyciągnął laser, poraził mówiącego i pobiegł w stronę stojącego w pobliżu samolotu. Patrzyłem, co teraz uczyni.
      — Potrafię tym latać — usłyszałem przez radio jego słowa. — Biegnij do wieży, będę cię osłaniał.
      — Dlaczego go zabiłeś?!
      — To android. Widziałem go w promieniach rentgenowskich. On ma szkielet zbudowany z kryształu i procesory w miejscu mózgu. O, widzę nasz prom!!!
      — Jesteś absolutnie pewien, że to był robot?
      — Zaufaj mi.
      — Którędy mam biec?
      — Pokażę tobie.
      Przebiegłem przez jezdnię i znalazłem się pośród roślinności. Kilometr przede mną piętrzyła się wieża. Wciąż przybliżałem się do niej, aż w końcu stanąłem u jej stóp. Przy wejściu leżało parę zniszczonych androidów. Usłyszałem strzały. To Mikołaj zabijał nadchodzące ze wszystkich stron roboty.
      Nie patrząc na tę egzekucję, wbiegłem do wnętrza. Leżał tu skafander Gublena. Od tego miejsca ślady krwi prowadziły krętymi schodami wzwyż. Zerknąłem na wskaźnik. Ciśnienie w normie. Pole siłowe utrzymywało tutaj sztuczną atmosferę.
      Wbiegłem na schody. Z góry doszedł mnie hałas powolnego stąpania. I pojękiwań rannego. Po obfitości czerwonych śladów wywnioskowałem, że stracił mnóstwo krwi. Kiedy robiłem już piąte okrążenie, odczułem nagłą chęć powrotu na zewnątrz. Coś zakłócało moją wolę. Urządzenie. Albo Istota. Nie potrafiłem się oprzeć. Zawróciłem. Odczułem ulgę. Wciąż uświadamiając sobie to, co czynię, zwolniłem, by zyskać na czasie.
      — Mikołaju! Słuchaj mnie. Bez względu na to, co się teraz stanie, leć do promu. Jak najszybciej zdołasz – zahibernuj się. Nastaw autopilota na statek macierzysty. Wiem, że obawiasz się Urządzenia. Ja sam mogę zostać przez niego opętany. Albo przez Istotę. Od tej pory już mnie nie słuchaj. Przynajmniej przez najbliższy czas.
      Zmierzałem w stronę wyjścia. Na śmierć. Ale wykonałem zwrot. Znów biegłem na górę. Tym razem nic mnie nie powstrzymywało. Pokonałem sto osiemdziesiąt metrów w pionie. Midoriańczyk był całkiem blisko. Podobnie „Dendryt”, którego obecność dawała o sobie znać.
      Nagle odczułem na własnej skórze potężną siłę, pchającą mnie teraz przez poręcz w stuosiemdziesięciometrową otchłań. Już nie z woli „Dendrytu” miałem rzucić się w dół. To Gublen tak chciał. A może Istota, jeżeli nim zawładnęła.
      Wstrzymując jakiekolwiek przejawy rozumowania, wytwarzałem w wyobraźni dźwięk, stale brzmiącą nutę i poświęciłem jej wszystkie pozostałe myśli. Tak, jak człowiek zachwycony piękną melodią stara się odegrać ją w wyobraźni, tak ja nuciłem pieśń ciszy. Wciąż jeszcze nie dość doskonale. Im bardziej nasilałem chęć nie odczuwania świadomości, tym usilniej angażowałem umysł. Chociaż dotyczyło to tylko jednej rzeczy, wciąż jednak przejawiałem aktywność. I zorientowałem się, że to nie zagłuszanie mózgu powoduje uwolnienie od wpływu Urządzenia, lecz bycie normalnie-odczuwającym świat przybliża niezależność. Gdyż nie moją wolną wolę atakowano, tylko mózg, nie będący moją duszą, ale jej służący. Tylko on mógł podlegać działaniu obcej siły. A narzucona wola tylko pośrednio, przezeń, wpływała na jestestwo. Pewien ośrodek w mózgu, jawiący się jako furtka pozwalająca wnikać cudzej woli do umysłu i sterować stamtąd ciałem, wpływał na pozostałą jego część. Przez to rządziły nim dwie wole: własna i obca. Musiałem różnić się nieco od innych ludzi, skoro dysponowałem czymś takim. A może to coś oddziaływało na mnie duchowo, demonicznie, bezpośrednio dotykając mojej duszy?
      Wbiegłem do pomieszczenia. Przed metrowej wysokości stolikiem klęczał dogorywający Gublen. Na stole, dokładnie w centrum, leżało Urządzenie. Wyczuwałem bardzo słabo niezwykle silne zamieszanie myślowe rozprzestrzeniające się daleko poza ściany budowli. Gublen wstał, podczołgał się pod okno i wyskoczył. Przepuściło go pole siłowe. Zanim straciłem go z oczu, ujrzałem, jak niskie ciśnienie wysysa ślinę z jego ust. Chwyciłem „Dendryt” i cisnąłem nim z całej siły w otwór. Chybiłem i Urządzenie uderzyło w ścianę. W tym momencie do pokoju wbiegł android. Celował we mnie z broni laserowej. Ponownie chwyciłem za nierozbity przedmiot i tym razem spróbowałem własnych sił we wpływaniu na czyjś umysł. Gdy tylko odblokowałem wspomniany ośrodek, siła, władająca wcześniej Gublenem, zaatakowała mnie. Wymierzyłem cios w androida. Reakcja na władzę, zdolną zniszczyć mózg człowieka, była u robota nikła. Spowodowałem jedynie opóźnienie w działaniu sterującego nim komputera. Dało mi to czas na desperacki krok. Zabrałem ze sobą „Dendryt” i poszedłem za przykładem Gublena. Zanim jeszcze wypadłem z pomieszczenia, korzystając z Urządzenia, udostępniłem jemu swój rozum, aby uzyskać zdolność wpływania na materię porównywalną do tej z Dedro i zaatakować Istotę. Otwarłem się przez to całkowicie na cudzą wolę. Coś gwałtownego poczęło się dziać na powierzchni księżyca. Próbowałem skontaktować się z Ewą. Dostępu do Pelena broniło mi coś innego, znikającego, gdy próbowałem to zlokalizować, aby na powrót zaistnieć, przy chwilowej rezygnacji z poszukiwań.
      Uratował mnie basen pod budynkiem. Przebiwszy lód, znalazłem się pod powierzchnią gwałtownie krystalizującej cieczy. Przed śmiercią z wyziębienia miał uratować mnie skafander. Zostałem na długie godziny unieruchomiony, zanim nadeszła pomoc od Mikołaja, obserwującego mnie z orbity.

       

     

IX
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział X
XI