X
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział XI
XII

     XI
     

      „Dendrytu” ocalić się nie dało. Dla bezpieczeństwa unicestwiliśmy jego pozostałości.
      Wśród rozwalonych pojazdów zalegała ogromna ilość ludzkich ciał. Androidy wynosiły zwłoki uduszonych ludzi w kierunku wielkiego budynku, będącego rodzajem cmentarza.
      — Czy jest tak w każdym mieście? — spytałem.
      Spuszczony wzrok Ewy oznajmiał prawdę. Przy pomocy „Dendrytu” dokonane zostało uszkodzenie hermetyki wszystkich instalacji budowlanych wyposażonych w pola siłowe. Przez mój błąd zginęła dwumilionowa społeczność GII-2. Według targańskich danych we wszystkich układach Gammy zostało tylko jedno zamieszkane miejsce. W nim ukrywała się Ona. Być może to stąd zniszczono pozostałe światy.
      Nie mogliśmy dopuścić do kolejnych strat w załodze, więc postanowiliśmy od tej pory nieustannie czuwać. W żadnym wypadku nie powinniśmy używać zbiorowej hibernacji. Każdy z nas miał za zadanie stać na straży suwerenności umysłów pozostałych członków załogi.
      Lot na pobliską Gammę odbył się w milczeniu.
      Po wejściu na orbitę odbyła się ostatnia narada. Przy wyborze ochotników do desantu na planetę sześć oczu zwróconych w moją stronę skazywało mnie na wzięcie na siebie tej wielkiej odpowiedzialności.
      — Dlaczego właśnie ja mam lecieć?
      Czworo oczu spoglądało ukradkiem na moje ręce i twarz, dając jakoby do zrozumienia, że komuś tak okaleczonemu jak ja łatwiej będzie podjąć się ryzykownego zadania, a dwoje bardziej mi życzliwych zakryło się powiekami, podzielając moją złość.
     
— Może ja to uczynię.
      To był głos Ewy.
      Wtedy wstałem i powiedziałem:
      — Lepiej zaopiekuj się nimi.
      I wyszedłem.

      *
      Nie dałem im nawet chwili. Zanim zdecydowali się na jakiekolwiek działanie, ja już przebijałem atmosferę. Wyłączając odbiornik radiowy, usłyszałem z głośników płaczliwy głos osoby, którą kochałem: „Do… zo-ba-cze-nia…”
      Odpowiedziałem: „Pilnuj ich. Wykonaj naszą misję…”
      Na nic więcej się nie zdecydowałem. Urwała się łączność. Znikła możliwość odwrotu. Mimo czekającego mnie wielkiego zadania, nie czułem się wcale jak bohater, a raczej jak przechodzień na ulicy, jeden spośród wielu miliardów obarczonych problemami dnia codziennego. Dlaczego akurat ja – mieszkaniec krainy nad Bałtykiem – uczestniczyłem w tej epopei? Dlaczego dotychczasowy świat przechodził przemianę pod wpływem czyjejś ingerencji? Dlaczego nie zajmowałem się teraz codziennymi sprawami na Ziemi? Dlaczego nie śniłem?
      Wylądowałem na lądowisku jako jeden spośród wielu. Natychmiast dała się we znaki wysoka grawitacja: 1,5g. Gospodarka przestrzenna na tej planecie różniła się diametralnie od tej znanej mi z Miasta na Targ. Tutaj olbrzymie połacie lądu były zabudowane. Według raportu przesłanego mi przez zarząd lotniska, temperatura otoczenia od 40°S do 40°N stabilizowała się w dzień i w nocy i wynosiła 18°C. Jak tego dokonali – nie wiadomo. Natomiast uchodziło za pewnik, że osiągnięto tu dość wysoki poziom techniki, choć potem postęp stanął w miejscu.
      Do otaczającego mnie ze wszystkich stron budynku dworca prowadziły dziesiątki wejść. Co chwila lądował tu jakiś prom, robiąc dużo hałasu.
      Przedsięwziąłem na początek dostać się gdzieś na odludzie, aby stamtąd spróbować zlokalizować Istotę. Potem wróciłbym do promu i z powietrza zniszczył Jej siedzibę. Wraz z Nią.
      Wybrałem losowe drzwi. Przytłaczało to, co ujrzałem we wnętrzu gmachu. Mnóstwo wejść. Co najmniej jedna osoba na metr kwadratowy. Kilka poziomów, schody, windy. I ulica. Pocieszał fakt, że do jednego punktu prowadziło kilka łatwych dróg. Pierwsze, co zamierzałem uczynić, to wyjść na zewnątrz, może nawet na dach, a najlepiej tam, gdzie podczas podchodzenia do lądowania ujrzałem coś w rodzaju parku: obszar z niewielką ilością ludzi, cichymi zakątkami i polem widokowym na dalszą część miasta.
      Zaliczyłem sto stopni schodów, nim znalazłem się w miejscu docelowym. Pole widokowe znajdowało się kilometr na północ. Szedłem spokojnie aleją. Spotkani Gammijczycy odwracali się do mnie plecami. Niektórzy wytykali mnie palcem. Z tego, co zdołał przetłumaczyć tłumacz, wynikało, że chodzi o moją szpetotę. W normalnych warunkach na Ziemi zrobiłoby mi się przykro, ale tutaj odczuwałem dziwną satysfakcję z powodu budzenia przez siebie respektu wśród miejscowych. Czułem się jak powracający z wyprawy rycerz, dumny z posiadanych blizn.
      Przechodziłem obok baru. Niosłem ze sobą żywność wystarczającą na kilka dni, ale mimo wielkiej kaloryczności nie potrafiła napełnić żołądka. A musiałem też zdobyć coś do picia.
      Między stolikami i krzesłami na polach siłowych znajdowały się automaty serwujące skromne bezpłatne dania. Podszedłem do jednego z nich.
      — Czego pan chce, nidgich?
      — Wody i…
      — Tiglar rozumiem. Duits klencir.
      Wysunęła się niewielka taca. Zrobiłem dokładnie to samo, co niegdyś w podobnej sytuacji na Targ. Zwrócone mi zostały kolczyki, butelka z wodą i jakieś okulary, które założyłem. Spojrzawszy na tablicę dań, znieruchomiałem. Wszystkie napisy odczytałem po polsku, bez żadnych zakłóceń obrazu.
      Wyjąłem z kieszeni notatnik ze zarchiwizowanymi znakami, które Ewa ujrzała na planetoidzie GIV-834. Wszystkie udało się przetłumaczyć:
      „Uratowanym ja potomkiem Dedro.
      O siło, od której uciekłem, czemuż znów trafiłem w twe szpony?
      Gdym uszedł przed twą władzą ledwo,
      teraz umrę przez cię, „Fedro”,
      zniszczony…

      Czym, a może kim była „Fedra”? Nazwa kojarzyła mi się ze światem starożytnym. Czy doborem rymu do „Dedro” kierował przypadek w tłumaczeniu? A jeśli nie, to skąd wzięła się ziemska nazwa własna, która nie powinna być przekładem żadnego słowa starogammijskiego? Zapewne Atlantyjczycy nawiązywali kontakt z innymi cywilizacjami na Ziemi.
      Wobec tego o co chodziło upadłemu kosmonaucie? Czy „Fedra” to nazwa własna rzeczy czy osoby? Ujęcie w cudzysłów wskazywało raczej na to pierwsze…
      Skonsumowawszy posiłek, wyszedłem na półkolisty plac widokowy ogrodzony niewysoką barierką. Nie był za mocno odwiedzany przez spacerowiczów. Dalej za barierką ziała trzydziestometrowa otchłań, a jeszcze dalej znajdowała się fabryka czy raczej huta położona wśród nadrzecznej zieleni.
      Przez chwilę wydawało mi się, że przybliżam się do celu.
      Przystąpiłem do barierki. Pomimo słyszalnych odgłosów z lotniska odniosłem wrażenie, że znajduję się w miejscu cichym i odległym od świata. Widok otoczonego zaroślami zakładu przemysłowego poniżej, zapewne zabytku z dawnych czasów, przywoływał mi wspomnienia z Ziemi. Wydawało się, że za moimi plecami znajduje się przyszłość, ta kosmiczna i nieziemska, a przed sobą, za urwiskiem, mam przeszłość: powrót do czasów przedkosmicznych, do Ziemi, do kolebki… Czyż jednak nie działo się zupełnie na odwrót? Czy to, na co patrzyłem, nie potrafiłoby zmienić naszej przyszłości na jeszcze bardziej oddalającą nas od ojczystej planety? Czy ten rezerwat nie był związany z nią w nieco innym, antagonistycznym sensie? A może niepotrzebnie zanurzałem się w wyssane z palca przypuszczenia? Ten skrawek przestrzeni mógł mieć z nią równie niewielki związek, jak wzmianka o „Fedrze”. Bo czymże był ten rezerwat? Albo „Fedra”?
      „Moją i twoją zgubą na Jej usługach, Błękitny” — usłyszałem w myślach czyjś głos i nagle ktoś chwycił mnie w pasie i… rzucił do przodu.
      „Teraz to już na pewno zginę” — pomyślałem, spadając. Coś jednak wstrzymywało moje przyspieszanie, aż wnet począłem zwalniać. Dzięki polu siłowemu miękko wylądowałem na powierzchni.
      To, co wydarzyło się przed chwilą, nie mieściło się w mojej głowie. O co chodziło? Na pewno nie o moją śmierć. Ten ktoś sondował mój mózg i dał do zrozumienia, że wie, skąd przybywam oraz że niejaka „Fedra” zniszczy nas z mocy Jej, zapewne Istoty. Pierwsze, co należało uczynić, to odnaleźć go i wypytać o wszystko, co wie.
      „Gdzie jesteś?” — pomyślałem, mając nadzieję, że usłyszy. — „Dlaczego zepchnąłeś mnie z tarasu?”
      „Nie znajdziesz mnie”.
      Tylko tyle składało się na odpowiedź. Kolejne próby spełzły na niczym. Zostałem osamotniony.
      Nie zauważyłem nikogo w obrębie rezerwatu. Z trzech stron piętrzyły się wysokie ściany jednolitego hiperbudynku, którego dworzec był tylko niewielkim członem. Od najdalszej, zachodniej, dzielił mnie kilometr. Na południu płynęła rzeka, a za nią znajdowały się kolejne zabudowania. Między obszarem huty a wodą rozciągała się krzewiasta dzicz. Bliżej mnie, też po prawej, droga z zakładu prowadziła do usypanych hałd. Niedaleko niej, w gąszczu, stała ogrodzona siatką altana.
      Ruszyłem w tamtą stronę. Tak naprawdę uczyniłem to bezcelowo. Do tej pory wydarzenia nie pozostawiały mi większej swobody działania, a teraz, kiedy mogłem już w pełni wybierać, nie wiedziałem, co począć. Każde zamierzenie wydawało się wątpliwe i tandetne.
      Lecz stało przede mną do wykonania zadanie i jemu zamierzałem podporządkowywać swoje poczynania. Nawet, jeśli prowadziły donikąd.
      Wstąpiłem na drogę. Pojawiły się teraz trzy wyjścia. W prawo, w lewo lub dalej prosto. Huta i domek zaczekają. Zwiedzę hałdę.
      Wykonałem zwrot i podążyłem w stronę rzeki. Co ja tu właściwie robiłem? Szukać Istoty należało raczej w miejscu, gdzie łatwo zdobyć informacje, czyli w mieście. Tam, gdzie są ludzie, a wśród nich komunikujący się pozawerbalnie nieznajomi, zapewne Jej przeciwnicy. Tutaj, w tej urojonej krainie nie istniało nic, co choć o krok przybliżało do celu. I jak mnie, włóczącego się po ruinach, postrzegali z orbity przyjaciele?
      Postanowiłem działać. Wytężyłem cały swój umysł, w szczególności ów dodatkowy ośrodek, narażając się na ingerencję ze strony Istoty.
      I nic.
      Nie znalazłem Jej ani Ona mnie. Rozczarowałem się.
      Tak zamknął się epizod poszukiwań. Otworzyłem się jeszcze raz całkowicie i czekałem na coś, co nie chciało nadejść. Dlaczego tak nagle zakończyło się tak wiele?
      Drogę pokrywał żwir. Dany mi został odpoczynek, więc dlaczego nie podziwiać widoków? Miałem wokół siebie Ziemię. Jedyne miejsce, gdzie nie dokuczały nam żadne problemy na skalę kosmiczną. Tu zbudowano mi ten dom. Na Gammie. Jedynej ostoi ludzkości. Gammie II. Ziemi II…
      Skazano mnie – normalnego człowieka, bez Urządzenia – na bezsilność. Potrafiłem jedynie snuć się bez celu i czekać na łut szczęścia. Snuć się nie-wiadomo-gdzie jedną z miliarda bezcelowych dróg do Bezcelu. Iść w stronę rdzawej hałdy mieszczącej się przy nieczynnej od setek lat hucie na planecie zamieszkałej przez miliardy potomków Atlantyjczyków, tak samo jak ja wałęsających się po miejskich korytarzach. W uwiądzie cywilizacji. W miejscu, gdzie narzucony ustrój technokratyczny pozbawiał ludzi motywacji do działania, do zmiany monotonnego od wieków życia. Także do wynalazków i dalszego podboju Kosmosu. Jak było, tak jest. Będzie Istota. Jest Istota. Mnie już nie będzie. Na tym świecie.
      Wstąpiłem na szczyt hałdy. „Istoto, pokaż mi przynajmniej, jaki jestem bezsilny!!” — krzyczałem w myślach. — „Zdradź mi przynajmniej to, że istniejesz! Nienawidzę cię! Gdyż cię wcale nie ma!! Razem z twoim Okiem!!!”
      Ale Oko było. Patrzyło na mnie. Całe z fioletu, nie znajdujące się w żadnej odległości ode mnie. Za to wypełniające pole widzenia. Bez względu na to, gdzie w danej chwili patrzyłem. Zamknąłem powieki. A ono wciąż się ukazywało. Pochodziło bowiem z umysłu. I z każdą sekundą hipnotyzowało mnie. Nieruchome, nieubłagane. Ale to nie Istota we własnej osobie. Tylko Jej namiastka. Pokaz możliwości. Zwiększało się i coraz bardziej purpurowiało. Ale nie wizualnie. W myślach. Gdyż przed oczyma większe i bardziej nasycone barwą już być nie mogło. A takim je odbierałem. Ani spostrzegłem, jak zacząłem wymawiać w myślach dyktowane mi słowa: „Tu ja. Słuchaj. Zrobisz, co ci polecę. To ważne dla ocalałych ludzi. Musisz… „Fedra”!!!” To ostatnie słowo dodałem ja sam.
      Poskutkowało. Oko znikło, ale pojawiły się dwa czerwone pociski. Leciały od rzeki prosto na mnie. Żadna „Fedra” nie pomogła. Straszliwy hałas rakiet narastał. Zerwałem się do biegu w kierunku huty. Pędziły z ogromną prędkością, ale nie spieszyły się ze zbliżaniem! Kiedy osiągnąłem już budynek, poczułem, że jeżeli nie odskoczę w bok, zostanę trafiony. Rzuciłem się w prawo. Po huku i pociskach nie zostało ani śladu. Wszystko okazało się złudzeniem. Istota dała o sobie znać, próbując mnie do czegoś przekonać, a gdy zawołałem o pomoc, okazała niezadowolenie. Ale na tym się skończyło.
      Przeszedłem przez zarośla i po przeskoczeniu siatki wbiegłem po schodach do drzwi prowadzących do wolnostojącej altany, znajdującej się tuż przed wejściem do głównego budynku. Otworzyłem je. W kącie siedział człowiek. Realny. Zerwał się na nogi i zanim wykonałem jakikolwiek ruch, wbił mi strzykawkę prosto w brzuch. Obróciłem się. Postąpiłem krok naprzód. Prosto w nicość.

       

     

X
Ingerencja - Część 2. - Gamma II - Rozdział XI
XII