PROLOG
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział I
II

     I
     

      Była piękna letnia noc. Szedłem polną miedzą i patrzyłem w gwiazdy. Wielki Wóz mienił się całą swą okazałością. Wyjąłem pożyczoną od przyjaciela lornetkę. Przez chwilę obserwowałem gwiazdy, po czym odczułem nagłą chęć obejrzenia tarczy Jowisza. Patrząc na nią, wyobraziłem sobie, że oglądam gazową planetę z innego układu gwiezdnego. Czy również na niej mogłoby występować życie? Czy jej istnienie miałoby dla nas, ludzi, jakiś sens?
      Wtem lornetka wypadła mi z rąk i potłukła się. Mimo późnej godziny postanowiłem zwrócić ją jej właścicielowi. Byłem pewien, że jeszcze nie spał, tylko obserwował przez teleskop Kosmos.
      Na rozstaju skręciłem do lasu. Włączyłem latarkę. Po kwadransie wyszedłem na polanę. Przystanąłem na chwilę. Spojrzałem na Księżyc, który jaśniał w pełni. Tuż obok niego ujrzałem jasny obiekt. Pewnie samolot. Dziwiło mnie jednak, że leciał wcześniej na tle tarczy Księżyca, a dopiero potem zboczył z kursu. Zauważyłem, że zbliża się w te okolice… Zatrzymał się, mocno jaśniejąc. Rozdzielił się na dwie części. Jedna zawisła w miejscu i pociemniała, druga pomknęła dalej. Kiedy znalazła się nisko, również przygasła. Może to nie samolot?
      Wstałem i opuściłem polanę. Coś mi podpowiadało, że muszę się spieszyć. Po minucie uświadomiłem sobie, że lotowi samolotu nie towarzyszył żaden dźwięk. Może to pojazd szpiegowski? Dopiero teraz usłyszałem… terkot wirnika. Śmigłowiec! Zbliżał się w moją stronę. Po chwili zorientowałem się, że wylądował na polanie. Rozpierała mnie ciekawość, więc zawróciłem. Wyłączyłem latarkę.
      Po paru minutach dotarłem tam. Ujrzałem coś, co wyglądało na połączenie helikoptera z odrzutowcem. Miało pokaźne rozmiary. Nie paliły się w tym czymś żadne światła, nie dobiegał stamtąd żaden odgłos… Poczułem tylko zapach pewnego gazu…

      *
      Obudziłem się w pomieszczeniu przypominającym wnętrze pojazdu. Siedziałem w wygodnym fotelu. Przede mną znajdowały się dwa podobne. W ścianie mieścił się najprawdopodobniej komputer, bowiem zauważyłem ekran, klawiaturę i głośnik. Pomieszczenie było lekko oświetlone. Spojrzałem na zegarek. Pokazywał 0.30. Po lewej stronie znajdowały się drzwi, a po prawej wielka klapa wejściowa – podobna do garażowej. Na ekranie komputera pojawiały się dziwne kształty. Przypominały napisy, jednak litery nie należały do żadnego znanego mi alfabetu.
      Zastanawiałem się, gdzie jestem. Może w bazie wojskowej obcego wywiadu? Dość nieprawdopodobne, chociaż świadczyło o tym kilka faktów. Moja hipoteza brzmiała: ten pojazd to śmigłowiec szpiegowski. Jego właściciele nie pochodzą z żadnego kraju europejskiego ani amerykańskiego. Zauważyli mnie i uśpili przy użyciu broni gazowej. Zaraz przyjdą mnie przesłuchiwać… Jednak coś tu nie pasowało. Jest 0.35. O 0.00 straciłem świadomość. Nie mogli przecież w pół godziny przewieść mnie do siebie! A może… znalazłem się we wnętrzu ich hybrydowego śmigłowca? Jeżeli tak, to nie w kabinie pilota, tylko gdzieś z tyłu.
      O co właściwie chodziło z tym całym porwaniem? Musiała zajść jakaś fatalna pomyłka, której padłem ofiarą. A może niepotrzebnie zainteresowałem się ich sprzętem? Czy będą podejrzewać mnie o kontrwywiad? Przecież nie jestem nikim ważnym. Po co mieliby obawiać się zwykłego studenta astronomii?
      Usiłowałem wstać.
      Niewidzialna siła posadziła mnie z powrotem. Co się stało?! Następne próby nie powiodły się. Pole siłowe? Podobno przeprowadzano już podobne doświadczenia, ale skąd aż tak wysoka technologia? Bądź co bądź, znikła możliwość ucieczki. Ciekawe, kiedy przyjdą właściciele śmigłowca?
      Spojrzałem na klawiaturę komputera. Wyglądała zupełnie inaczej niż ta, którą znałem. Rozpoznałem na niej znaki podobne do tych na ekranie. Zlokalizowałem też część numeryczną… Ku memu zaskoczeniu cyfry też były inne!
      Wtem klapa wejściowa pojazdu zaczęła się podnosić. Dobiegły mnie odgłosy rozmowy prowadzonej w nieznanym mi języku. Ton głosu wydawał się zniekształcony. Zgasło oświetlenie. Usłyszałem, jak dwie osoby wstępują do środka i zasiadają na fotelach.
      Odezwałem się do nich:
      — Kim panowie są?
      Cisza. Oczywiście nie rozumieją po polsku. Spróbuję więc po angielsku.
      — Who are you?
      Odpowiedzieli:
      — We assume you speak English, don’t you?
     
— A little — odrzekłem. Nawiązała się między nami rozmowa łamaną angielszczyzną. Dowiedziałem się, że pochodzą z daleka i nic złego mi nie uczynią. Ostatnie ich zdanie wydało się żartem:
      — We come from another solar system, named Gamma V. We are different from you.
     
Poczułem, jak podali mi coś do ręki.
      — Put them on your ears.
     
Postąpiłem, jak nakazali. To były kolczyki. Po zetknięciu z uszami przyległy do ciała. Zastanawiałem się nad ich ostatnią wypowiedzią: „Przybywamy z innego układu słonecznego. Różnimy się od was…” Czyżby udawali, że są kosmitami? Co za absurd! Zaczynało się to wszystko robić zbyt groteskowe.
      Zapaliło się światło.
      Ujrzałem ich.
      — Nie!
      Przestraszyłem się jak nigdy. To mogli być kosmici!! Choć łudząco przypominali ludzi. Głowa, tułów, ręce, nogi; ale występowały pewne różnice… Nieco inne rysy twarzy, brak paznokci, nietypowy kolor włosów: jeden miał zupełnie czerwone, ale inne niż rude, a drugi zielone; wreszcie ich oczy: matowe i bez wyrazu. Albo to prawda, albo doskonale się ucharakteryzowali. Tylko po co mieliby to wszystko robić?
      Mój umysł ledwo przyjmował do wiadomości obie ewentualności. Począłem szarpać się w siedzeniu, ale oni założyli coś w rodzaju masek i ponownie poczułem woń gazu usypiającego. Tym razem nie zasnąłem, tylko uspokoiłem się. Należało uczynić coś sensownego; nie uciekać, tylko nawiązać z nimi kontakt.
      — Where do you come from?
     
Nagle otrzymałem odpowiedź po polsku:
      — Nie musisz już mówić w obcym języku. Masz tłumacz, to te kolczyki, które założyłeś; my też cię rozumiemy. Pozwól, że przedstawimy ci twoją sytuację. Jak mamy się do ciebie zwracać?
      — Jak tylko zechcecie. Tylko wypuście mnie na wolność. Nikomu o was nie powiem. A na imię mi Longiusz.
      Odezwał się ten z zielonymi włosami:
      — Nie wpadaj w panikę, tylko słuchaj mnie uważnie. Mam na imię Peczi, to mój przyjaciel, Szeni. Zostaliśmy wydaleni z układu gwiezdnego Gammy V, z planety Targ. Za cel wyznaczono nam waszą planetę, którą nazywamy Błękitną. Jakiś czas temu przylecieliśmy na jej orbitę. Wysłaliśmy na powierzchnię sondę, wyposażoną w robota przeznaczonego do zbierania danych. Poznaliśmy język angielski, a komputer pokładowy skonstruował pięć tłumaczy obsługujących także inne języki. Postanowiliśmy wylądować. Jako że na Targ atmosfera jest taka sama jak tutaj, nie mieliśmy problemów z oddychaniem. Szeni, kontynuuj.
      — Nie chcieliśmy, żeby nas wykryto, więc wybraliśmy kraj, w którym nie ma zbyt wielu systemów wczesnego ostrzegania. Tak było bezpieczniej.
      „Mogli przecież wybrać inny” — pomyślałem. — „Albo kłamią, albo zbyt słabo poznali tutejsze realia.”
      — Przebywasz teraz w naszym słabo wykrywalnym pojeździe. Gdy przebijał atmosferę, znajdowało się pod nim potężne skrzydło wyposażone w napęd rakietowy. Tarło o atmosferę, wyhamowując prom i ochraniając go przez ciepłem. Aby nie zauważono nas z miejsca przewidywanego lądowania, lecieliśmy na tle tarczy Księżyca. Na wysokości półtora kilometra nad powierzchnią odłączyliśmy się od skrzydła, zostawiając je w powietrzu, gdzie zawisło dzięki własnemu napędowi, sami zaś uruchomiliśmy składany wirnik i osiedliśmy na tej polanie.
      Czułem, że przestaję się bać. Gdyby chcieli mnie skrzywdzić, już by to uczynili. Poza tym robili wszystko, bym w pełni zrozumiał, kim są. Byłem poniekąd dumny, że jako pierwszy Ziemianin spotkałem istoty spoza ojczystej planety…
      — Chcesz wiedzieć, po co tu przybyliśmy? — spytał Peczi.
      — Tak.
      — Celem naszej wyprawy jest znalezienie trzech istot inteligentnych i przetransportowanie ich do naszego układu gwiezdnego. Według nas spełniasz wszystkie kryteria, ale nie chcemy brać nikogo wbrew jego woli. Pytamy więc ciebie: czy chciałbyś się poświęcić? Jeżeli się zgodzisz, to na 80 lat na pewno nie ujrzysz swojego domu. Domyślasz się zapewne, dlaczego na tak długo? Przemieszczamy się z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Według czasu realnego minie 40 lat, a według pokładowego 6. Odbędziesz je w hibernacji. W sumie po przebudzeniu spędzisz z nami tylko rok. Na Ziemi w tym czasie dużo się zmieni, może zbyt dużo, abyś zaakceptował rzeczywistość po twoim powrocie…
      Zawsze marzyłem o hibernacji i obudzeniu się w przyszłości. A jeszcze bardziej o podróżach międzygwiezdnych. Mógłbym pozwolić sobie na spełnienie tego marzenia, ulec tej wielkiej pokusie doświadczenia jakby snu na jawie…
      — Co się ze mną stanie, gdy już przybędę na waszą planetę?
      — Nie obawiaj się zaglądania do wnętrza twego ciała ani przechodzenia innych naukowych prób. Potraktujemy cię jako gościa.
      Chciałem im wierzyć, choć ufanie takim zapewnieniom wydawało się szaleństwem, tym bardziej że sprowadzenie z odległego układu gwiezdnego zwyczajnego turysty zupełnie mijało się z celem.
      — Jaki jest u was poziom techniki?
      — Najwyższe nasze osiągnięcie to lot z prędkością przyświetlną.
      — Posiadacie broń atomową?
      — Tak.
      — Są u was dwie płcie?
      — Tak. Nie różnimy się mocno od was.
      — A jaki macie system liczbowy?
      — Dziesiętny.
      — Czy ten kolczyk tłumaczy tylko język?
      — Nie. Jednostki metryczne także.
      Skończyły się pomysły na dalsze pytania, choć powinienem zadać ich tysiące. Odczułem niechęć do wyciągania zbyt wielu informacji, które przecież mógłbym poznać już na miejscu, nie psując sobie przyjemności eksploracji. Powoli zaczynałem zachowywać się jak szaleniec, choć cała ta sytuacja była istnym szaleństwem.
      — Zdaje się, że zgodzę się na lot. Tylko zapewnijcie mi godziwe warunki — wypaliłem jakby mimowolnie, ale nie miałem zamiaru tego odwoływać. Poczułem, że coś podpowiada mi, że tak właśnie muszę postąpić – bez oglądania się na cokolwiek.
      — Nie martw się, jesteśmy podobni do ciebie, więc nie będziesz czuł się u nas źle. Pod wieloma względami Targ przypomina Ziemię. Jesteśmy ci wdzięczni za to, że wyraziłeś zgodę, ale potrzebujemy jeszcze dwóch innych ochotników. Czy masz żonę, dzieci lub rodzeństwo?
      — Nie jestem żonaty. Krewnych też nie weźmiecie. Z góry wiem, że nie wyraziliby zgody.
      — To może poleciłbyś nam swoich przyjaciół?
      Od razu pomyślałem o właścicielu lornetki, Mikołaju. Jemu mogłoby się to spodobać.
      — Oczywiście. Znam takiego, który raczej wam nie odmówi, o ile przekonacie go tak dobrze, jak mnie.
      — Potrzebujemy jeszcze przedstawiciela drugiej płci.
      — Znam pewną inteligentną kobietę w moim wieku. Istnieje cień szansy na zgodę z jej strony.
      — Bardzo dobrze. Miałbyś coś przeciwko, abyśmy się teraz do nich udali?
      — Do Mikołaja i tak się wybierałem. Co do Ewy, to zobaczymy.
      Szeni wstał. Ja też. Pole siłowe nie blokowało już siedzenia. Klapa wyjściowa otwarła się i wyszliśmy z Szenim na zewnątrz. Peczi zaś pozostał w środku.
      Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że mówiłem z kosmitami na „ty”, a oni posłusznie odpowiadali na pytania. Utwierdziłem się w przekonaniu, że nic złego nie spotka mnie z ich strony.
      Szeni niósł przy sobie broń: pistolet z gazem usypiającym i coś większego z celownikiem laserowym, mającego posłużyć jako pokaz pozaziemskiej technologii.
      Po krótkim czasie dotarliśmy do domu Mikołaja. Na strychu paliło się światło. Kosmita postanowił pozostać na polanie, a ja podszedłem do domofonu. Przyjaciel wpuścił mnie do środka i po chwili znalazłem się w amatorskim obserwatorium astronomicznym.
      — Dobrze, że przyszedłeś. Będziemy wspólnie oglądać niebo, dzieło Boże. Przydała się lornetka?
      Nie odpowiedziałem, gdyż nie chciałem teraz poruszać tego tematu. Choć i tak właściciel lornetki bez trudu mógł dostrzec, że jest uszkodzona. Usiadłem przed wizjerem i wycelowałem lunetę w stronę Jowisza. Ukazała się tarcza planety z wyraźnymi białymi i pomarańczowymi pasami atmosfery, a obok niej cztery kropki księżyców galileuszowych. Ledwo widoczna Wielka Czerwona Plama zdawała się być okiem, które patrzy na mnie po drugiej stronie okularu…
      Nagle Mikołaj drgnął, ujrzawszy błyski za oknem. Czym prędzej wyszedłem na balkon, nie wpuszczając za sobą przyjaciela. Na dole stał Szeni. Demonstrował użycie targańskiej technologii laserowej. Zauważył mnie, a ja na migi poleciłem mu schować broń. Ten usłuchał, po czym poszedł w stronę drzwi, nie do końca zrozumiawszy moją intencję.
      Wróciłem do środka. Mikołaj patrzył na mnie podejrzliwie. Poczułem się zobowiązany powiadomić go, o co chodzi. Nie potrafiłem jednak wydobyć z siebie żadnego słowa. Opanował mnie bezwład emocjonalny.
      Usłyszeliśmy na dole pociągnięcia za klamkę. Zeszliśmy więc razem do klatki schodowej.
      — Znasz tych ludzi? — spytał mnie przyjaciel. — To oni zniszczyli moją lornetkę?
      — Znam… — odpowiedziałem. — Choć to… nie zupełnie ludzie. Nie bój się, wszystko ci wyjaśnimy.
      — To jakiś surrealizm. Zachowujesz się bardzo dziwnie.
      Drzwi stały otworem. A w nich Szeni.
      Mikołaj pobladł na twarzy i głucho jęknął. Po czym zemdlał.

      *
      Zanieśliśmy nieprzytomnego do promu. Czekał tam na nas Peczi. Targanie zaproponowali mi, że zapoznają Mikołaja z sytuacją, gdy tylko się obudzi. Tymczasem ja miałem sam odwiedzić Ewę. Nie zamierzałem jednak mówić jej wprost o kosmitach ani straszyć ją ich odmiennością. Podzieliłem się wątpliwościami z Targanami, ci zaś oznajmili, że napiszą przy pomocy tłumacza przemówienie, które jej wręczę. Aby uwierzyła w jego autentyczność, dołączą doń wyświetlacz holograficzny, prezentujący targańskie dokonania techniczne.
      Po godzinie wyszedłem do Ewy. W żadnym razie nie wypadało odwiedzać jej w nocy. Wobec tego postanowiłem nie kontaktować się z nią bezpośrednio, tylko w jakiś sposób spróbować przekazać jej oba rekwizyty.
      W jej domu paliło się światło. A okno na parterze było uchylone. Wykorzystałem to i wrzuciłem przezeń przemówienie i wyświetlacz, po czym usunąłem się w cień. Usłyszała to i podeszła na miejsce. Na jej twarzy dostrzegłem lęk. Podniosła przedmioty z podłogi i z podejrzliwością przypatrywała im się przez dłuższy czas. Nagle jej wzrok utkwił w martwym punkcie gdzieś za oknem. Wyglądało to dość nienaturalnie.
      Po kilku chwilach ocknęła się i opuściła pomieszczenie. Straciwszy ją z oczu, postanowiłem wrócić na polanę.
      Już na miejscu Peczi wyszedł ku mnie z promu i powiedział:
      — Postanowiliśmy nie budzić twojego przyjaciela aż do rana, aby był bardziej wypoczęty, gdy mu się przedstawimy. Jeżeli chcesz, możesz skorzystać z hibernatora.
      Zgodziłem się, zważywszy, że należało przyzwyczajać się do przyszłych warunków. Weszliśmy przez boczne drzwi do kabiny pilota. Jej wnętrze zajmowały dwa fotele i masa różnych przyrządów. Za nią, w niewielkim pomieszczeniu przed tylną komorą, w której po raz pierwszy spotkałem Targan, znajdowały się dwa hibernatory. Rozebrałem się i ułożyłem w jednym z nich. Gaz usypiający pogrążył mnie w nieświadomości…

      *
      Obudziłem się. Było już po wszystkim. Zaskoczyła mnie prostota całego procesu. Dowiedziałem się, że spoczywałem w bardzo niskiej temperaturze, a mimo to ciało moje nie doznało żadnych uszkodzeń. Ubrałem się i wstąpiłem do tylnego pomieszczenia. Siedzieli tam: Szeni, Peczi, Mikołaj i Ewa. Toczyli ożywioną rozmowę. Nie witając się, Mikołaj rzekł do mnie:
      — Polecę na Targ. Ewa również. Mówili mi, że ty również.
      — Tak — potwierdziłem. — Nie spodziewałem się, że tak szybko się zdecydujecie. Co was przekonało do lotu?
      — Ja nie mam tutaj zbyt wiele do stracenia. Wiesz przecież, że żyję w samotności. Poza tym interesuję się astronomią, jak ty, więc moja zgoda to oczywistość. Ty jednak masz rodziców i młodszego brata.
      — Nie chcę zmarnować szansy, która już nigdy się nie powtórzy. Poza tym kiedyś tu wrócę, choć minie sporo czasu. Z chęcią ujrzę przyszłość Ziemi.
      — Ja też pragnę wykorzystać tę okazję — odezwała się Ewa. — Nie umiem tego wytłumaczyć, ale myślę, że nie znalazłam się tutaj przypadkowo. Trzeba tylko zawiadomić nasze rodziny. Dajcie im te same listy, co mnie, wraz z tymi holograficznymi dowodami.
      — Nie będą zadowoleni i nigdy tego nie zrozumieją — stwierdził Mikołaj. — Trochę wysoka jest cena tej waszej „jedynej okazji”. Jeśli już ktoś musi lecieć, to najlepiej ja sam. Ale i tak postąpicie, jak uważacie. Przynajmniej będę miał dobre towarzystwo.
      — Wyślemy roboty z holografami — oznajmił Szeni. — Poradzą sobie w kilka godzin. Potem nasze urządzenia wyłączą się, aby zapobiec przechwycenia obcych technologii przez Ziemian. Nie chcemy, by wasz świat dowiedział się o naszym istnieniu. Takie otrzymaliśmy rozkazy. A my możemy już startować. Nie zabierajcie niczego z waszej planety, prócz ubrań, które macie na sobie. Ja z Peczim pójdziemy do kabiny pilota, a wy siedźcie na fotelach. Będzie was ubezpieczało pole siłowe.
      — Tak prędko wylatujemy? — zdziwił się Mikołaj.
      — Nasz cel został już wypełniony — odpowiedział Peczi. — Nie widzę powodu, by zostawać tu dłużej. Każda godzina zwiększa szansę, że coś pójdzie nie tak.
      — No to lećmy — zdecydowałem. — Tylko dajcie nam kilka minut. Nie zrobi to wam przecież większej różnicy.
      Wyszliśmy pożegnać się z Ziemią. Ewa płakała. Już się obawiałem, że w ostatniej chwili się rozmyśli. Zmagała się z sobą, ale zawróciła do pojazdu. Mnie też zrobiło się przykro, że opuszczałem bliskich, których większości już nie zdążę zobaczyć przed powrotem. Ale czekało nas poważne przedsięwzięcie. Mikołaj uczynił znak Krzyża i podążył za przyjaciółką. W końcu i ja znalazłem się w promie.
      W chwili startu ściany stały się przezroczyste. Unieśliśmy się nad powierzchnię. Przez dwie minuty lecieliśmy jak w konwencjonalnym śmigłowcu. Potem ujrzeliśmy wiszące w powietrzu skrzydło, na którym osiadł prom. Śmigło zwolniło obroty i złożyło się. Włączyły się silniki rakietowe skrzydła. Przyspieszenie było tak duże, że fizyczne cierpienie nie pozwoliło zapamiętać dalszych szczegółów lotu.
      Po kilkunastu minutach krążyliśmy po orbicie Ziemi. Choć przedstawiała piękny widok, zająłem się obserwacją dalszych obiektów: gwiazd i mgławic. Po raz pierwszy w życiu ujrzałem Obłoki Magellana. Niestety, nie odczuwałem fascynacji zaistniałą sytuacją; zrobiło mi się nieswojo z powodu braku grawitacji: czułem, jakbym cały czas spadał. Z całej trójki byłem najsłabiej przygotowany fizycznie na takie wrażenia. A tyle razy w przeszłości wyobrażałem sobie tę chwilę jako przyjemne i wybitnie interesuujące doświadczenie!
      Mikołajowi i Ewie dużo bardziej podobało się w Kosmosie. Ich entuzjazm sięgał zenitu. Oboje chłonęli każdą chwilę spędzoną na obserwacji powierzchni ojczystej planety, rozciągającej się na pół nieba.
      Minęła godzina, zanim dołączyliśmy do macierzystego statku kosmicznego. Z głośników rozległ się głos Pecziego:
      — Za chwilę znajdziemy się na pokładzie. Otworzy się śluza i przelecicie do środka. Potem utworzymy grawitację. Połóżcie się wcześniej na podłodze; z łatwością rozpoznacie strony.
      Przeszybowaliśmy przez luk. Przylgnęliśmy do domniemanej podłogi i nastała sztuczna grawitacja, wywołana poprzez przyspieszanie statku. Wtedy zjawili się Targanie i zaprowadzili nas do hibernatorów. Jeszcze przez kilka godzin oglądaliśmy oddalającą się Ziemię w sali widokowej. W międzyczasie otrzymywaliśmy raporty o udanej misji robotów. Okazało się, że nasi krewni pozytywnie, choć z wielkim smutkiem, przyjęli zaistniały stan rzeczy. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że przez cały czas zachowywałem się wyjątkowo nienaturalnie, jakby coś zewnętrznego kierowało moim umysłem, a ja, zamiast próbować się temu przeciwstawić, uległem emocjom związanym ze spełniającym się marzeniem z dzieciństwa. To wszystko zdarzyło się tak nagle, tak intensywnie, bez ostrzeżenia… Ale tak właśnie prezentowała się rzeczywistość: stałem się załogantem statku kosmicznego, podążającego do obcego systemu gwiezdnego.
      I traktowałem to zupełnie naturalnie.
      Już niedługo gaz usypiający miał pogrążyć mnie w wieloletnim spoczynku bez świadomości…

       

     

PROLOG
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział I
II