I
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział II
III

     II
     

      Obudziłem się. Chwilę odetchnąłem, po czym klapa otworzyła się i opuściłem hibernator. Ubrałem się i spojrzałem na znajdujący się przy nim zegar. Pokazywał ziemskimi cyframi rok 2048. Powinniśmy już znajdować się w układzie Gammy V. Fakt ten nie docierał do mojej świadomości. Nie czyłem wyraźnej różnicy pomiędzy czasem sprzed hibernacji a chwilą obecną. Olbrzymia odległość, jaką pokonał statek, wydawała się nieistotna.
      Sztuczna grawitacja pozwalała normalnie się poruszać. Wewnątrz kolistego korytarza spotkałem Szeniego. Choć jego twarz nie wyrażała zdenerwowania, pośpieszne kroki zdradzały coś niepokojącego. Spytałem, co się dzieje, a ten odparł, że obca rakieta przycumowała do nas i ktoś przedostał się na pokład. Targanie unieszkodliwili pojazd intruza, ale on sam pozostał na naszym. Do tej pory go nie znaleziono. Zastanawiałem się, dlaczego tak od razu po pojawieniu się w Gammie V zostaliśmy przechwyceni. Z całą pewnością musiało intruzowi chodzić o ładunek – czyli o nas, Ziemian.
      Z pomieszczeń obok niemal równocześnie wyszli Mikołaj i Ewa. Opowiedzieliśmy im o zdarzeniu. Szeni przywołał Pecziego. Postanowiliśmy wspólnie odnaleźć obcego. Nikogo nie cieszyło to, że dotarliśmy bezpiecznie do celu. Pojawiły się obawy, że cała ta podróż wcale nie będzie taka bezpieczna, jak nam się wcześniej wydawała.
      Dostaliśmy po pistolecie gazowym. Zaznajomiono nas z zasadami jego działania oraz z ogólnym planem pokładu. Targanie potrzebowali naszej pomocy, gdyż uznali, że sami mogą nie dać sobie rady. Całe to zamieszanie było dla nich sporym zaskoczeniem.
      Wtem statek wykonał obrót. A więc nieproszony gość wdarł się do sterowni. Dotarliśmy tam, minąwszy pokój ze skafandrami, ale on zdążył przed nami uciec. Na ekranach pojawiła się gwiazda, oznaczona strzałką. Peczi powiedział, że to Gamma IV. Poprosiłem, żeby nam wyjaśnił, o co chodzi, ale oznajmił, że nie ma na to czasu.
      Poczuliśmy zapach gazu usypiającego.
      — Czy ktoś wystrzelił? — spytał Szeni.
      Okazało się, że nikt z nas. Wróciłem do zauważonego wcześniej pomieszczenia, w którym wisiały skafandry i maski tlenowe. Założyłem jedną z nich. Pobrałem cztery inne dla reszty załogi. Pędząc korytarzem, napotkałem Targan. Wręczyłem im maski i wpadłem do sterowni. Na podłodze leżeli uśpieni przyjaciele. Nad nimi stał ktoś w skafandrze. Zauważył mnie i począł uciekać. Rzuciłem się w pościg za intruzem, choć mój pistolet gazowy zrobił się zupełnie bezużyteczny. Nie zważałem na to, że działam impulsywnie. Byłem zły na nieznajomego, że próbował wyrządzić krzywdę Mikołajowi i Ewie. Po pewnym czasie zmniejszyła się grawitacja i poczęliśmy swobodnie unosić się w nieważkości. Obcy zostawił za sobą jakiś przedmiot. Nie zaprzestałem pościgu. Zbliżaliśmy się do śluzy powietrznej. I tu zakończyła się gonitwa. Nieznajomy za pomocą sterowników próbował otworzyć zamknięty właz. Drzwi do komory za moimi plecami poczęły się zamykać. On miał skafander, a ja nie…
      Czym prędzej wyleciałem z komory. Choć zastanawiałem się, czy to był dobry ruch. Przecież ścigany przemieszczał się jedynie z pokładu na pokład. Przez szklany otwór obserwowałem otwieranie się śluzy. Nagle cisnęło przybyszem ku otwratej przestrzeni. Okazało się, że jego statku już tam nie było. A więc otarłem się o śmierć.
      Nadciągnęli Targanie, a zaraz po nich Ziemianie. Zauważyli, że jest już po wszystkim. Zdjęli maski tlenowe; sam też poszedłem za ich przykładem. Spytali mnie, jak ten ktoś wyglądał.
      — Nie wiem — odparłem. — Miał skafander przeznaczony dla humanoida, na dwie ręce, dwie nogi i głowę. Kolejny obcy podobny do nas!
      — Istota coś zostawiła — powiedział Peczi i wręczył mi wyrzucony przezeń przedmiot. — To dziwne, ale tu jest napis w języku starogammijskim.
      — Co to za język? Kim była ta istota? Jest jeszcze więcej cywilizacji pozaziemskich? Jaka jest wasza historia? Skąd pochodzicie? — rzucałem pytanie za pytaniem.
      Szeni z Peczim wymienili porozumiewawcze spojrzenia, czego Ziemianie nie zauważyli.
     
Zaczął Szeni:
      — Zaczynaliśmy od słabo zaawansowanych technicznie społeczeństw. Rozwijaliśmy się w miarę jednostajnym tempie, choć w pewnym okresie nastąpiło przyspieszenie. Następnie nadeszły wielkie wojny. Po ich zakończeniu powstało na Targ jedno wielkie państwo, które prędko podzieliło się na dwa wielkie kraje, nie podejmujące już wzajemnej walki z obawy przed obopólnym unicestwieniem. Potem nastąpiło nawiązanie kontaktów z mieszkańcami sąsiedniej planety – Kunsanami, które doprowadziło do kolejnej wielkiej wojny, trwającej z przerwami do dzisiaj. To wszystko. Kiedyś na Targ przez krótki okres czasu istniał jeden kraj zamieszkały przez różne ludy, władające jednym uniwersalnym językiem. Stąd nazwa „starogammijski”.
      Targanie odetchnęli z ulgą.
      — W takim razie co tu jest napisane?
      — „Urządzenie zwane „Neurytem”. Dla „Wybranego”. Służy do łączności i oddziaływania umysłowego.”
      Przebadaliśmy „Neuryt”, ale nie zrozumieliśmy jego działania. Dowiedzieliśmy się jedynie, że należy z nim postępować ostrożnie i uważać na zbyt dużą wilgoć. Następnie wstąpiliśmy do sali widokowej, będącej także sterownią i spojrzeliśmy w przestrzeń, aby zobaczyć układ gwiezdny, będący celem naszej podróży. Na niebie widniała Gamma V. W odległości 0.01AU od nas ujrzeliśmy planetę Targ. Osnuta była gdzieniegdzie chmurami. Cała zielona, pokryta niebieskimi plamami, będącymi morzami i jeziorami. Na biegunach zalegały czapy polarne. Nie posiadała księżyców. A więc tak wyglądał ów pozaziemski glob. Oglądaliśmy go z niedowierzaniem i pewnym rozczarowaniem zarazem. Jako pierwsi mieszkańcy Ziemi dotarliśmy tak daleko, ale to, co widzialiśmy, nadal przypominało nasz własny świat. Jedynie świadomość jego zaludnienia przez obcą cywilizację mocno działała na wyobraźnię i emocje. Czy rzeczywiście tak względnie blisko Ziemi powstały istoty tak podobne do nas?
      Postanowiliśmy przygotować się do lądowania. Wyrzuciliśmy ziemskie ubrania i założyliśmy nowe, wygodniejsze. Mikołaj i Ewa wrócili do swoich pokoi, a ja zostałem przy „Neurycie”. Szeni i Peczi udali się zaś do sterowni.
      Z urządzenia wydobył się głos, którego tłumacz nie zrozumiał i głos ten stopniowo cichł, aż usłyszałem go w myślach. Wydawało mi się, że to wyobraźnia, ale dźwięki narzucały się same; nie ja je tworzyłem. Nagle rozpoznałem słowa wypowiadane po polsku: „To dla ciebie to urządzenie… Użyj mnie myślowo…”.
      W drzwiach pojawili się Mikołaj i Ewa. Ten pierwszy spytał:
      — Wciąż badasz urządzenie? Tam, na dole, czeka nas dużo lepsza eksploracja.
      Nie czekając na odpowiedź, wyszedł, zostawiając mnie sam na sam z Ewą i „Neurytem”. Długo milczeliśmy, po czym spojrzeliśmy sobie w oczy. Trwało to może chwilę, gdy nagle coś gwałtownie szarpnęło statkiem. Do pomieszczenia wbiegła reszta załogi i ogłosiła kolejny alarm.

      *
      Nie lądowaliśmy wszyscy razem. Na statku nastąpiła poważna awaria reaktora, a prom mieścił się w jego pobliżu. Użyliśmy więc dwuosobowych lądowników awaryjnych. Ja w pojedynkę zająłem pierwszy, Szeni z Mikołajem drugi, a Ewa z Peczim trzeci. Niestety, z powodu niewielkiej manewrowalności, każdy zespół zmierzał w inne, odległe o tysiące kilometrów od siebie miejsca, uzależnione od czasu opuszczenia pokładu i trajektorii wylotu. Nie udało się również zabrać ze sobą żadnego ekwipunku.
      Mój pojazd osiadł gwałtownie, lecz nie doznałem żadnych obrażeń. Wyszedłem odważnie na zewnątrz. Trwał dzień. Ciśnienie atmosferyczne nie różniło się od ziemskiego. Podobnie skład atmosfery. Temperatura powietrza odpowiadała latu w moim rodzimym kraju. Spojrzałem na panoramę planety. Niebieskie niebo kontrastowało z zieloną powierzchnią. Całą powierzchnię pokrywały obszary trawo-podobnej roślinności, gdzieniegdzie tylko usłane pojedynczymi budynkami. Poza mną nie było tu żywego ducha. Rozejrzałem się i dostrzegłem w pobliżu konstrukcję podobną do radaru, obracającą się wokół własnej osi. W pobliżu rozciągał się pas startowy, na którym stał pojazd wyglądający jak samolot. Ze wszystkich stron miał dysze silników odrzutowych.
      Tak oto postawiłem jeden z pierwszych kroków na obcej planecie. I to nie na Marsie. Nie doświadczałem jednak żadnych szczególnych emocji. Świat wokół mnie żył swoim własnym życiem, nie zwracając na mnie większej uwagi. Nikt tu na mnie nie czekał.
      Należało zacząć działać. Obok pasa wyrastał z ziemi niewielki barak. Po wejściu do jego wnętrza usłyszałem z głośników:
      — Informator do nabycia. Cena: dwa tytany. Czy dokonać transakcji?
     
Powiedziałem „tak”. Zapomniałem jednak, że mechanizm nie zna mojego języka. Lecz komputer zorientował się, o co chodzi i zapytał, czy posiadam tłumacz. Wskazałem na urządzenia zamieszczone na moich uszach. Mechanizm oznajmił, iż wie, że go rozumiem i nakazał mi położyć kolczyki na tacce, która wysunęła się ze ściany. Uczyniłem, jak mi polecił i po minucie oddał mi je z powrotem, oznajmiając, że mogę już swobodnie porozumiewać się w swoim języku. Spytał, z jakiego kraju pochodzę. Zaufałem mu i powiedziałem prawdę: o przybyciu z Ziemi, spotkaniu Szeniego i Pecziego, awaryjnym lądowaniu. Powiedział, że jako przybysz spoza układu otrzymam go bez płacenia. Ponownie wysunęła się tacka, tym razem z jakimś przedmiotem. To coś oznajmiło, że jest przewodnikiem gotowym do usług. Poprosiłem, by przedstawił mi moją sytuację.
      „Planeta Targ to trzeci duży obiekt licząc od gwiazdy Gamma V. Doba trwa 29 godzin. Rok 390 dni. Średnica to 8000km, grawitacja 0.9g, skład atmosfery: 22% tlenu, 77% azotu, 1% neonu; ciśnienie 1000hPa. Wylądowałeś w centrum rozległego miasta, w porcie lotniczym.”
     
Na pytanie o możliwość kontaktu z przyjaciółmi, stwierdził, że lokalizacja ich położenia wykracza poza jego kompetencje. Podszedłem do stojącego nieopodal samolotu. Usłyszałem głos z megafonów zamontowanych w pobliżu:
      — Samolot do wypożyczenia. Cena: dziesięć tytanów za dzień. Czy dokonać transakcji?
      Włożyłem rękę do kieszeni i znalazłem niewielkie sztabki lśniącego metalu. Zapewne pieniądze. Dowiedziałem się od informatora, że dwie z nich wystarczą, by zapłacić. Spytałem go, czy pomoże mi sterować pojazdem, a on odparł, że jest to bardzo proste i nauczy mnie latać. Zgodziłem się na zakup, wrzucając metal do oznaczonego miejsca.
      Wsiadłem do samolotu, a informator w kwadrans nauczył mnie go obsługiwać. Zanim uruchomiłem silnik, włożyłem kombinezon pilota, znajdujący się za siedzeniem. Na wypadek kontaktu z Targanami miałem przebranie.
      Wystartowałem. Pilotowało się niezwykle łatwo. Bez trudu dało się wykonać zawis. Pode mną rozpościerała się metropolia, zwana po prostu Miastem. Odległości między budynkami sięgały aż pół kilometra, więc nie była mocno zaludniona. Nie zauważyłem żadnych dróg. Cały ruch odbywał się w atmosferze. Poza linię horyzontu roztaczała się równina porośnięta trawą. Spróbowałem wznieść się na najwyższy pułap. W dwadzieścia minut osiągnąłem wysokość 30km. W zenicie górowała jasna plamka, oddalona o kolejne 40km. Zbadałem możliwości maszyny, ale nie wiedziałem, co dalej.
      Na ratunek przyszedł komunikat z głośników umieszczonych wewnątrz kabiny:
      — Tu właściciel samolotu. Witam cudzoziemca. Jeżeli nie ma pan nic przeciwko, proszę lecieć do oznaczonej strzałką budowli. Tam uzyska pan pomoc. Wiem o pana trudnej sytuacji.
      Oburzyłem się na informator, że zdradził komputerowi samolotowemu moje dane osobiste, ale ten zapewnił, że gdybym wcześniej poprosił o zachowanie ich w tajemnicy, bez problemu wypełniłby mój rozkaz. Mając tylko jedną alternatywę, postąpiłem zgodnie z propozycją.
      Wylądowałem przy niewysokim budynku. Spory tłum zapełniał jego wnętrze. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. Twarze Targan jeszcze mniej różniły się od ziemskich niż oblicza Szeniego i Pecziego. Miałem wręcz wrażenie, że to tylko jeden z egzotycznych krajów na mojej ojczystej planecie. Pierwsze spotkanie z istotami pozaziemskimi w ich naturalnym środowisku okazało się mało spektakularne.
      Poprosiłem informator, aby udzielał mi na bieżąco wiadomości. „Jesteś na korytarzu. Na prawo jadłodajnia.” Postanowiłem pójść za jego radą. Wnętrze zapełniały stoliki, przy których Targanie spożywali posiłek. Zamówiłem tylko wodę pitną, serwowaną w przezroczystym pojemniku. Nie zdecydowałem się na nic więcej, gdyż obawiałem się zatrucia nieznanymi białkami. Okazało się, że nie musiałem za nią płacić, gdyż przysługiwała turystom za darmo.
      Kolejnymi pomieszczeniami okazały się sklepy z najróżniejszymi towarami. W pewnym momencie znalazłem się przy zamkniętych drzwiach prowadzących do niejakiej Centrali Łączności z Sąsiednim Państwem. Zatrzymałem się przy nich, a wtedy podszedł do mnie pewien nieznajomy i poprosił mnie do swojego gabinetu. Nie odzywając się, poszedłem za nim.
      Wstąpiliśmy do pokoju, na którego ścianach widniały liczne monitory, a na meblach zalegały konsole. Poczułem lęk. Wahałem się, czy nie wyjść stamtąd. Postać przedstawiła się jako Ofeni, wysoki urzędnik targański. To on mnie tu wezwał. Poznał mnie po przestarzałym kombinezonie. Nawiązała się między nami rozmowa tłumaczona przez kolczyki oraz informator. Powiedział mi, że znana mu jest moja aktualna kondycja finansowa i chciałby mi zaoferować pomoc. Zaproponował zarobek w wysokości stu tytanów oraz zezwolenie na kontakt z osobami z drugiego kraju. Wystarczyło, że w pewne miejsce dostarczę pewien rekwizyt, zachowując pełną dyskrecję. Potrzebował do takiego zadania kogoś z zewnątrz, najlepiej spoza planety lub nawet układu gwiezdnego. Miało to zminimalizować ryzyko, gdyż nikt nie podejrzewałby, że obcy, jakim sam dla nich byłem, uwikła się w coś takiego.
      Zdałem sobie sprawę z tego, że przedmiot ten musi być pożądany przez wiele różnych sił… Propozycja, jaką mi przedstawiono, wydawała się zupełnym szaleństwem. Czy po to przetransportowano mnie z Ziemi, abym posłużył jako przemytnik?? Nie, to zbyt absurdalne. Choć, jakby na to nie patrzeć, moje przybycie do Gammy V spotkało się z większym odzewem, niż mi się pierwotnie wydawało.
      Spojrzałem na sześcienne pudełko o rozmiarach małego komputera, wyglądające jak zapakowane towary sklepowe z pobliskiego centrum handlowego. Gdy tak na nie patrzyłem, moje pełne obaw myśli zaczęły powoli wygasać. Nabierałem emocjonalnego dystansu do tego, co się działo. Rozum nakazywał mi wycofanie się, ale został zagłuszony przez wewnętrzną ciszę…
      Przyjąłem zapakowany przedmiot. Ofeni oznajmił mi, że prześle mi adres, kiedy wrócę do samolotu.

      *
      Lecąc, odebrałem komunikat:
      — Tu Ofeni. Leć do wypożyczalni, by wymienić samolot na lepszy model. Pokieruję cię tam. Potem udaj się 70km nad powierzchnię, do stacji suborbitalnej; widać ją stąd gołym okiem. Już na miejscu, twój informator poprowadzi cię do odpowiedniego pomieszczenia. Właśnie zdalnie zaktualizowałem jego dane.
     
Uczyniłem, jak powiedział. Wylądowałem w niewielkiej bazie lotniczej, w której panował dość duży ruch powietrzny. Bezbłędnie trafiłem do stanowiska z odpowiednim pojazdem. Od komputera prowadzącego transakcje dowiedziałem się, że mogę tutaj wymienić modele, dopłacając jedynie różnicę w cenie. Ta jednak okazała się na tyle wysoka, że pozbyłem się prawie całej posiadanej waluty.
      Przeniosłem pakunek do nowego wehikułu, rozglądając się, czy nikt nie mnie obserwuje. Niewielu jednak Targan przechodziło w pobliżu. W środku panowały dużo mniejsze wygody. I tym razem nauka obsługi kokpitu nie sprawiła mi większych trudności. Wystartowawszy, nakierowałem na stację orbitalną. Po dwudziestu minutach doleciałem w pobliże. Krzywizna planety wyraźnie się zarysowała. Pomimo dużej wysokości, jasność atmosfery niewiele się zmieniła. Okazało się, że gęstość gazu malała wolniej niż na Ziemi. Całość konstrukcji spoczywała na olbrzymiej platformie, utrzymywanej w stałym punkcie nad powierzchnią dzięki własnym napędom rakietowym oraz gigantycznym balonie. Na jej szczycie a poniżej podbrzusza aerostatu znajdował się pas startowy, na którym osadziłem samolot. Pole siłowe wyhamowało jego pęd. Ono też podtrzymywało odpowiednio wysokie ciśnienie, aby łatwiej oddychało się odwiedzającym.
      Pobliska winda prowadziła do wnętrza suborbitalnego budynku. Postanowiłem najpierw podejść do barierki okalającej jego krawędzie, by spojrzeć w dół, na Miasto. Widok prezentował się wyśmienicie. Bezkresna równina, tylko gdzieniegdzie przysłonięta obłokami, rozpościerała się aż po zakrzywiony horyzont. Na jego skraju ustępowała miejsca wzgórzom oraz zbiornikom wodnym. To właśnie tam, w drugim kraju, znajdowali się moi przyjaciele.
      Nagle usłyszałem kroki w swoją stronę. Podszedł do mnie jakiś Targanin, który uważnie przyglądał się mojemu pakunkowi. Przedstawił się jako przyjaciel Ofeniego. Poprosił mnie, abym pokazał mu, co jest w środku.
      Wydało mi się to podejrzane. Nie w tym bowiem miejscu mieliśmy się spotkać. Odezwałem się do nieznajomego, a informator przetłumaczył głośno moją wypowiedź:
      — Wejdźmy do środka, tam, gdzie się umówiliśmy. Tu nie jest bezpiecznie.
      — Proszę pokazać mi najpierw zawartość.
      — A ja proszę się wylegitymować — palnąłem.
      Targanin wyjął metalową kartę, na której dostrzegłem nieznane mi znaki, których i tak zupełnie nie rozumiałem poza cyframi, które zdążyłem poznać podczas nauki latania. Moje zaufanie wzrosło na tyle, że odchyliłem kolorowe opakowanie i razem zerknęliśmy do wnętrza. Ujrzałem wilgotne gąbki szczelnie oblepiające coś twardego.
      — Oddaj to lepiej, zanim coś się stanie! Natychmiast!! — krzyknął nieznajomy i wyjął broń laserową.
      Przestraszony, nie wiedziałem, co czynić. Moja sytuacja dramatycznie się pogorszyła. Nie chciało mi się wierzyć, że w tak marny sposób mogłem skończyć eksplorację obcego układu gwiezdnego.
      — Już, tylko zapakuję to z powrotem — oznajmiłem, aby zyskać na czasie.
      Podziałało. On też najwyraźniej chciał jak najprędzej ukryć zawartość. Wtem w mojej głowie pojawił się pewien pomysł.
      Wystawiłem rekwizyt za barierkę.
      — Odsuń się albo to upuszczę — zagroziłem.
      Ale napastnik rzucił się za przedmiotem, kładąc się na barierce. Impulsywnie, bez namysłu – jak na rozkaz. Chwycił go i zaczęła się szarpanina.
       „Obym nie przegrał” — pomyślałem, po czym prawie w tym samym momencie przeciwnik stracił równowagę i runął wraz z laserem w dół, ku powierzchni. Pole siłowe przepuściło spadającą postać.
      Napełniło mnie przerażenie. Teraz na pewno zaczną się kłopoty. Nie tak miało wyglądać spotkanie dwóch obcych cywilizacji.
      Rozejrzałem się, ale nikogo więcej nie zobaczyłem. Założywszy, że ofiara walki wręcz nie była znajomym Ofeniego, postanowiłem prędko kontynuować zadanie, zanim jej ciało uderzy w powierzchnię – tam, na dole.
      Wskoczyłem do windy i zjechałem do wnętrza stacji. Nie rozglądając się ani nie zwracając uwagi na otoczenie, pobiegłem według wskazówek informatora prosto do wyznaczonego miejsca. Okazało się, że podjąłem dobrą decyzję. Czekał tam na mnie inny Targanin, który od razu przy wejściu wręczył mi sztabki z walutą w liczbie stu pięciu tytanów. Bez słowa dałem mu potargany przedmiot, a on natychmiast włożył go do dużego pojemnika z parą i nakazał mi prędkie opuszczenie suborbitalnej konstrukcji.

      *
      Do Centrali Łączności, gdzie spodziewałem się nawiązać kontakt z przyjaciółmi, dostałem się bez problemu dzięki upoważnieniu danemu mi przez Ofeniego.
      Gdy tylko wstąpiłem do środka, z głośników dobiegł głos:
      — Wiadomość dla cudzoziemca, który niedawno przybył do Miasta. Proszę pokazać kolczyki w celu identyfikacji.
     
Położyłem je na wysuwanej tacce i po minucie odzyskałem z powrotem.
      — Prom kosmiczny na wynajem. Cena: sto pięć tytanów. Czy dokonać transakcji?
     
Ciekawe, skąd wiedzą, że chciałem zdobyć prom? Czyżby Ofeni poinformował ich o mojej sytuacji? A może wszyscy usiłują się mnie pozbyć? W takim razie po co tu w ogóle przyleciałem? Dlaczego równe sto pięć tytanów, a nie mniej? Czy mają pojęcie o tym, co uczyniłem na stacji? Dlaczego dotąd nie zostałem jeszcze aresztowany?
      — Druga wiadomość dla cudzoziemca, który niedawno przybył do Miasta. Odtwarzam: „Witaj Longiuszu! To ja, Szeni. Leć do nas. Aktualnie przebywamy w drugim kraju. Przez granicę nie przedostaniesz się, musisz przylecieć do nas z Kosmosu. Za dwanaście tytanów, które masz w ubraniu, wypożyczysz prom kosmiczny. Jesteśmy w 10°N 5°E. Dokładne położenie prześlemy tobie, gdy będziesz w pobliżu. Powodzenia.” Koniec wiadomości.
      Bez chwili wahania wynająłem pojazd. Miał czekać na mnie w tym samym porcie lotniczym, w którym znajdował się mój lądownik. Przybyłem tam w momencie, kiedy lądował prom. Opuściłem samolot i pobiegłem w stronę nowego nabytku. Wtem ujrzałem na trawie zmasakrowane ciało Targanina, który wypadł z platformy suborbitalnej. Jak to możliwe, że trafiło dokładnie w to miejsce? Dlaczego nikt go stąd jeszcze nie usunął? Czyżby zastawiono na mnie pułapkę? Czy to prowokacja? A może wyrazy podziękowania za obronę przemyconego ładunku? Spojrzałem wzwyż. Stacja tkwiła dokładnie w zenicie. Może ów Targanin naprawdę spadł w to właśnie miejsce? Ale jeśli ktoś mnie w tej chwili obserwował, musiał nabrać pewności, że dobrze wiem, skąd się tu wzięły te zwłoki…
      Drzwi do promu stały otworem. Może chciano mnie dokądś porwać? Czy dlatego zwlekano z nasłaniem na mnie sił porządkowych? A jeśli to inna frakcja niż rządzący?
      Zatrzymałem się. Zbyt wiele wydarzeń wymykało się tutaj spod kontroli, począwszy od ataku na nasz statek kosmiczny, a skończywszy na zaproszeniu do współpracy z nieznanymi siłami. Czy naprawdę chciałem zaangażować w to również moich przyjaciół? Podjąłem decyzję o odwrocie. Pospiesznie ewakuowałem się do samolotu, po czym wystartowałem. Dałem pełną noc i obrałem kierunek północny.
      W ciągu kilkunastu minut osiągnąłem granicę. Dotąd nikt mnie nie ścigał. Ale teraz otrzymałem ostrzeżenie od patrolu wojskowego kraju, do którego wdarłem się, nieproszony. Zauważyłem dwa samoloty, które skręciły w moją stronę. Odległość między nami zmniejszała się bardzo powoli, aż wyrównały kurs z moim.
      Próbowałem nawiązać z nimi kontakt za pomocą informatora, który tłumaczył moje słowa, ale piloci nie słuchali, tylko ponawiali rozkaz natychmiastowego opuszczenia strefy powietrznej. Mimo to nie podejmowali żadnych wrogich działań, zadowalając się jedynie obserwacją mojego lotu. Musieli zdawać sobie sprawę z tego, że nie stwarzam większego zagrożenia militarnego. Uspokoiło mnie to na tyle, że postanowiłem bezczelnie kontynuować lot do 10°N 5°E.
      Minęło pół godziny. Teren zmienił się. W odróżnieniu od płaskiego krajobrazu Miasta, powierzchnię pokrywały porośnięte krzewami pagórki. Zbliżyłem się do punktu docelowego. Czekałem na wiadomość od Szeniego. Zauważyłem, że eskorta oddala się, rezygnując z pościgu. Zaczęli się wznosić i znacząco przyspieszyli. Spojrzałem do góry. Wysoko na nieboskłonie jaśniała smuga ognia, którą zostawiał hamujący w atmosferze pojazd. Wszyscy podążyli na północny wschód. Miałem szczęście, że ktoś inny zainteresował patrolowców. Choć nie czułem sie przez to wcale bezpieczniej, mając świadomość, że byłem świadkiem kolejnego naruszenia przestrzeni powietrznej.
      Nie mogąc doczekać się komunikatu od Szeniego, zacząłem sam nadawać w języku polskim. Pewnie nikt nie spodziewał się, że dotrę tutaj samolotem i przesyłano transmisje na częstotliwościach zarezerwowanych dla komunikacji orbitalnej.
      W końcu udało się nawiązać łączność ze znajomymi. Poczułem radość i wielką ulgę. Nakierowali mnie nad niewielki dom, znajdujący się w zupełnej dziczy. Wylądowałem obok sześciennego, pozbawionego okien budynku.
      Wyszli mi naprzeciw Szeni wraz z Mikołajem.
      — Witam u nas — rzekł ten pierwszy. — Sądziłem, że przybędziesz do nas z Kosmosu.
      — Wybrałem samolot — oznajmiłem. — Ścigano mnie, ale siły patrolowe zrezygnowały, gdy zobaczyły obcy prom.
      — Pierwotnie myślałem, że to właśnie ty i lecisz do Pecziego — powiedział Szeni. — Mamy z nim kontakt i wysłaliśmy mu wiadomość, by nadał tobie dane o swoim położeniu, ale okazało się, że niepotrzebnie.
      — Czy Ewa też tam jest?
      — Tak — odparł Mikołaj. — U nich wszystko dobrze, u nas też. To ty miałeś najmniej szczęścia.
      — Mam nadzieję, że nie naraziłem was na niebezpieczeństwo.
      — Bardziej martwi mnie ten prom — stwierdził Szeni. — W przeciwieństwie do ciebie, jego pilot nie odpowiadał na wezwania. Trzeba udać się jutro do Pecziego.
      — A nie lepiej dzisiaj? — ponagliłem, zaniepokojony nowym zagrożeniem.
      — Nie możemy użyć twojego samolotu, gdyż będziemy nękani przez wojsko. Odeślę go czym prędzej do właścicieli, zanim zrobi się z tego skandal dyplomatyczny. Potrafię zaprogramować autopilota. Do jutra przygotuję własny pojazd i razem udamy się do 40°N 25°E.
      — A potem? — spytał Mikołaj.
      — Wrócimy na orbitę i zadecydujemy, co dalej. Na szczęście komputer pokładowy naprawił reaktor.

       

     

I
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział II
III