IV
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział V
VI

      V
     
      To mnie zaskoczyło. Skąd urządzenie wiedziało, że chcę się z nim spotkać? A może to ono mnie przywołało? Może to ono nie pozwalało mi zasnąć?
      „Witam cię, Longiuszu.”
      Skąd zna moje imię? Czy sonduje mój umysł?
      „Nie. Ja słyszę twoje myśli.”
      „Dlaczego mnie wezwałoś?”
      „Abyś ze mną współpracował. Nie używajmy słów w naszej rozmowie; porozumiewaj się ze mną, używając próśb myślowych opartych na wyobrażeniach. Musisz się tego nauczyć. Tak będzie mi łatwiej. Inaczej szybciej się wyczerpię i będę potrzebował odpoczynku. Leć na Kuns. Masz misję do spełnienia. Ktoś cię potrzebuje.”
      „Ewa…”
      „Nie ona sama. Ale przynajmniej jej osoba da tobie większą motywację…”
      Nagle z moich myśli usunięte zostały wszelkie wątpliwości. Nawet ta, która powstała po ostatnim zdaniu.

      *
      — Pozwól, że ci ich przedstawię — rzekł Peczi. — To jest Leri, to Tirnoli, Gerni, Ormi…
      — Po co nam ich imiona? — przerwał Mikołaj. — Nie zapamiętamy ich.
      Przed nami stało dwudziestu Targan ubranych w kombinezony.
      — Czy posiadają tłumacze? — zapytałem.
      — Tak — potwierdził Peczi.
      Rozpoczęła się zapowiadana wcześniej narada. Prym wiedli Szeni, Peczi, Mikołaj i Leri. Ja sam przysłuchiwałem się, co mają do powiedzenia. Najemnicy odradzali wyprawę na Kuns. Uważali to za samobójstwo. Zaproponowano więc powrót na Ziemię. Wtedy włączyłem się do dyskusji, jasno artykułując swoje stanowisko:
      — Jest tylko jedna opcja: lot na Kuns. Co do mnie, inne nie wchodzą w grę.
      Na sali zapanowało wzburzenie. Nagle przemówili wszyscy naraz. Pośród zgiełku słyszałem okrzyki Szeniego i Pecziego w ich ojczystym języku, gdyż tłumacz nie nadążał z translacją. Mikołaj podszedł do mnie i zagadnął:
      — Jesteś gotowy poświęcić życie swoje i innych?
      — A ty?
      — Jeśli istnieje choćby cień nadziei, to tak. Dobrowolnie zgłosiliśmy się na tę pozaziemską wyprawę, więc powinniśmy ponieść pełne tego konsekwencje. Jeśli jednak nie ma nadziei, to podjęlibyśmy nieuzasadnione ryzyko.
      — A Targanie?
      — Najemnikami nie przejmujmy się. To ich praca. A Szeni i Peczi obiecali nam wszystkim ochronę. Niech dotrzymają więc słowa.
      — Dotrzymamy — wtrącił Peczi, który przysłuchiwał się rozmowie. — O ile będzie to wykonalne.

      *
      Po tygodniu osiedliśmy na orbicie planety. Podczas lotu udało nam się nauczyć obsługiwać komputer pokładowy, za pomocą którego możliwe było sterowanie w przestrzeni kosmicznej bez konieczności posiadania obszernej wiedzy astronawigacyjnej.
      Kuns majaczyła na ekranie widokowym. Powierzchnię miała ciemną, pokrytą gdzieniegdzie szarymi chmurami. Występowały na niej oceany. Widok ani trochę nie fascynował. A fakt, że na jej powierzchni uwięziono gdzieś Ewę, wprowadzał przygnębienie.
      — Kuns jaka była, taka jest nadal — zauważył Szeni.
      — Tak… A mogło to się zmienić… — powiedział tajemniczo Peczi.
      — O co chodzi? — spytał Mikołaj.
      — Powiemy im? — Szeni użył starogammijskiego.
      — Dlaczego nie? — odpowiedział w tym samym języku Peczi.
     
— Chyba tłumacz się zepsuł — stwierdził Mikołaj.
      — Być może — odrzekł Peczi. — Jeśli chcecie wiedzieć, o czym mówiliśmy, posłuchajcie. Wygnano nas z Targ za zbrodnię wojenną. Konflikt z Kunsanami rozpoczęło Dowództwo Targ, zrzeszające głównie zarządców Południowego Kraju. Rozgrywano go przy użyciu broni konwencjonalnej. DT zdecydowało jednak, że należy unicestwić życie na Kuns. Posłano tam statek kosmiczny wyposażony w rakiety nuklearne wspomagane antymaterią. Nas wybrano na jego pilotów. Dotarliśmy na orbitę. Mieliśmy do wyboru: zniszczyć planetę, zapewniając Targ bezpieczeństwo kosztem masowej zagłady Kunsan lub rozbroić głowice i przedłużyć w ten sposób trwającą do dziś wojnę. I zniszczyliśmy. Głowice. Z tego właśnie powodu skazano nas na banicję. I już więcej nie próbowano powtarzać tej operacji.
      Milczenie ogarnęło salę. Staliśmy i patrzyliśmy na planetę. W głowach mieliśmy pustkę. Dowództwo Targ specyficznie rozumiało „zbrodnię wojenną”.

      *
      Nazajutrz rano obudzili nas Targanie. Miała odbyć się kolejna narada, dotycząca szczegółów misji. Kiedy zebraliśmy się, jako pierwszy głos zabrał Szeni:
      — Pozwólcie, że od razu przejdę do rzeczy. Otóż dziś rano odkryliśmy pokaźne zgrupowanie statków Kunsan na orbicie geostacjonarnej. Są to okręty wojenne. Co chwila kolejne startują z powierzchni i dołączają do pozostałych. Nie ma obaw, jesteśmy dla nich niewykrywalni. Jednak próba wylądowania na powierzchni jest bardzo ryzykowna, gdyż jest nas tylko dwudziestu dwóch, a ktoś jeszcze musi zostać na statku, aby nas ubezpieczać. Poza tym i tak nie wiadomo, gdzie uderzyć…
      — Nie zniechęcaj najemników — przerwał Peczi. — Czy są jacyś ochotnicy?
      Na sali zaległa cisza.
      — Nikogo nie interesuje zdobycie nowego doświadczenia? — spytał zachęcająco. — Im więcej osób się zgłosi, tym będzie bezpieczniej.
      Nikt tego nie uczynił. Każdy czekał na to, aż ktoś inny go wyręczy. Z wyjątkiem mnie. Zgłosiłem się jako jedyny.
      Wszystkie oczy zwróciły się ku mnie.
      — Wiesz, czego się podejmujesz? — spytał Peczi. — Przykro mi z powodu tchórzostwa najemników. Będę musiał ich zwolnić i zastąpić innymi.
      — Może jednak zmienisz zdanie? — zwrócił się do mnie Szeni. — Nie wiesz nawet, gdzie ona przebywa.
      — Nie wiem — przyznałem.
      — Będziemy więc próbowali zlokalizować ją z orbity — zawyrokował Peczi. — Jeśli ją znajdziemy, to udzielimy tobie wsparcia, z najemnikami lub bez.
      — Ja też się dołączę, gdy pojawi się jakakolwiek nadzieja — zaoferował się Mikołaj.

      *
      Siedziałem sam w pokoju. Obok mnie leżał „Neuryt”. Była północ. Rozważałem w myślach swoją decyzję. Uświadomiłem sobie, że zadanie, jakiego przedsięwziąłem, przerastało czyjekolwiek siły. Dlaczego zgodziłem się na to?
      Wstałem i podszedłem do drzwi. Zaraz wszystko się wyjaśni. Pójdę do Targan i odwołam swoje słowa.
      Lecz oto dziwna chęć lotu na Kuns ogarnęła mój umysł i nakazała mi wrócić do pomieszczenia. Musiało to być działanie „Neurytu”. Nie dałem jednak sobą manipulować i kontynuowałem przemieszczanie się w stronę pomieszczenia Targan.
      Wtedy w moim umyśle zapanował chaos.
      „„Neurycie”, nie!”
      Zamieszanie znikło. Ale zorientowałem się, że zdarzenie to nie musiało być wcale sprowokowane przez „Neuryt”. Wcześniejsze myśli były jakby odległe, nikłe, natomiast późniejsza walka – bliska.
      Zawróciłem.
      Nagle owładnęło mną jeszcze bardziej spotęgowane pragnienie odwiedzenia Kuns. Czułem, jakby powodowały je trzy niezależne siły. Pierwsza sztuczna, sąsiedzka, zapewne „Neuryt”. Druga słaba, ale groźna zarazem. Potem trzecia, która zdawała się być piękna i naturalna, odległa, dobra, łagodna i wspaniała. I poczęła oddalać się, aż znikła zupełnie. Wówczas na ułamek sekundy zawitało do mnie wspomnienie Ziemi.
      „Co to ma być?” — spytałem „Neuryt”, zaś urządzenie myślową grą wyobrażeń oznajmiło mi, że zostałem zaatakowany przez coś, co usiłowało przymusić mnie do lotu. Ono samo walczyło z tym czymś, co ja odczułem jako burzę w mózgu. Udało mu się wygrać w momencie, gdy wyraźnie sprzeciwiłem się złemu wpływowi postawą, której moc spotęgowały słowa: „„Neurycie”, nie!”. Następnie, aby lepiej zbadać ów wpływ, wzbudziło we mnie chęć lotu na Kuns, po czym obca siła znów uderzyła i, podchwyciwszy to, próbowała narzucić mi swą wolę. Wtedy urządzenie wykryło obecność czegoś trzeciego, co również wzywało mnie do lotu, tylko gdzie indziej. Zauważyło też, że to coś nie potrafiło dobrze wyrazić swego zamiaru, więc pomogło mu w tym. Doszło do wniosku, że chodzi o… Ziemię. To mogła być Ewa! Pragnęła, abym wrócił bezpiecznie do domu. „Neuryt” zakomunikował, że udało mu się zlokalizować, skąd pochodzą obie siły. Zniechęcał mnie do wysłuchania prośby przyjaciółki. Wolał raczej, bym podążył na Kuns, choć nie chodziło mu o ratowanie Ewy, tylko o coś innego. Podobno jedno nie wykluczało drugiego. Spytałem go w myślach, dlaczego zachęca mnie do tego samego, do czego byłem przymuszany z zewnątrz, skoro usiłował mnie przed tym bronić. Wyjaśnił, że chciał, abym dobrowolnie podjął tę decyzję, bez poddawania się obcej perswazji. Twierdził też, że jego cele rozbieżne są z dążeniami agresora z zewnątrz, choć wszystkie one mają szansę realizacji na Kuns.
      Ponownie zawróciłem, tym razem do pomieszczenia dowódczego, gdzie przebywali Szeni i Peczi. Po drodze napotkałem Mikołaja.
      — Dokąd zmierzasz? — spytał.
      — Do Targan — odrzekłem. — Mam im coś do powiedzenia. „Neuryt” zlokalizował Ewę. Prosiła mnie, abyśmy wracali na Ziemię, ale ja wolę ją najpierw uwolnić.
      — „Neuryt”? Jesteś szalony!
      — Przekonasz się, gdy ją odnajdę. Nie zostawię jej tam samej. Kocham ją.

      *
      — Desantuję się na Kuns. Jutro rano — poinformowałem Szeniego i Pecziego.
      — To samobójczy poryw! — rzekł Szeni. — Prawdopodobieństwo powodzenia jest bliskie zeru.
      — Nie masz racji — sprzeciwiłem się. — Wiem, jak dotrzeć do Ewy…
     

IV
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział V
VI