V
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział VI
VII

     VI
     

      Dano mi prom kosmiczny. Dzięki częściowej niewykrywalności pojazdu lot nie stwarzał większego ryzyka. Siedziałem za sterami i wydawałem rozkazy komputerowi. Obserwowałem przez szybę powierzchnię Kuns. Część widoku zakrywało skrzydło. Obok mnie znajdował się „Neuryt” oraz informator. Ten pierwszy zajęty był odnajdywaniem Ewy.
      Po kilku minutach szarpnęło korpusem. Rozpoczynała się atmosfera. W tym momencie komputer pokładowy zakomunikował mi, że mam go poinstruować, w którym dokładnie miejscu zamierzam wylądować. Na razie poleciłem mu kontynuować opadanie. Po podniesieniu dziobu siła hamowania poczęła wciskać mnie do fotela.
      Trwało to kilkanaście minut. Następnie „Neuryt” oznajmił mi, że znalazł źródło impulsów i spróbuje narzucić wolę komputerowi promowemu. Ten zmienił kierunek lotu.
      Po pięciu minutach wyhamowałem całkowicie. Skrzydło odłączyło się od korpusu i zawisło na własnych napędach odrzutowych. Uruchomił się wirnik. Od tego momentu sterowanie śmigłowcem przypadło mnie.
      Obniżyłem wysokość do jednego kilometra i rozejrzałem się. Dostrzegłem puszczę tropikalną na zboczu góry, a u jej podnóża budowlę. Daleko za nią rozciągał się łańcuch czynnych wulkanów. Obrałem na lądowisko leśną polanę.
      Komputer pokładowy nakazał mi założyć aparat tlenowy. Zasada jego działania była prosta: wychwytywał odpowiednie gazy z atmosfery i podawał do układu oddechowego.
      Otworzyłem hermetyczne drzwi i wyszedłem na powierzchnię. Panował lekki mrok. Gamma V zdążyła już zajść. Niskie ciśnienie od razu dało o sobie znać. Odczułem również parującą wilgoć, zraszającą mi twarz.
      Rozejrzałem się. Wokół mnie gęstniał busz. Ku szczytowi wzgórza teren nieprzerwanie się wznosił. W drugą stronę opadał w kierunku ogromnej kamiennej budowli ze spiczastymi wieżami wynurzającymi się znad drzew. „Neuryt” oznajmił mi, że źródło sygnału pochodzi z tamtych okolic. Wziąłem ze sobą pistolet gazowy, broń laserową oraz „Neuryt” i zagłębiłem się między drzewa, znalazłszy wąską ścieżkę.
      Tutaj zrobiło się znacznie ciemniej. Co jakiś czas następowałem na wąskie kładki zarzucone nad strumieniami. Ścieżka prowadziła w kierunku budowli.
      Po dwudziestu minutach zauważyłem w głębi lasu światło. Przeszedłszy kilkanaście metrów, zorientowałem się, że blask pochodzi od pochodni. Ścisnąłem mocniej broń i podążyłem naprzód.
      I wtedy ujrzałem Kunsanina. Był humanoidem. Okrywał go strój z tworzywa sztucznego. Przestraszyłem się jego wyglądu. Ochłapy skóry, które mogły być nosem albo uszami zwisały ze szkaradnej twarzy. Oczy brzydko osadzone, ale za to bardzo ludzkie. Ręce posiadające niezidentyfikowaną ilość palców, niekoniecznie nawet nimi będących.
      Kunsanin również mnie zauważył i krzyknął coś w swoim języku, czego tłumacz nie rozpoznał. Wycelowałem w postać przy użyciu lasera i chwyciłem za spust. Ta zamarła bez ruchu i rzekła wreszcie po targańsku:
      — Coś ty za jeden?
      — Gdzie ona jest? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie, a informator pospieszył z tłumaczeniem.
      — Jaka ona? — zdziwił się Kunsanin i postąpił kilka kroków, zasłaniając swoim ciałem dźwignię wystającą z ziemi.
      — Co to takiego?! — krzyknąłem
      — Nie podchodź! Zginiesz, gdy tylko się zbliżysz!
      „On kłamie” — usłyszałem w myślach „Neuryt”.
      W tym momencie obcy chwycił za wystający z ziemi drążek, a ja, zrezygnowawszy z użycia lasera, wystrzeliłem z pistoletu gazowego. Padł nieprzytomny, rzucając pochodnię. Przesunąłem dźwignię w odwrotną stronę.
      W tym samym momencie poczułem niewielki wstrząs podłoża. Odruchowo spojrzałem na szczyt góry. Coś – jakby dym – przysłoniło gwiazdy. Pozostawiłem uchwyt w spokoju i wróciłem na ścieżkę. Po pięciu minutach odczułem nagle żądzę powrotu, a zarazem pójścia dalej.
      „Ktoś ostrzega cię przed niebezpieczeństwem, a druga siła cię w nie wprowadza” — zakomunikował „Neuryt”. — „Kontynuujesz marsz?”
      „Tak, nie mogę teraz zawrócić!” — odpowiedziałem mu.
      Wtem wpadłem w ukrytą dziurę w ziemi i, przeleciawszy trzy metry w dół, uderzyłem w twardą posadzkę.
      Na szczęście nie doznałem większych obrażeń. Szybko doszedłszy do siebie, rozejrzałem się. Wkoło panowały nieprzeniknione ciemności, tylko przez otwór nade mną przedostawał się tutaj słaby blask gwiazd. Zorientowałem się, że latarka oraz broń laserowa zostały na górze. A więc wszystko stracone!
      Spytałem „Neuryt” o sytuację, ale ten oznajmił, że musi odpocząć, gdyż zbyt dużo porozumiewał się ze mną za pomocą słów.
      Po namyśle ruszyłem naprzód. Nie dobiegał znikąd żaden dźwięk. Idąc po omacku, zorientowałem się, że pomieszczenie jest duże, posiada długi korytarz i mniejsze komory, przylegające do niego.
      Szukanie wyjścia spełzło na niczym. Wróciłem z powrotem do miejsca upadku. Spojrzałem na otwór nad głową. Przecinała go ciemna kreska. Przyszło mi na myśl, że mógł to być laser. Tylko jak go ściągnąć? Na pewno nie podskoczę na taką wysokość. Trzeba będzie czymś rzucić. Jeszcze raz zagłębiłem się w mrok korytarza, ale nie znalazłem żadnych przedmiotów nadających się do tego. Jedyne, czym mogłem się posłużyć, to „Neuryt” lub informator. Trzeba będzie poświęcić komputer.
      Cisnąłem.
      Udało się. Laser spadł do lochu. Jednak informator został na górze. Trudno. Obejdę się bez niego.
      Włączyłem celownik świetlny, zmodyfikowałem wiązkę na rozrzedzoną i ruszyłem przed siebie, skanując rozmytą plamką otoczenie. Lepsze to niż nic. Do korytarza z dwóch stron przylegały po cztery pomieszczenia. Jeden jego koniec wieńczyły ogromne drzwi, drugi zaś – obraz. Zbliżyłem się do niego.
      Rysunek przedstawiał kobiecą postać. Przyjrzałem się jej z bliska. Była to mieszkanka Ziemi! Stała i trzymała w ręku przedmiot podobny do… „Neurytu”. Ze zdumieniem wpatrywałem się w malowidło. Przypomniał mi się od razu wizerunek Ziemianina w podziemiach Targ. Próbowałem zrozumieć, skąd Targanie wiedzą o nas, dlaczego na rysunkach postacie trzymają w ręku urządzenia takie jak „Neuryt”, kto to namalował i jaki jest sens tych obrazów. Czy wszędzie oczekiwano kogoś, kto uchroni ich świat przed katastrofą? Czy Ewa została wzięta za taką osobę? Kryła się za tym wszystkim jakaś wielka tajemnica. Być może przyjdzie mi ją kiedyś odkryć.
      Nagle usłyszałem „Neuryt”: „Zaczynam działać. Źródło jest bardzo blisko… Właśnie mnie zaatakowało… Będę musiał stoczyć walkę.”
      „Poradzisz sobie?” — spytałem, gdy wtem poczułem nagły chaos w głowie. Zaczął stopniowo narastać, aż w końcu nie mogłem tego wytrzymać. Usiłowałem obronić się przed tym, uciekając myślami od teraźniejszości. To dało nieoczekiwany efekt. Burza jakby oddaliła się. Wytężyłem całą swoją wolę i wyraziłem chęć odegnania zamieszania z umysłu. Nagle zamieszanie znikło. Co prawda wyczuwałem je gdzieś w pobliżu, ale nie przeszkadzało mi w myśleniu i, kiedy tego nie chciałem, nie dawało o sobie znać.
      Postanowiłem pozaglądać do pomieszczeń. W pierwszym z lewej nie znalazłem niczego ciekawego, podobnie jak w komorze po przeciwnej stronie. W kolejnych komorach zwisały z sufitu łańcuchy, a na podłogach zalegały zardzewiałe aparaty tlenowe i metalowe łóżka – prawdopodobnie wyposażenie aresztu dla schwytanych Targan. Dużych drzwi na końcu korytarza nie zdołałem otworzyć. Kontynuowałem eksplorację. W czwartym pomieszczeniu po prawej stronie natrafiłem na trzy skafandry kosmiczne. Stały pionowo na ziemi, opierając się o ścianę. Nie zastanawiając się długo, otworzyłem pierwszy z nich.
      Przerażony, natychmiast odskoczyłem. Wnętrze zapełniały czyjeś zwłoki!! Przemogłem wstręt i zamknąłem skafander. Minęła długa chwila, zanim zdecydowałem się na otwarcie drugiego.
      Tu widok był jeszcze gorszy: trup Targanina z guzami na nienaturalnie czerwonej twarzy. Wtem postać otworzyła oczy, a ochrypły jęk wydobył się z jej ust. Nogi ugięły się pode mną.
       „Kim jesteś?”— spytałem, ale zapomniałem, że nie mam informatora, który tłumaczyłby moje słowa.
      Nieznajomy wyrwał z moich rąk laser. Chciałem go powstrzymać, ale poczułem swędzenie na całej odkrytej skórze. Chwyciłem pistolet z gazem usypiającym i zdezynfekowałem sobie głowę oraz ręce. Poczułem, że coś uderzyło mnie w twarz i odpiął mi się aparat tlenowy. Nie zdążyłem zatrzymać oddechu. Zanim straciłem świadomość, zauważyłem kilka jasnych błysków. Potem już wszystko ucichło.

      *
      Po obudzeniu się stwierdziłem, że objawy choroby minęły. Pomimo braku aparatu tlenowego oddychało się w miarę swobodnie. Zerknąłem na nieznajomego. Miał wypaloną głowę.
      Na podłodze leżał laser, a obok niego mój aparat. Nie założyłem go ponownie. Podniosłem za to laser. W tej samej chwili zauważyłem, że nie odczuwam już walki umysłowej między „Neurytem” a zewnętrzną siłą.
      „„Neurycie”, co się stało?” — spytałem. Zaraz potem otrzymałem od niego odpowiedź poprzez grę wyobrażeń: wygrał walkę z bliźniaczym urządzeniem, „Aksonem”, ale jest mocno wyczerpany.
      „Powiedz, gdzie znajdę to urządzenie” — poprosiłem i otrzymałem odpowiedź: przede mną, pod ścianą połyskiwał w świetle celownika jasny metal. Podniosłem przedmiot z podłogi. Wyglądał prawie identycznie jak „Neuryt”.
      „W takim razie gdzie jest ten umysł, który go kontrolował?”
      Tym razem nie uzyskałem odpowiedzi. Musiałem obejść się bez „Neurytu”.
      Wyszedłem z pomieszczenia.
      Poczułem nagłą chęć powrotu. Widocznie coś zaatakowało moją wolę. Nie byłem pewien, czy to którekolwiek z urządzeń. Może trzecia siła? Poczekam chwilę, może się powtórzy.
      Stało się. Dziwne uczucie owładnęło moim umysłem. Poczułem się jak zdobywca, który zawraca tuż przed celem. Postąpiłem kilka kroków. Zdawało mi się, że jestem obserwowany. Odwróciłem się i spojrzałem na kolejny skafander. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Nie tylko z powodu nieposkromionej ciekawości. Wyobraziłem sobie, że kryje się w nim ktoś, kto mógłby mieć ze mną wiele wspólnego. Czyżby…
      Zdjąłem z niego hełm, szczelnie zasłaniający wnętrze.
      Przede mną stała Ewa.
      Osłupiałem z wrażenia. Ona… tu jest!
      Rzuciłem się jej w ramiona. Nasze twarze zbliżyły się do siebie. Nagle nasze umysły zostały jakby skomunikowane, tak mocno, że byliśmy w stanie zaglądać we wspomnienia drugiej osoby. W tym momencie stwierdziliśmy obecność „Neurytu”, ale już nie tego, z którym rozmawiałem głównie poprzez wyobrażenia ani nie tego słabnącego pod wpływem zbyt dużej ilości słów… Teraz jawił się jako potężniejszy i bardziej tajemniczy zarazem. Władza, jaką dysponował, dawała do myślenia i wzbudzała respekt, a nawet pewien niewytłumaczony lęk. To pod jego wpływem wnikaliśmy sobie wzajemnie do wspomnień. Dzięki temu poznałem, co działo się z Ewą od momentu rozstania.
      Rozmawiała właśnie z Peczim o Targ, gdy przez wyważone drzwi weszły postacie w skafandrach i aparatach tlenowych. Byli to Kunsanie. Targanin natychmiast chwycił broń laserową i unieszkodliwił jednego z intruzów. Ale następni zdołali użyć pistoletów gazowych i w chwilę potem straciła świadomość…
      Przebudziła się w miejscu ciemnym i wilgotnym. Zdawała sobie sprawę, że znajduje się na innej planecie, gdyż odczuwała inną grawitację. Rozejrzała się wokół, ale poza tym nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Okrywał ją bowiem skafander, tylko bez hełmu. Stała tak może godzinę, gdy do pomieszczenia zawitał Kunsanin.
      Podszedł do skafandra stojącego obok niej, zdjął z niego hełm i przemówił po targańsku. Ewa dysponowała tłumaczem, więc bez problemu zrozumiała groźbę skierowaną do współwięźnia:
      — Przyszedł już czas na ciebie, Targaninie. Z rozkazu Rindoka będę musiał cię uśmiercić.
      Z wewnątrz dobył się głos:
      — Wasza szpetna rasa ujrzy jeszcze potęgę Targ! Wygramy tę wojnę! Moje życie zostanie zabrane, ale Targ pomści mnie i zginą miliony Kunsan!
      — Możesz nam jedynie grozić. Nie znasz nas. Nie znasz naszego pana. On jest potężniejszy od wszystkich Targan razem wziętych!
      — No proszę, kolejny mutant! Waszą planetę zamieszkują potwory!
      — Twoje obelgi nie robią na mnie wrażenia. Jesteśmy rasą kaleką, ale niedługo to się skończy… Tak… Nasz pan posiada urządzenie. Nasz pan jest przebiegły. Nasz pan sprowadzi tu ich, Błękitnych… Nasz pan zmusi ich do wykorzystania wrodzonych zdolności. Oni nas uratują… albo zniszczą naszych wrogów… by nikt się nad nami nie wywyższał…
      — Bzdury, totalne bzdury! Wygnańcy jeszcze nie wrócili! I nie wrócą! Oni nie są głupi! Zapewne uciekli do Gammy II i wcale już ich nie obchodzimy! DT głęboko się pomyliło, wysyłając ich na misję. Należało raczej wykonać pierwotny wyrok.
      — Być może masz rację. Ale dość już tego. Zanim umrzesz, wyjaśnię tobie naszą tajemnicę: schwytaliśmy Błękitną! Stoi na prawo od ciebie! — Kunsanin wskazał kończyną na Ewę.
      Targanin obejrzał się i spojrzał na nią.
      — Błękitna!! — krzyknął zdziwiony. — Skąd ją macie?!
      — Porwaliśmy ją z Targ. Usiłowaliśmy pochwycić również Błękitnego, który włóczył się po waszych instalacjach, ale okazało się, że nie tylko my go szukamy. Natknęliśmy się na grupę Targan w komnacie z jego wizerunkiem i stoczyliśmy przegraną walkę. Oto nasza tajemnica. A teraz padniesz ofiarą naszej drugiej tajemnicy…
      Kunsanin nałożył Ewie hełm, podłączył do niego aparat tlenowy, po czym ujrzała rozpylanie pewnej substancji.
      Mimo dość szczelnego zamknięcia skafandra Ewa usłyszała przeraźliwy krzyk ofiary i wołanie oprawcy:
      — Oto broń biologiczna, na którą my sami jesteśmy odporni! Powstała dzięki naszemu panu oraz urządzeniu. Umrzesz w męczarniach za kilka dni, ale to, co spotka wszystkich Targan, będzie o wiele gorsze od twojego cierpienia…
      Kunsanie kilkakrotnie odwiedzili jeszcze loch przed przylotem Longiusza. Każdorazowo przynosili posiłek dla Ewy. Pozwolili jej nawet przejść się bez skafandra po więzieniu. Podczas ostatniej wizyty przynieśli „Akson” i położyli go przed więźniami. Towarzysz niedoli ani razu nie ruszył się w swym szczelnym kombinezonie. Nie wiedziała, czy żyje, czy nie. Przez cały czas gospodarze w ogóle się do niej nie odzywali.
      Została sam na sam z urządzeniem. Po pewnym czasie poczuła w pobliżu czyjąś obecność. Pomyślała, że to może Kunsanin wszedł do lochu, gdy nagle usłyszała w wyobraźni czyjś głos. Nie rozumiała słów, ale zorientowała się, że wymawiane są powoli, tonem rozkazującym. I to nie ona była ich adresatem, a ktoś jeszcze inny. Ten ktoś odrzucał od siebie narzucane mu sentencje, ale w końcu siła woli mówiącego przełamała barierę i dotarła doń. Ten, nie opierając się dłużej, poddał się, by pokornie słuchać rozkazów.
      Ewa orientowała się, o co chodziło rozmówcom, choć nie potrafiła tłumaczyć ich języka. Przyczyniła się do tego silna ekspresja uczuciowa, towarzysząca każdemu słowu. Niewerbalna gra emocji oraz wyobrażeń myślowych stanowiła główną formę przekazu.
      To właśnie ona okazała się być przedmiotem konwersacji! Agresor cieszył się z jej obecności i zmuszał obrońcę do owładnięcia jej umysłem. Ten drugi w końcu posłuchał rozkazu i nagle mózg Ewy opanował chaos. Spróbowała uwolnić się od niego, wytężając całą siłę woli, co dało nieoczekiwany skutek: zamęt ucichł.
      Złamany obrońca oznajmił, że nie potrafi już nic zdziałać. Agresor namyślił się, po czym przymusił tamtego, by odnalazł i sprowadził tu pewną osobę, bezpośrednio związaną z Ewą… Domyśliła się, że chodziło o Longiusza.
      Sługa agresora począł czynić to, co mu polecono. Jego silny poryw myślowy wyrwał się daleko w przestrzeń i zlokalizował to, czego szukał. Zaatakował…
      Żal ścisnął Ewę za serce. Nie wiedziała, jak pomóc przyjacielowi. Jednak nie chciała bezczynnie czekać. Pomyślała o Longiuszu i zapragnęła znaleźć się blisko niego. Wtem poczuła, jak jej postrzeganie wychodzi jakby poza mózg i mknie z ogromną szybkością przez pustkę. Towarzyszą jej władcze myśli sługi agresora. Poczuła, że znalazła się w pobliżu tego, kogo chciała ostrzec. Zauważyła, że jest atakowany i zmuszany do lotu na Kuns. Odnalazła też drugą moc, pomagającą mu w walce z napastnikiem. Próbowała zachęcić Longiusza do powrotu na Ziemię, ale sztuczna siła w jego pobliżu zdołała go namówić do obrania ze cel Kuns, wykorzystując jego uczucia do niej.
      Zrozpaczona, już próbowała jakoś przemówić do niego, gdy poczuła, że oddala się od niego i powraca do własnego ciała. Zaznała rzeczywistości.
     


     

V
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział VI
VII