VI
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział VII
VIII

     VII
     

      — Walczyłaś z siłą, która usiłowała mnie zgubić. Dziękuję ci za to, Ewo.
      — To ja powinnam tobie podziękować – przyleciałeś po mnie, narażając swe życie… Poświęciłeś się dla mnie.
      Pomogłem przyjaciółce wyjść ze skafandra, odcinając ją z więzów. Od razu podeszła do martwego współwięźnia. Spojrzała i oniemiała z wrażenia.
      Po chwili usłyszałem w myślach „Neuryt”:
      „Jak oceniasz skomunikowanie umysłów, które wzbudziłem?”
      „Nie wiedziałem, że jesteś do tego zdolny” — odparłem. — „Co spowodowało, że tak nagle się zmieniłeś?”
      „Obecność twojej przyjaciółki mi pomogła. Ona ma podobne zdolności do twoich…”
      „Słyszę w myślach waszą rozmowę” — wtrąciła się Ewa.
      „„Neuryt” umożliwia także łączność pozawerbalną” — wyjaśniłem.
      „Razem jesteście w stanie wiele dokonać” — kontynuowało urządzenie. — „Pewnie dlatego wiele osób pragnie pozyskać was dla siebie i to sprowadziło na was niebezpieczeństwo. Właśnie w tej chwili atakuje mnie agresor przy użyciu „Aksonu”. Jestem w stanie bronić się przed nim. Nie potrafię wysondować jego ukrytych myśli, ale jedno jest pewne: wie o nas trojgu… i nie jest zadowolony z mojej obecności, gdyż wcale jej nie planował.”
      W tym momencie otworzyły się drzwi i mrok lochu oświetliła pochodnia. W progu stanęło kilku Kunsan i wymierzyło w nas lufy nieznanej broni.
      — Idziecie z nami do Rindoka. Odrzućcie laser. Nie macie szans.

      *
      Szliśmy przez wiele kamiennych komnat i korytarzy. Panowała tu przygnębiająca atmosfera. Kunsanie przyglądali się nam ze zdziwieniem, rozmawiając w swoim języku. Nie istniała możliwość ucieczki. Obok nas szli strażnicy, trzymając wymierzone ku nam lufy karabinów. Wiedziałem, że nie strzelą, a jeśli zaczniemy uciekać, będą próbowali pochwycić nas żywcem.
      Pragnąłem zapytać ich, jakie są ich zamiary, ale oczywiście nie mogłem, gdyż nie miałem informatora.
      „Czy możesz zajrzeć do ich umysłów?” — zapytałem „Neuryt”, który zdążyłem ukryć w kombinezonie. — „A najlepiej spraw, aby nas wypuścili.”
      „Całą uwagę skupiam na powstrzymywaniu „Aksonu”” — odpowiedział. — „Nie mogę w tym momencie do niczego ich zmusić. Ale zdołałem zajrzeć w ich myśli. Oni sami nie wiedzą, w jakim celu was prowadzą; otrzymali rozkaz i muszą go wypełnić.”
      „A strzelą, jeśli będziemy uciekać?”
      „Nie wolno im.”
      Weszliśmy do długiego korytarza. Zauważyłem, że z przeciwległego krańca zmierzają w naszą stronę kolejni Kunsanie.
      — Jak myślisz, co się z nami stanie? — spytałem Ewę.
      — Nie mam poję… — spróbowała odpowiedzieć, ale wielopalczaste łapy zatkały nam usta.
      „„Neurycie”, skontaktuj mnie z Ewą, jeśli jesteś w stanie” — poprosiłem. W tym momencie pochód zatrzymał się przed grupą z naprzeciwka, a przewodnicy zajęli się rozmową.
      Stałem, niecierpliwiąc się. Rozejrzałem się i zauważyłem po lewej stronie wąską szczelinę w ścianie. Spojrzałem także w prawo. Tam też był otwór!
      „Patrz w prawo, Ewo!”
      „Już spojrzałam. W lewo też…”
      „Myślisz o tym samym, co ja?”
      „Zdaje się, że tak…”
      „To na co czekamy?”
      Każdy z nas skoczył w swoją dziurę w ścianie, korzystając z chwilowej nieuwagi strażników. Pobiegłem przed siebie. Zza moich pleców rozległ się krzyk. Odpowiedziała mu głośna wrzawa. Usłyszałem, jak Kunsanie wstępują do tunelu. Przyspieszyłem. Głosy oddaliły się. Czyżby zawrócili za Ewą? Na to wyglądało.
      Tunel skończył się i znalazłem się w jasnej komnacie. Nie byłem tu sam…
      Za stołem siedział Kunsanin. Przerażony, chwycił za laser. Przemknęła mi myśl, że on mógł nie otrzymać rozkazu, aby nas nie zabijać…
      Promień celownika błysnął mi na siatkówce oka. Ścisnęło mnie za żołądek; naprężyłem wszystkie mięśnie. Wiedziałem, że użyje broni! Rozstanę się z życiem tak nagle, nieoczekiwanie…
      Jego palcopodobna wypustka odnalazła cyngiel i poczęła ciągnąć…
      Całą siłę woli skupiłem na tym, aby wstrzymać ruch jego ręki i odegnać niebezpieczeństwo… Ruch jego palca został wstrzymany.
      „Pomogłem tobie” — usłyszałem „Neuryt”.
      Kosmita popatrzył na mnie ze zdziwieniem, a jego oblicze wyraziło zakłopotanie. Wykorzystałem to i skoczyłem z powrotem do tunelu, a ten rzucił się za mną w pogoń. Biegłem, ile sił w nogach. Nagle z oddali dobiegł mnie krzyk:
      — Puszczaj, potworze! Zostaw mnie!
      Ewa! Usłyszałem, jak grupa kosmitów wychodzi z prawego tunelu na główny korytarz, ciągnąc ją ze sobą. Kiedy wybiegłem na hol, już ich tam nie było. Ukryłem się w drugiej szczelinie. Kiedy ścigający mnie wypadł na korytarz, rozejrzał się, po czym skręcił w stronę lochu. Straciwszy go z oczu, opuściłem kryjówkę i pobiegłem w przeciwną stronę.
      „Zbliżasz się do Rindoka” — ostrzegł „Neuryt”.
      O to chodziło. Należało jak najszybciej dostać się tam, by ponownie uwolnić Ewę, choćby ryzykując ponowne schwytanie. Koniec korytarza przylegał do długiego przedsionka łączącego dwie komnaty. Przy pomocy „Neurytu” stwierdziłem bliskość umysłu agresora…
      Skierowałem się w prawo.
      „On ma w ręku laser, zabije cię” — zakomunikowało urządzenie. — „Wraz ze mną stwarzasz dla niego zagrożenie, którego się nie spodziewał.”
      „Zaryzykuję” — odpowiedziałem.
      Otworzyłem drzwi i wbiegłem do komnaty. Przede mną stał on. Na szyi zawieszony miał „Akson” . W obu rękach trzymał lasery. Jeden wymierzony we mnie, drugi w Ewę!
      Unieruchomiłem dzięki „Neurytowi” dłoń zwróconą w moją stronę.
      „Puść mój palec, bo porażę Błękitną!” — rozkazał w myślach. — „Jedno z was może zginąć, wystarczy mi drugie.”
      Spróbowałem wstrzymać drugą jego rękę – udało się – ale nie potrafiłem równocześnie kontrolować palca dotychczas obezwładnionego, który począł teraz ciągnąć za cyngiel.
      Ogarnęła mnie rozpacz. Wiedziałem, że to na pewno się stanie.
      Momentalnie zobojętniałem na wszystko…
      Jakby z oddali poczułem błyskawiczną wymianę myśli między „Neurytem” a Rindokiem.
      Chwila oczekiwania dłużyła się i dłużyła…
      „Longiuszu! On nie zabije ciebie; oszukałem go” — zakomunikował „Neuryt”. — „Przekonałem go, że ty jesteś dużo bardziej przydatny od niej i że faktycznie miał rację, sprowadzając cię tutaj.”
      Urządzenie mnie uratowało. Ale co z Ewą?! Z przerażeniem spostrzegłem, że lufa lasera wymierzonego wcześniej we mnie odwraca się w stronę Ewy.
      „Żegnaj, Błękitna, nie jesteś już do niczego potrzebna” — stwierdził cynicznie Rindok.
      „Nie!!” — zaadresowałem do agresora swój sprzeciw. Nie pomogło. Nie miałem władzy nad dwoma jego rękami.
      Ten celował już z obu laserów do Ewy.
      „„Neurycie”, uczyń cokolwiek, ale niech on jej nie zabija!!”
      I natychmiast przeszła bardzo szybka wymiana myśli między urządzeniem a Kunsaninem. Zrozumiałem, że „Neuryt” zdradził mu skrywaną wcześniej tajemnicę, że tak naprawdę przybył tu, by z moją pomocą zneutralizować „Akson”, więc przejęcie nade mną kontroli albo zabicie mnie wcale nie jest takie pewne. Kosmita zauważył oczywistą sprzeczność w obu przekazach „Neurytu”. I zdał sobie sprawę, że żywa Ewa jest dla niego bardzo cenna.
      Dotarło do mnie żądanie:
      „Połóż swoje urządzenie na podłodze, a ja je zniszczę. Inaczej uśmiercę twoją przyjaciółkę. Wprawdzie nie spełnię swoich celów, ale ty również bardzo dużo stracisz. Popsułeś moje plany, teraz ja zniweczę twoje.”
      Szantaż się udał. Wpadłem w zakłopotanie. Miałem dwie możliwości: zrobić to, czego zażądał, przez co prędko straciłbym kontrolę nad sytuacją. Skończyłoby się to zapewne moją śmiercią, Ewa zaś żyłaby, ale los spotkałby ją ponury – zostałaby wykorzystana do jego własnych, niepewnych celów. Natomiast w drugim przypadku byłoby dokładnie na odwrót: zginęłaby na miejscu, ale mój własny los stanąłby pod znakiem zapytania. Czy rzeczywiście stawiłbym czoła szantażyście? Czy oba urządzenia nie unicestwiłyby się wzajemnie, zostawiając mnie na pastwę Kunsan?
      Spytałem ją za pośrednictwem „Neurytu”, którą ona sama wybiera możliwość.
      „Nie ważne, jak ja chcę” — oznajmiła. — „Poddam się całkowicie twojej woli. To przecież ty naraziłeś życie, przylatując do mnie.”
      „To prawda” — odpowiedziałem — „ale to właśnie przeze mnie cierpisz, bo to ja namówiłem ciebie na opuszczenie bezpiecznej Ziemi.”
      „Nie miej do siebie wyrzutów; poleciałam z własnej woli. Nie jestem na ciebie zła. Przeciwnie, darzę cię uczuciem i nie chcę, aby spotkało cię coś złego. Nie będę wybierać. Ty to uczyń. Weź odpowiedzialność za nasze losy. Uznam twoją wolę.”
      Postanowiłem poświęcić swoje życie za Ewę. Ale nie mogłem zdecydować się na wykonanie tego. Coś powstrzymywało mnie. I nagle rzuciłem „Neurytem” w stronę Kunsanina, trafiając prosto w „Akson”. Siła uderzenia była tak duża, że ten drugi zerwał się z paska i oba z trzaskiem spadły na posadzkę. Przylgnęły do siebie za pomocą pól magnetycznych i przestały reagować na otoczenie, skupiając się na zmaganiach jednego z drugim. Znalazłszy się tak blisko siebie, nie oczekiwały nawet na wsparcie żadnego z nas.
      Dopiero teraz przejęła mnie groza sytuacji. Nogi ugięły się pode mną.
      Kunsanin pociągnął za cyngiel.
      Rozległy się dwa strzały i laser wybuchnął ogniem. Coś odrzuciło mnie pod ścianę. Ale… Wciąż żyłem!!
      — Zdążyliśmy w ostatnim momencie — usłyszałem znajomy głos.
      Wśród kłębów dymu eksplodującej broni zauważyłem dwie osoby opuszczające pomieszczenie, a dwie inne nadchodzące. Usłyszałem też trzask ryglowanych drzwi.
      Dym opadł.
      W komnacie znajdowali się Szeni i Peczi. Patrzyłem na nich ze zdumieniem. Skąd się tu wzięli? Gdzie Rindok i Ewa? Czyżby znów została przez niego porwana?
      — Peczi! — zawołał Szeni. — Ścigajmy go! Odbijmy Ewę! Longiuszu, nic ci nie jest?
      — Nic… Dziękuję wam za uratowanie mi życia.
      — Drobiazg — odrzekł Peczi. — Nie stójmy bezczynnie!
      Targanie rzucili się do drzwi prowadzących w głąb pałacu.
      — Są zaryglowane. Zniszczcie je laserem — rozkazał Szeni.
      — Uważajcie, mogą przebywać tuż za nimi — ostrzegłem.
      Błysnęły ostrza promieni tnących. Przeszkoda ustąpiła. Wskoczyli w wypalony otwór. Chciałem pójść za nimi, ale zza moich pleców rozległ się okrzyk:
      — Nie idź tam, to niebezpieczne! Weź to!
      Odwróciłem się i ujrzałem za sobą jednego z najemników.
      — Chwyć to! — powtórzył i podał mi broń laserową. — Biegnij do głównego wyjścia, jest na drugim końcu korytarza. Ujrzysz nasze lądowniki. Wejdź do jednego z nich i czekaj tam na nas. Masz tu nowy aparat tlenowy.
      Podał mi rekwizyty. Założyłem maskę i wybiegłem na korytarz. Ale nie miałem ochoty ukryć się w lądowniku, gdy należało wpierw uwolnić Ewę. Wytężyłem swój umysł i spróbowałem nawiązać kontakt z „Neurytem”.
      Udało się.
      „Gdzie ona jest?” — spytałem.
      Otrzymałem z oddali niewyraźną odpowiedź, wysłaną z wielkim trudem: „Porywacz… planuje uciec… z pałacu… drogą powietrzną…”
      „Dokąd polecą? Jesteś tam z nimi? Co z „Aksonem”?”
      Nie otrzymałem odpowiedzi.
      Wybiegłem przez olbrzymie drzwi z budynku. Znalazłem się na dziedzińcu. Pośród zwłok Kunsan stało sześć lądowników. Wsiadłem do jednego z nich. Kokpit składał się z kilku dźwigni.
      Na chybił trafił przesunąłem jedną z nich, ale pojazd nie ruszył z miejsca. Usłyszałem głos komputera pokładowego:
      — Lądownik nie jest w stanie zniżyć lotu, ponieważ osiągnął powierzchnię gruntu.
      W związku z tym przemieściłem tę samą dźwignię w przeciwną stronę. Rozległ się ryk dysz startowych i poczułem, że korpus się unosi. Wyjrzałem przez iluminator. Pode mną piętrzyła się budowla. Wciąż nabierałem wysokości. Mniej więcej dwieście metrów nad gruntem pociągnąłem drążek do siebie. Lądownik zawisł w powietrzu. Poruszenie drugiego wprawiło korpus w ruch obrotowy. To pozwoliło mi rozejrzeć się wokół. Wycelowałem iluminatorem w stronę góry. Na leśnej polanie stał mój prom. Zapragnąłem dostać się do niego.
      Komputer pokładowy zakomunikował:
      — Łączę pana z pańskim towarzyszem.
      Nagle usłyszałem głos Mikołaja:
      — Longiuszu, natychmiast wracaj na powierzchnię!
     
— To ty, Mikołaju? Jak się tym steruje?
      — Pierwsza dźwignia z prawej służy do zmiany ciągu pionowego. Pociągnij ją łagodnie do siebie, to wylądujesz. Tylko z wyczuciem.
     
Uczyniłem, jak polecił. Lądownik zaczął powoli opadać. Po kilkunastu sekundach osiągnąłem grunt. Do pojazdu wszedł Mikołaj. Trzymał w ręku coś w rodzaju zdalnego komunikatora oraz laser.
      — Gdzie się wybierałeś? Przecież nie potrafisz tym sterować!
      — A ty umiesz?
      — Tak, Leri, kapitan najemników, nauczył mnie.
      — Potrafisz osiągnąć orbitę?
      — Tak, komputer pokładowy poda mi namiary.
      — Powiedz mi, dlaczego po nas przylecieli?
      — Niepokoili się o ciebie. Od początku planowali wsparcie, ale czekali, aż zrobi się niebezpiecznie.
      — A ty?
      — Ja tu jestem dobrowolnie.
      — Jak na to zareagowali?
      — Kazali mi czekać w lądowniku i nie wychodzić, aż sami nie wrócą.
      — Nie będziemy tu bezczynnie siedzieli. Przejmij stery i nakieruj na pobliską górę. Musimy odbić Ewę.
      Zamieniliśmy się miejscami. Po kilku chwilach znaleźliśmy się na wysokości pół kilometra nad powierzchnią. Wskazałem Mikołajowi polanę, na której stał prom.
      Nagle dostrzegłem samolot wylatujący z pałacu. Zapewne Rindok. Wzbił się, po czym odwrócił dziób w naszą stronę. Zauważył nas. Byliśmy już w połowie drogi, kiedy poleciał za nami.
      Czas mijał, a odległość między nami malała. W końcu znaleźliśmy się tuż nad polaną. Mikołaj przygotował się do lądowania. W tym momencie z samolotu Kunsanina wystrzelona została rakieta. Z przerażeniem patrzyłem, jak mknęła w naszą stronę… Trafiła. Gwałtownie runęliśmy na ziemię.
      Mnie nic się nie stało – uderzyłem w coś miękkiego. Okazało się, że to Mikołaj.
      — Nic ci nie jest? — spytałem go.
      — Niestety…
      Odwrócił się. Całą twarz miał we krwi.
      — Przepraszam…
      — To nie twoja wina. Zostaw mnie samego. Spróbuję wezwać Targan. Idź do promu i leć za nim. Nie trać czasu… Właśnie oddala się.
      Opuściłem lądownik. Niedługo trwało, zanim znalazłem się z powrotem w powietrzu. Zlokalizowałem samolot Rindoka. Leciał na pułapie jednego kilometra w stronę wulkanów. Szybko go dogoniłem. Zauważył mnie i obniżył wysokość. Poszedłem w ślad za nim.
      Rindok odpalił rakietę samonaprowadzającą i podniósł dziób. Leciał teraz pionowo wzwyż.
      Uczyniłem to samo, aby wyminąć pocisk. Zapomniałem jednak, że mam włączony wirnik. Korpus przekręcił się podwoziem do góry. Wysokość gwałtownie spadała. Unieruchomiłem wirnik i w ostatniej chwili włączyłem silniki rakietowe. Od gwałtownego przyspieszenia pociemniało mi w oczach. Odwróciłem prom z powrotem do konwencjonalnej pozycji. Ponownie odnalazłszy Rindoka, podążyłem za nim. Wtedy przypomniałem sobie o skrzydle, zostawionym w powietrzu jeszcze przed lądowaniem.
      Spytałem komputer pokładowy, gdzie ono się znajduje. Uzyskałem niezbyt wyjaśniającą odpowiedź, więc zażyczyłem sobie, żeby sam przejął stery.
      Po kwadransie wróciłem do samolotu Rindoka, wciąż lokalizowanego przez detektory promowe. Ten wykonał gwałtowny skręt. Uczyniłem to samo. Przestraszył się osiągów mojego pojazdu! Odległość między nami zmalała. Lot agresora stał się chaotyczny. Nie chciał za żadną cenę dopuścić do kontaktu z potężnym skrzydłem. Zawrócił.
      Pędziliśmy teraz z powrotem w stronę jego pałacu. Kunsanin przyspieszył. Ja też. Odległość między nami nie ulegała zmianie, gdyż nie zamierzałem go wcale taranować. Pod nami dymiły czynne wulkany. W mroku nocy widać było nawet ognistą czerwień stopionej skały. Nie było w tym rejonie żadnych śladów życia – tylko skalista pustynia, pokryta kalderami.
      Zbliżyliśmy się do góry nieopodal kamiennej budowli. Ze szczytu unosiły się drobne kłęby dymu. Ścigany obniżył wysokość i wyhamował nad wierzchołkiem. Postąpiłem identycznie. Nakierowałem kamerę na widok pod pojazdem. Na ekranie pojawił się samolot Rindoka na tle okrągłego stożka. Zastanawiałem się, co Kunsanin zamierza teraz uczynić.
      Wleciał w otwór! Zniżyłem pułap. Ale prom, przyczepiony do wielkiego skrzydła, nie zmieścił się do dziury. Pozostało czekać na dalszy bieg wypadków. Nie mogłem zrozumieć jego posunięcia. Przecież to wulkan! Czego tam szukał?
      Chciałem już pociągnąć drążek do siebie, aby zwiększyć wysokość, gdy nagle niesamowity chaos ogarnął mój umysł. Rósł z każdą sekundą. Usiłowałem odpędzić go od siebie, ale wykraczało to poza moje możliwości. Zrozpaczony, zapragnąłem nie myśleć o niczym innym jak tylko o poruszeniu wolantu.
      „Czas, abyś zginął!” — usłyszałem w myślach głos „Neurytu”. — „Owładnąłem twoim urządzeniem, Błękitny!”
      Czekałem, co dalej nastąpi.
      „Penetruję twój umysł na wylot” — dosiągł mnie ten sam głos. — „To ty zatkałeś przejście do bazy ukrytej w wulkanie! To ty pociągnąłeś za wystającą z ziemi dźwignię! Może i nie ukryję się w środku, ale za to razem tutaj umrzemy: ja, ty i twoja Błękitna. Za chwilę wypływ lawy zniszczy nasze pojazdy. Ale pozwolę tobie odlecieć, jeśli zaatakujesz z pomocą urządzenia Targ. Od razu całą planetę. Wiem, że to potrafisz. Lepiej wykorzystasz „Neuryt” niż Ewa „Akson”.”
      Zerknąłem na pałac. Ujrzałem unoszące się lądowniki. Jeden z nich skierował się w stronę polany, do Mikołaja. Komputer pokładowy oznajmił, że Targanie wypełnili misję… Odnaleźli Ewę. Ulżyło mi na sercu.
      Zauważyłem, że wiadomość ta bardzo zaskoczyła Rindoka. Czyżby porwana uwolniła się sama gdzieś po drodze?
      Usłyszałem ponownie głos komputera:
      — Proszę oddalić się od wulkanu, gdyż za chwilę wybuchnie.
      To tłumaczyło zachowanie agresora! Jego atak wzmógł się jeszcze bardziej, wsparty przez oba urządzenia. Pozostałem jego ostatnią szansą na zrealizowanie planu awaryjnego, czyli zniszczenia konkurencji dla Kuns. Spróbowałem wyciszyć swoje myśli, aby nie ulec jego zbrodniczej woli.
      — Poziom lawy zaczyna się podnosić. Czy przejąć stery?
      Gasnącym postrzeganiem zauważyłem, że Rindok zrezygnował z próby wykorzystania mnie do swoich celów i samemu postanowił zaatakować Targ. Nie udało mu się dotrzeć aż tak daleko, więc skupił się na czymś bliższym. Czułem, że coś złego dzieje się na kunsańskiej orbicie. Nienawiść, jaką zionął, zaczęła udzielać się innym.
      — Za chwilę nastanie moment krytyczny. Czekam na decyzję.
      Pociągnąłem za drążek. To Rindok ruszył ma ręką, aby samemu wydostać się za mną z wulkanu.
      — Leć… szybko… na orbitę… — wydusiłem z siebie do komputera promowego.
      Ten odpalił silniki rakietowe skrzydła, które odepchnęły z impetem pojazd Rindoka, wciskając go prosto w rosnący słup lawy. Poczułem w myślach ostatni przejaw agresji ze strony agresora.
      Pociemniało mi w oczach od dużego przyspieszenia. Paradoksalnie, dało mi to upragnione ukojenie.

       
     

VI
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział VII
VIII