XII
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział XIII
EPILOG

     XIII
     

      Bezmiar przerażenia, jakie mnie opanowało, nie dawał się opisać słowami. Straciłem niewyobrażalnie dużo… Moją ojczyznę, moją ukochaną planetę, na której się urodziłem! Prawie wszystkie osoby, z którymi cokolwiek mnie łączyło… Tak upragniony powrót do domu okazał się najgorszym koszmarem, jaki mógł mi się przytrafić. Zdałem sobie sprawę, że ja i Mikołaj pozostaliśmy jedynymi ocalałymi Ziemianami.
      Na tle trupiobladego Księżyca pojawił się samolot. Zmierzał w moją stronę. Czułem, że to z niego tajemnicza siła usiłowała mną owładnąć.
      Zerwałem się do ucieczki w stronę promu. Biegnąc, krzyczałem, co dodawało mi sił. Wtem prom poderwał się z miejsca i po chwili ujrzałem go ponad miastem.
      Zdezorientowany całkowicie, nie wiedziałem, co czynić. Nie przypuszczałem, że ktoś mógłby dobrać się do niego, gdyż sądziłem, że nie było tu nikogo żywego.
      Nagle wybiegłem na duży plac. Bielały na nim szkielety ludzi. Miejsce wyglądało na targowisko. Gdy utwierdziłem się w tym przekonaniu, przypomniałem sobie nagle sen, który przyśnił mi się pod ziemią na planecie Lód. Prysznic, wieżowiec, tory kolejowe, przejście podziemne, targowisko… Oniemiałem z wrażenia. Wyjaśniło się teraz wiele rzeczy. W tamtym przekazie myślowym ujrzałem opis mechanizmu zagłady: ludzie, kierowani umysłowo przez zewnętrzną moc, być może urządzenie klasy „Neuronu”, dokonywali samozagłady, używając wszelkiej dostępnej broni…
      Przypomniałem sobie tamtą wizję we wszystkich szczegółach. Wczuwałem się wtedy w rolę opętanego przez nienawiść wojskowego. Kiedy przywołałem do pamięci ostatnie fragmenty snu, ogarnęła mnie groza. Czy poległ tu mój brat?!
      Szukając miejsca, które dobrze pamiętałem, usłyszałem zbliżający się ku mnie od wzgórz statek powietrzny. Okazało się, że prom również zmierzał w moim kierunku. Postanowiłem, że zanim dosięgnie mnie nieodwołalna zguba, odnajdę ciało brata. Wiedziałem, że to koniec. Zasłużyłem na śmierć.
      Zaatakowała mnie perswadująca siła z samolotu znad wzniesień. Narastała stopniowo, próbując opętać mój umysł. Mając doświadczenie w takich wypadkach, postarałem się o tym nie myśleć, tylko skupić się całkowicie na poszukiwaniach.
      Mój zapał zmniejszył się, kiedy z pojazdu została wystrzelona rakieta. Trafiła kilkanaście metrów przede mną, czyniąc dużo ognia, hałasu i dymu. Instynkt samozachowawczy nakazał mi ratować życie. Podobnie podpowiadał mi odległy ode mnie „Neuron”.
      W pobliżu wybuchły dwa kolejne pociski. Biegłem wciąż naprzód. Usłyszałem terkot wirnika promu i odpalaną z samolotu czwartą rakietę. Wtem potknąłem się i upadłem obok czyjegoś szkieletu. Przestraszony, usiłowałem podnieść się, gdy nagle przypomniałem sobie omamy z planety Lód.
      Łzy napłynęły mi do oczu. To pewnie był mój brat…
      Na prawo ode mnie rozległ się huk, a podmuch wybuchu odrzucił mnie od podłoża. Zanim upadłem na ziemię, dostrzegłem nade mną, w powietrzu, wielką ognistą kulę powstałą po eksplodującym samolocie. Wypadł z niej błyszczący przedmiot. Tuż przed utratą świadomości spowodowaną rozbiciem głowy ujrzałem nad sobą podwozie promu. Potem wszystko przeminęło.

      *
      Statek kosmiczny na orbicie Ziemi. Nieokreślona rozmowa nieokreślonych istot w sterowni:
      — Czy został zahibernowany?
      — Tak. W promie, tak jak mi polecono.
      — A co stało się z tym przedmiotem, który wypadł z samolotu?
      — Mam go przy sobie.
      — Ukryj go na statku w pobliżu reaktora, tam go nie odnajdzie, a będzie nieszkodliwy, póki ja tu jestem.
      — Nie widzę takiej potrzeby!
      — Rób, jak ci zalecam, jeśli chcesz bezpiecznie egzystować na tym pokładzie. Spróbuję wymazać ci to z pamięci. Nie lękaj się mnie.
      — Czy nie lepiej byłoby to coś zniszczyć?
      — Być może kiedyś uda się Longiuszowi uzyskać nad tym kontrolę; wtedy zrobi z tego właściwy użytek.
      — Dobrze. Zrobię, jak trzeba.

     
*
      — Czy moje instrukcje zostały wykonane?
      — Tak. Co teraz?
      — Czy widzisz na ekranie gwiazdę wskazaną strzałką?
      — Tak.
      — Udaj się tam.
      — Nie wiem, jak się tym steruje. Potrafisz zaprogramować autopilota?
      — Mogę porozumiewać się z komputerem pokładowym, jednak nie dopuszcza mnie do wydawania konkretnych rozkazów. W związku z tym udzielę ci dalszych instrukcji, a ty je wykonasz.
      — Zanim zaczniemy, zadam ostatnie pytanie: co to za gwiazda?
      — Gamma IV.
     

      *
      Rok 2183. Na orbicie żółto-niebieskiej planety osiadł statek kosmiczny, z dawna oczekiwany przez jej mieszkańców. Wysłany zeń prom opadł swobodnie do miejsca przez nich wyznaczonego. Był zdalnie sterowany z powierzchni, na co pozwolił rozkaz wydany komputerowi pokładowemu 96 lat temu. Po odczepieniu się od skrzydła, które zawisło w powietrzu, wylądował jak śmigłowiec na specjalnie do tego przystosowanym placu pośrodku wielkiego lasu…
     

      *
      Obudziłem się ze snu hibernacyjnego, co było dla mnie dużą niespodzianką. O ile pamięć mnie nie myliła, powinienem nie żyć. A może cały czas śniłem i dopiero teraz naprawdę się ocknąłem? Usiłowałem podnieść klapę, ale bezwład ogarnął moje ręce. A jednak to się wydarzyło! Ktoś musiał zabrać mnie rannego i zahibernować. Stopniowo ból ogarniał moje ciało. Narastał i narastał. Zdałem sobie sprawę, iż doznałem ciężkich obrażeń. Miejsce, w którym leżałem, stawało się powoli więzieniem. Całą siłą woli zdołałem unieść rękę i w straszliwej męczarni uchylić klapę.
      Ujrzałem nad sobą szkaradne istoty, przypominające obcego z jaskini Lodu. Opanowawszy strach, spróbowałem powiedzieć coś, ale poczułem opar bardzo dobrze znanego mi gazu i osunąłem się z powrotem, pogrążając we śnie.

      *
      Powitałem dzień, leżąc w łóżku z pól siłowych, znajdującym się w jasnym pomieszczeniu. Przez okno po prawej stronie wpadały tu promienie słońca. Pokój zastawiony był typowym wyposażeniem mieszkalnym. Stanąłem na nogi. Nie czułem żadnego bólu. Widocznie kuracja się powiodła.
      Podszedłem do okna, by obejrzeć okolicę. Okazało się, że znajdowałem się w rzadkim, niewysokim lesie, na niewielkiej polanie. Spojrzałem na niebo, by przekonać się, jaka jest pora dnia. Czerwieniące się słońce wskazywało na wieczór.
      Dziwiło mnie jednak, że posiadało taki kolor, mimo iż górowało wysoko ponad horyzontem, nie przysłonięte chmurami.
      Ze zdziwieniem spostrzegłem, że samotny pień stojący na środku polany rzucał dwa cienie! Zaskoczony, postanowiłem sprawdzić przyczynę tego zjawiska. Wyszedłem do wąskiego przedpokoju. Otwarte drzwi na jego końcu zapraszały na zewnątrz. Po chwili znalazłem się na zewnątrz.
      Jeden z cieni, słabszy, rzucało czerwone słońce. Spojrzałem w kierunku, z którego padało drugie światło, dające mocniejszy cień. Ku swemu zdziwieniu ujrzałem inną, jasną gwiazdę. Moje serce napełniło się lękiem. Czyżbym nie był na Ziemi? Jeżeli nie, to w takim razie gdzie? Na Targ? Nie, przecież Gamma V to układ pojedynczy.
      Z domu wyszedł mieszkaniec planety, identyczny jak ten, którego widziałem na orbicie.
      Podszedłem do niego energicznym krokiem i spytałem:
      — Gdzie ja jestem??
      — W Gammie IV, na planecie Dedro. Ja jestem Derianinem. Mamy oboje tłumacze, więc rozumiesz, co mówię.
      — Jak się tutaj znalazłem?
      Pytanie wprawiło obcego w zakłopotanie. W końcu odpowiedział:
      — Dalsze wydarzenia po twoim przylocie za Ziemię oparte są na relacji osoby, która uratowała cię przed niebezpieczeństwem. W związku z tym proponowałbym poczekać, aż przyjdzie i wyjaśni ci wszystko osobiście. Proponuję, byś w międzyczasie spożył posiłek. Znajdziesz go w którymś z pokoi. Ja muszę już odejść, ale sądzę, że obejdziesz się bez mojej pomocy.
      Kiedy Derianin sobie poszedł, wróciłem do budynku. Skonsumowałem posiłek składający się z jakichś nieznanych owoców i gotowanego mięsa. Właśnie wstawałem od stołu, kiedy na korytarzu usłyszałem czyjeś kroki. To on! Ten, który mnie uratował…
      Nie wiedziałem, jak się przywitać, więc stanąłem w progu.
      — Gdzie jesteś? — usłyszałem z korytarza wysoki głos, który wydał mi się znajomy.
      — Tutaj! — krzyknąłem.
      „Za chwilę skomunikuję wasze umysły” — usłyszałem w myślach „Neuron”.
      Zdziwiłem się, skąd się wzięło tutaj urządzenie.
      Postać pojawiła się w drzwiach.
      Spojrzałem na nią i nogi ugięły się pode mną.
      Całkowicie zaskoczony, nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu. Czułem, że moje ciało rozpływa się i zaraz stracę równowagę, i padnę na podłogę.
      Spojrzałem jej w oczy. Nie mogliśmy znaleźć słów na przywitanie, więc rzuciliśmy się sobie w ramiona. Ciężar spadł mi z serca. Ona… żyła… Żadne z nas nie chciało opuścić miłosnego uścisku. Czuliśmy się bezpiecznie, jedno w ramionach drugiego… „Neuron” skontaktował nasze umysły i wnet poznałem wyjaśnienie obecnej sytuacji.
      Ewa, będąc na Targ, poleciała na lotnisko, aby w centralnym porcie lotniczym umówić się z kupcem co do terminu zesłania nowo nabytego promu, kiedy ze zdziwieniem spostrzegła, że pojazd już tam stoi.
      Gdy do niego wstąpiła, z głośników wydobył się głos komputera:
      — <<Nie zostało ci wiele czasu. Zaprogramuj autopilota i zahibernuj się. Za pół godziny odlecisz, a ja w tym czasie będę czekał na drugiego członka załogi.>>
      Sądząc, że chodziło o Mikołaja, wybrała lewy hibernator, uczyniwszy wcześniej dokładnie tak, jak jej polecił komputer.
      Obudziwszy się, ze zdumieniem stwierdziła, że jest na Ziemi, gdyż ujrzała za oknem wschodzący znad pobliskich wzgórz Księżyc. Spytała maszynę, jak to się stało, że, mimo iż zaprogramowała lot jedynie na orbitę Targ, do statku macierzystego, znalazła się aż tutaj. Ta dokładnie wyjaśniła przyczynę tego faktu. Zaskoczona nieoczekiwaną podmianą promów oraz obecnością Longiusza, postanowiła poczekać na jego powrót.
      Nagle otrzymała przekaz od urządzenia zwanego
„Neuronem”, które znajdowało się na pokładzie. Przekazał jej dane na temat aktualnej sytuacji, w jakiej znalazł się jej przyjaciel. Wrogi samolot znad gór właśnie zmierzał w jego stronę, by go zabić.
      Poprosiła komputer, aby unieszkodliwił zagrożenie. Udało się, jednak Longiusz doznał obrażeń od wybuchu rakiety.
      Odnalazła go pośród szkieletów tych, którzy polegli czterdzieści lat temu… „Neuron” kazał jej odszukać przedmiot, który wypadł z rozbitego samolotu, a następnie polecił zahibernować Longiusza i wrócić na statek.
      Co się dalej działo ze znaleziskiem, nie pamiętała. Zaprogramowała lot do Gammy IV na planetę Dedro.
      Kiedy wylądowała na miejscu, ujrzała obcych i przeraziła się ich wyglądem.
      Ci nakazali jej, żeby zdjęła z ucha kolczyk i podała im. Po chwili wszyscy zostali zaopatrzeni w kilkanaście tłumaczy języka deriańskiego, targańskiego, polskiego i jeszcze paru innych z zamieszkałych planet.
      Opowiedziała Derianom swoje losy, a oni wyjaśnili jej, po co tu przybyła.
      Nakazali zająć się rannym Longiuszem. Poddano go operacji, trwającej kilka godzin. Później przywódca Derian, Erion, przybył do niego, a zaraz po nim Ewa. Mieli we troje odbyć ważną rozmowę.
     
— Tym razem to ty ocaliłaś mi życie — powiedziałem do Ewy, na co ona się uśmiechnęła.
      Nic już więcej nie mówiliśmy. Mimo radosnego spotkania byliśmy przygnębieni, gdyż straciliśmy rodzimą planetę wraz ze wszystkimi zamieszkującymi ją ludźmi, a nie wiadomo, co działo się z Mikołajem.
      Do pokoju wszedł Derianin i przedstawił się jako Erion. Uwolniliśmy się z uścisku i zasiedliśmy na fotelach. Od razu przeszedłem do rzeczy:
      — Kim jesteście i czego od nas oczekujecie?
      — Jesteśmy istotami ludzkimi, których obecny wygląd powstał wskutek mutacji związanej z działalnością dwóch słońc. Nic nadzwyczajnego. Mimo to stanowimy ten sam gatunek, co wy.
      — To niemożliwe! — krzyknąłem.
      „On mówi prawdę” — zakomunikował „Neuron”, którego Ewa wyjęła i postawiła na stole przed nami.
      — Wszyscy pochodzimy z Ziemi — kontynuował Derianin. — Targanie, Kunsanie, Derianie oraz mieszkańcy Dwójki i Trójki.
      Oniemiałem. A więc Szeni i Peczi skłamali, mówiąc, że Targanie od zawsze zamieszkiwali Targ. Erion ciągnął dalej:
      — Na Ziemi istniała niegdyś wyspa, utożsamiana przez niektórych z was z Atlantydą. Nasi przodkowie, którzy ją zasiedlili, rozwinęli wysoką technikę. Nie kontaktowali się w ogóle z innymi plemionami ludzkimi. Przypadło to na lata 6000-3000 przed waszą erą. Ich religia nakazała im opuścić Ziemię, więc przez 3000 kolejnych lat pod nadzorem pięciu nieśmiertelnych kapłanów o specjalnych zdolnościach umysłowych szykowali się do ucieczki w przestrzeń Kosmosu. Pod ich nadzorem zbudowano statek kosmiczny, mający zabrać kilka rodzin łącznie z samymi projektantami. Reszta miała pozostać na miejscu i czekać na swoją kolej. Jeden z kapłanów powrócił, aby w roku 1024 zniszczyć wyspę wraz z jej mieszkańcami i ukryć się. Pozostali członkowie załogi statku osiedlili układ nazwany Gammą II, gdzie występowała planeta zawierająca życie. Wtedy słuch po przybyłych z nimi czterech kapłanach zaginął. Po powtórnym rozwinięciu cywilizacji zaczęto masowo produkować statki kosmiczne, kolonizujące następne systemy: Gammę III, IV i V. O Trójce wiemy niewiele, natomiast o Piątce sporo. Jako pierwszą planetę skolonizowano Kuns. Trudne warunki na niej panujące zmusiły jej mieszkańców do opanowania pobliskiej Targ. Część Kunsan została i wkrótce zmutowali. Rozpoczęły się wojny między tymi dwoma światami. W Gammie IV Derianie również zmutowali pod wpływem promieniowania gwiazd i część z nich zdecydowała się przenieść do Gammy V, na Lód. Utworzono tam cywilizację, ale ta pod wpływem trudnych warunków upadła. Przeżyli jedynie strażnicy, którzy rozebrali miasta i ukryli się w podziemiach. Czuwali nad „Neuronem”, którego macie teraz przed sobą. To cała nasza historia. Widzę, Ziemianinie, że poruszył cię temat Urządzenia. Pojawiły się one po zaginięciu kapłanów. „Neuryt”, „Dendryt”, „Neuron” i „Akson”. Każdy z nich umieszczono w jednym ze skolonizowanych układów. „Dendryt” w Gammie V, „Neuryt” w Gammie IV, „Akson” w Dwójce, a „Neuron” w Trójce. Ten z Trójki został z niej wyrzucony i umieszczony na Lodzie. Co się dalej działo z „Aksonem”, nie wiemy…
      Przerwałem, aby nadmienić, że z „Aksonem” zetknąłem się na Kuns.
      Erion kontynuował:
      — Wraz z pojawieniem się Urządzeń powstała legenda, że z Ziemi, zwanej Błękitną, przybędą Błękitni, którzy użyją je do pomocy cywilizacjom Gammy, między innymi tej na Lodzie i nam. Kiedy tylko pojawiliście się w Gammie V, wysłaliśmy wam „Neuryt”…
      Ja i Ewa spojrzeliśmy sobie w oczy. Wszystko się wyjaśniło…
      „Neuron” zakomunikował nam, co mamy uczynić.
      Wstaliśmy, zabraliśmy Urządzenie i natychmiast opuściliśmy dom, ku zdziwieniu Eriona. Na polanie stał prom, którym przed kilkoma minutami przyleciała Ewa.
      — Zrobimy to, o co prosi nas „Neuron”? — zapytałem ją.
      — Tak — odpowiedziała.

       

     

XII
Ingerencja - Część 1. - Gamma V - Rozdział XIII
EPILOG