Zdrada
Rycerz Rouginu - Część I - Zatracenie - Bezdroża
Miejsce Wyzwania

      Bezdroża

      Gdy tylko nastał świt, zbudzili się wszyscy po mniej lub bardziej przespanej nocy. Z mniejszym bądź większym zapałem wykonali czynności poranne, po czym zabrali się do przygotowania wyprawy. Objuczyli pernackie konie tobołami z żywnością, namiotami, kuchnią i odzieniem. Po doświadczeniach w Lendi- i Zundirougu postanowili wieźć broń pod ręką, aby w razie ataku natychmiast móc stawić opór. Zabrali również niezbędny sprzęt – łopatę, noże, linę, pochodnię, mapę i inne rekwizyty. Znaleźli również miejsce dla kopii, którą otrzymali w Zundelu. Tak wyposażeni, wyruszyli w podróż.
      Ale nie wszyscy. Jeden z podróżnych utracił konia, więc inny musiał mu swojego oddać. Uczynił to z własnej woli Leksel. Ten, który jako kuzyn Lucena przyłączył się w Donerze do drużyny, ten, którego kojarzono z nieumiarkowaniem w spożywaniu trunków i w biesiadowaniu. Nikt nie spodziewał się, że podczas krótkiej podróży z Doneru do Góry Klasztornej odmieni swe upodobania i postanowi zrezygnować z obfitującej w przygody ekspedycji, aby umożliwić Gerunowi jej kontynuowanie. Pożegnali go więc i życzyli sobie ponownego spotkania po udanej wyprawie.
      Widok z Góry Klasztornej obejmował dziesiątki mil, sięgając daleko w głąb Zundirougu. Na wschodzie mały czerwony punkt na horyzoncie okazał się Zundelem, do którego już nigdy nie miał zawitać Zargan Drugi. Na całym południu ciągnęły się pasma Gór Wysokich i masyw Szpilic. Cienka kreska na ich tle była jedną z wież zamieszkałych przez Kapturników. Podróżni sięgali wzrokiem w stronę Lendionu, aby odnaleźć górę, na której rozprawili się z rozbójnikami. Pamiętał Gerun, jak patrzył stamtąd tutaj i myślał o przybliżeniu się do kraju wroga. Teraz osiągnął ten połowiczny cel i starał się odgadnąć kierunek dalszej wędrówki. Na południu leżało państwo Dit. Na zachodzie piętrzyły się potężne Góry Graniczne, zasłaniające widok w dal, na tereny nigdy wcześniej nie badane przez Rougińczyków. Uwagę Geruna przykuwała północ, tam to bowiem należałoby szukać drogi. Góry Graniczne obniżały się stopniowo ku północy, przechodząc w kierunku wschodnim w niewysokie wzgórza. Na północnym wschodzie ziała pustka stepu, odróżniającego się jednak od tego zundejskiego lekkim pofałdowaniem, a w jednym miejscu widniały zarysy ruin. Był to zapewne Zundiroug Zniszczony, pamiętający jeszcze Pierwszą Wojnę Północną. To w tamte strony należało się udać, do terenów zupełnie odludnych, zapomnianych od czasów wojny. Być może istniał prastary szlak z Zundirougu do Gradirougu, omijający Urbidion. Na razie obrano kurs na północ, z niewielkim odchyleniem na wschód.
      Konie schodziły po zboczu góry, stąpając uważnie i powoli. Czekała je wielodniowa mordęga po obszarach, w których nie ma bitych dróg. W milczeniu spowodowanym sennością odbyto całą drogę do podnóża góry. Na równinie odnaleźli coś, co w jakiś sposób przypominało ścieżkę. Tu wierzchowce zwiększyły tempa i, pokonując siedem mil w ciągu godziny, zbliżały się do zarysowujących się powoli wzgórz.
      Słońce prażyło mocno, zwiastując upał. Nikomu nie chciało się jechać; Gerun przysypiał. Step powoli ustępował krzakom, lasom i łąkom. Nie widzieli nigdzie pól uprawnych, chociaż pokrywały one niegdyś to miejsce. Wokoło nie było żadnego człowieka. Krajobraz ciągnął się w swej monotonii całymi milami i jedyne, co się istotnie zmieniało, to stopniowo malejąca Góra Klasztorna. Zdawali sobie sprawę, że opuścili ostatnie bezpieczne miejsce w drodze do Gradirougu. Obecnie czekały ich dziesiątki mil obszarów dzikich i nijakich. Co niektórzy obawiali się, że nie starczy żywności. Dobrun, mając skądś mgliste pojęcie o tych terenach, oznajmił, że będą mieli do przekroczenia dużą rzekę, zwana Rzeką Spływu, odgraniczającą północ od południa.
      Atmosfera senności, której uległ także Halen, spowodowała, że Dobrun, Lucen i Meken zatracili poczucie czasu i odległości. Powolne, płynne i stopniowe zmiany krajobrazu w przeciągu kilku godzin jazdy spowodowały, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że zupełnie zniknął step, a pojawiły się pagórkowate łąki i lasy. Gdy tylko wpływ prażącego słońca przytłumiły cienie drzew, obudzili się śpiący, a ocknęli z nieuwagi pozostali. Cała piątka zdziwiła się, że opuścili już równinę i otoczyło ich nieznane. Ale stało się. Przekroczyli ostateczną granicę terenów zamieszkanych, a wkroczyli do tych dziewiczych. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, jacy są słabi w piątkę. Gdyby niespodziewanie zaatakowali ich Dzicy… Gerun nie przejmował się tym. Pełen optymizmu nakazał jechać dalej.
      Ścieżka leśna, mocno zarośnięta, umożliwiła utrzymywanie dotychczasowej prędkości. Jednak coraz większa falistość terenu poczęła dawać się we znaki. Drzewostan skończył się za niewielkim spadkiem i wzniesienie przykryło widok Góry Klasztornej, zasłaniając tym samym ostatni punkt odniesienia. Otworzył się wąwóz porośnięty dziką roślinnością. Jego zbocza, choć strome, nie dawały cienia, gdyż słońce wysoko wzeszło na nieboskłon i osiągnęło szczyt swej podniebnej wędrówki. Bardzo wczesne spożycie śniadania spowodowało, że teraz wszyscy na powrót zgłodnieli, toteż zarządzono postój.
      Wyjęli zestaw kuchenny a Helen z Mekenem zaoferowali się przyrządzić obiad. Rozpalili ognisko, ograniczając ilość dymu i zawiesili na niewielkim ruszcie garnek z zupą i surowym mięsem, które już za parę godzin straciłoby na świeżości. Pozostali rozłożyli koce i zasiedli na nich. Jednak Lucen opuścił towarzystwo Dobruna i Geruna, aby objąć straż nad wąwozem, gdyż stanowił on kiepskie miejsce do ewentualnej obrony. Wyszedł po stoku na bardziej równy grunt i, rozejrzawszy się wokół, począł spacerować jak na warcie, delektując się przy okazji dobrą pogodą.
      Po posiłku wszyscy chcieli odpocząć; nikomu nie śpieszyło się do jazdy w nieznane. Teraz Dobrun wziął przykład z Lucena i, zamieniwszy się w obowiązkach, zaczął przechadzać się wzdłuż wąwozu. Postanowił nieco bardziej oddalić się od grupy, aby lepiej rozeznać się w terenie. Zwrócił się ku północy. Po chwili ujrzał leżącego przed sobą człowieka. Był nieżywy przynajmniej od wielu dziesiątek lat. Mocno spróchniałe kości leżały rozkruszone w bezładzie; nieco dalej znajdował się zardzewiały miecz. Podszedł bliżej i zauważył tarczę. Natychmiast podniósł ją, aby zobaczyć, z jakiego kraju pochodzi poległy. Zdumiał się bardzo, ujrzawszy na tarczy znak Rouginu. Zjednoczonego Rouginu. Pomyślał, że poległy żył w czasach Wojen Północnych, prawdopodobnie tej Pierwszej. Już chciał wracać do obozujących, aby powiadomić ich o odkryciu, gdy spostrzegł nieco dalej inne szkielety. Niedaleko stąd usypano niegdyś kurhany, uwieńczone połamanymi już Krzyżami, a wszędzie walało się pełno zniszczonego oręża. Krzyknął do kompanów i otrzymał pozwolenie na dłuższy zwiad. Postanowił więc posunąć się jeszcze dalej w swych badaniach; zszedł w dół wąwozu do miejsca, gdzie znajdowała się inna zbiorowa mogiła. Tutaj nie wzniesiono kurhanu; zamiast tego była masa spopielonych kości i czaszek, częściowo przysypanych ziemią. Obok leżał wsparty o łopatę szkielet, prawdopodobnie grabarza. Manderczyk pohamował odrazę i postąpił naprzód, omijając niedoszły grób. Nagle poczuł pustkę pod nogami – pod trawą nie było twardej skały – i zapadł się do jakiegoś dołu. Przez otwór, w który wleciał, wpadały promienie słońca. Okazało się to prastarą pułapką. Miał wielkie szczęście, że nie nadział się na ostre pale na dnie. Rozejrzał się ostrożnie i doszedł do wniosku, że pułapka owa służyła zarazem za grób, kryjący w swym wnętrzu całkiem dobrze zachowane kości. Wydawały się one jakoś dziwne: były dużo większe od ludzkich. Czyżby należały do Olbrzyma leśnego? Dostrzegł w cieniu jeszcze jedną wielką kość: z kilkoma otworami, kulistą i… straszną. Olbrzymia czaszka gadzia, wyższa od stojącego człowieka, patrzyła na Dobruna pustymi oczodołami, wzbudzając szaleńczy lęk, na który złożyły się także zasłyszane niegdyś przesądne ludowe opowieści. Swą wiarę budował bowiem na legendach gminu, jak większość jego rodaków… Gdyby nie to, wcale nie obawiałby się tego, co widział. W jednej chwili zapomniał o pouczeniach kapłanów odnośnie zabobonów. Wrzasnął na całe gardło i spróbował wydostać się na powierzchnię, stając na palikach i podskakując. W pewnej chwili ześliznął się i, upadając, uderzył głową w słup, a ciało jego spadło na czaszkę i skruszyło ją swym ciężarem w dość drobny pył. Leżał bez ruchu na dnie grobu-pułapki, pogrążony w nieprzytomności.
      Pozostali uczestnicy wyprawy przybyli na miejsce po dłuższych poszukiwaniach. Wystraszyli się widokiem znieruchomiałego towarzysza. Czym prędzej wyciągnęli go z potrzasku. Każdy z nich po kolei próbował obudzić poszkodowanego, ale ich wysiłki spełzły na niczym. Ten już taki pozostał. Jednak żył.
      Przenieśli go do obozu i natychmiast otworzyli paczkę z lekarstwami. Po krótkim studiowaniu etykiet odnaleźli właściwe i, umoczywszy szmatę w pojemniku, przyłożyli rannemu do czoła. Ten jakby na chwilę otworzył oczy, ale wnet na powrót stracił przytomność. Kolejne próby z medykamentami nic nie dały.
      Był to pierwszy przykry wypadek od momentu wyruszenia z klasztoru.
      To, co się wydarzyło, sprowadziło na wszystkich milczenie. Siedzieli na kocach, nie odzywając się do siebie. Gerun zapewne myślał o dalszym losie podróży. I widać szybko zdecydował się co do tej kwestii, gdyż rzekł do pozostałych, przerywając na moment ciszę:
      — Musimy być odtąd ostrożniejsi.
      Odrzucono propozycję Lucena, aby wrócić z rannym do mnichów, póki jeszcze są blisko. Ten przekonał się, że zwyciężyła chęć kontynuowania raz powziętego zamiaru. Z dala od terenów zamieszkałych, wioząc nieprzytomnego członka wyprawy. Ku Urugelowi – tam, gdzie nie będzie już litości i gdzie na każdego, kto osłabnie, zapadnie wyrok śmierci.
      Gerun wstał. Zabrał się za zwijanie koca, co odczytano jako sygnał do zakończenia postoju. Gdy tylko załadowali ostatni pakunek, niechętnie ruszyli w dalsza drogę. Skierowali się na północ, tam, gdzie znajdowało się pole bitwy i zdradziecki grób. Meken zamykał ekspedycję, obserwując jadącego przed nim wierzchowca, niosącego Dobruna.
      Minęli kurhany. Gdy przejeżdżali w pobliżu szkieletu grabarza, ten zsunął się z łopaty na ziemię, przypominając o tym, co czekało sprawne za życia ciała po śmierci, zanim miało nastąpić zmartwychwstanie. Niektórzy uznali to za pech, a w momencie mijania dołu ogarnął ich niepokój i obrzydzenie zarazem. A Dobrun poruszył się na koniu i z lekka podniósł. Meken zawołał na podróżnych a ci obrócili głowy. Manderczyk też obrócił swoją, ale w stronę pułapki. Spojrzał tam i wstrząsnął nim potężny dreszcz a jego twarz wyraziła paniczny lęk. Trząsł się ze strachu, wpatrując się w grób, w coś, czego pozostali nie dostrzegali. Ostre pale, kości i popioły nie mogły wzbudzić u pozostałych takiej grozy, jakiej on sam jeden doświadczył.
      — Co tam widzisz?! — zawołał Gerun.
      Dobrun powiedział coś bełkotliwie, a powtórnie zapytany, wymówił ledwo zrozumiałe słowa: „… one są, żyły… były tu… zabiły… zobaczyłem… zobaczyłem jednego, był… był tam… on… istnieje…”
      — Kto? Jaki on?!
      — …on… gad… nie chcę cię, nie chcę, odejdź! odejdź!… precz!!!… tak, będę… nie, nigdy!… będę… będę… pierś…
      I nagle uderzył twarzą w końską grzywę, jakby pchnął go silny podmuch wiatru.
      — Dobrunie!! — krzyknęli wszyscy naraz. Ale nic to nie dało. Grób został w tyle, a przebudzony wrócił do swego poprzedniego stanu spoczynku.
      — Może wycofamy się? — zaproponował ponownie Lucen. Nikt nie usłyszał, gdyż było zbyt cicho, a cisza ta wtapiała się w myśli.
      Wąwóz skończył się. Minęli jeszcze kilkanaście kurhanów i znów znaleźli się wśród monotonnych wzgórz. Ale zwrócili się ku wschodowi. Od północy odgradzało im drogę podłużne wzniesienie. Jechali wzdłuż niego i po pewnym czasie przemieniło się ono jakby w skraj płaskowyżu, zakończonego stromym urwiskiem. Zniknęła roślinność, ustępując miejsca skale i suchej ziemi. Konie przyspieszyły, czując twardsze podłoże.
      Upłynęły dwie godziny. Ściana zrównała się wysokością z gruntem. Pagórki zmalały. Na powrót pojawił się mech i rzadka trawa, a zwaliska kamieni okazały się murami domów. Tu niegdyś znajdowała się prowincja, która od wielu dziesiątek lat nie istniała. Bryły dawnych fundamentów, gdzieniegdzie sczerniałe, świadczyły o kontakcie z ogniem. Gdzieniegdzie znajdowały się zwały węgla, dowodzące, iż są pozostałością spalonych drewnianych budowli. Znaleźli się w Zundirougu Zniszczonym. Wśród tych ruin podróżni dokonali paru wstrząsających odkryć. Halen ujrzał porozrzucane na ziemi szczęki ludzkie. Uwagę Mekena przykuł leżący wśród głazów pęknięty na dwoje Krzyż, ułożony jakby do góry nogami. Tu niegdyś mieścił się kamienny kościół. Zastanowiło Mekena, kto odważył się go zburzyć. Z kolei Lucen dostrzegł w oddali jakiś ruch, jakby ktoś przechodził między ruinami. Nie ogłosił tego pozostałym, obawiając się, że uległ złudzeniu.
      Gerun podjechał do Dobruna. Ten nadal nie reagował na nic. Pochylił się nad śpiącym i potrząsnął go za ramię. Przypomniał sobie jazdę do Doneru, kiedy to wieźli ze sobą pogrążonego w podobnym stanie rybaka. A teraz przytrafiło się to jednemu z przyjaciół króla. Przyjaciół…
      „Tak — pomyślał — przyjaciół. Zdążyłem przywiązać się do moim towarzyszy. A jeden z nich opuścił nas duchem. Czy i mnie to kiedyś spotka? Ach, już spotkało… w Trójkącie Wież.”
      — Gerunie…
      Dobrun miał otwarte oczy, ale głowy nie uniósł.
      — Gerunie, to ty, królu…?
      — Tak, to ja. Co ci się stało?
      — Ja już ostatni raz… Takim mnie zapamiętaj…
      — Dobrunie! O czym ty mówisz?
      — Inaczej już nie będzie. Ostatni raz mnie takim widzisz — z trudem rzekł przebudzony. — Mogę teraz trzeźwo myśleć i rozmawiać… Chwilowo jestem wolny…
      — Od kogo??
      — Jego… w tamtym grobowcu… smok… demon…
      — Co ty mówisz?
      — Gerunie, módl się… Nie daj w sobie zniszczyć… tego, co najważniejsze…
      — Nie zginę, nie bój się. Posiadam pewną rzecz; dzięki niej zawsze zwyciężę. Powiedz, co tobie jest? Martwię się o ciebie.
      — Masz wiarę?… Masz… modlitwę?
      — Mam coś silniejszego.
      — Charyzmat? Charyzmat, Gerunie?
      — Nie… coś podobnego, ale nie to.
      — Cza… cza…
      — Czary, Dobrunie. Mogę spróbować cię nimi uzdrowić.
      — Nie…!! One są złe…
      Król sięgnął pod płaszcz i wyjął kopertę. Zawahał się, ale powiedział sam do siebie: „To dla mojego przyjaciela.” Spojrzał na tekst i zrozumiał jedynie wyróżnione na czerwono słowa, zapewne nagłówki inkantacji.
      — Wolę śmierć od tego… — powiedział Dobrun. — Już lepiej, byś pozwolił mi tu zginąć… A najlepiej znajdź jakiś chrześcijański egzorcyzm… Są takie dla wiernych… Uczyń to, zanim mnie opęta… Nie chcę być narzędziem złego. Wolę umrzeć, niż pójść do piekła… Jestem słaby duchem… On kusi mnie, bym się poddał. Za bardzo fascynowały mnie ludowe przesądy… Widzę w nich jego działanie…
      — Nie musisz być silny duchem. Słuchaj tego, to też są egzorcyzmy, tylko że magiczne — Gerun zaczął po cichu odtwarzać jeden z wersetów, znalazłszy właściwy nagłówek.
      — Nie… nie… przestań. Przestań! Wzywasz go… twe czary… przyspieszą opętanie… osłabnę… skończ… skończ…
      Uniósł się, wytężając całe swoje ciało w celu zabrania kartki z zaklęciami, ale król mu jej nie oddał. Czytał dalej, jakby odmawiał modlitwę. Tamten rozejrzał się nerwowo wokół siebie i pociągnął recytującego za płaszcz. Próbował coś powiedzieć, ale znów zaczął bełkotać. Przemógł się jeszcze na moment i wykrztusił:
      — Potrzebuję egzorcyzmu… Wróć prędko do mnichów…
      — Nigdzie nie zawrócę! Zresztą niektórzy z nich sami użyliby magii…
      — Zakonnicy-odstępcy… Przerażające… To chociaż zwiąż mnie i pozostaw tutaj, aż umrę… Inaczej mogę wyrządzić krzywdę niewinnym ludziom… Módl się o przebaczenie dla nas… zamiast czytać te zaklęcia…
      — Czytam je dla twojego dobra.
      — Uwierz mi… — ciągnął prośby Dobrun. — Uwierz… Posłuchaj… Nawróć się… masz szansę… Urugel też ją ma… Może otrzymać nowe życie…
      Gerun przerwał. Tym razem był zaskoczony. Przebudzony wykorzystał to.
      — Wyrzuć to… Nie lecz mnie… Przerwij… Już… już… teraz… nie słuchaj… mnie… odtąd… już nigdy… Ja… mogę… nie być sobą… tylko… jego sługą… Odejdź!!!!
      Głośny wrzask wystraszył króla. Ale ten dokończył czytanie zaklęcia. Dobrun leżał na koniu, powtórnie nieprzytomny. A wersety zostały odmówione do końca… Pękła bariera. Teraz Gerun uświadomił sobie swój czyn. Coś wstąpiło w jego oblicze, poczerwieniał bowiem na twarzy i cisnął kopertę na ziemię.
      — Witam nieznajomych!
      To padł okrzyk od czoła grupy. Tamże ujrzano siedzącego na koniu mężczyznę. Czerwona łuna wieczornego słońca oświetlała jego oblicze.
      — Witamy — odpowiedział Lucen. — Kim waszmość jest?
      Przybysz nie odpowiedział. Nastała krótka pauza, po czym spotkany jął okrążać podróżnych, bacznie im się przyglądając. Lucen spojrzał pytająco na króla, ale ten zdawał się nic sobie z tego nie robić. Nieznajomy zatoczył pełne koło, tak iż każdy mógł mu się przyjrzeć z bliska. Wysokiego wzrostu, z wyglądu Rougińczyk, uzbrojony w kolczugę, buławę i sztylet. Wyraz twarzy obrazował nieskrywaną pewność siebie i poczucie wyższości. Gdy znów zatrzymał się naprzeciw grupy, odezwał się tonem rozkazującym:
      — Mówcie, dokąd jedziecie.
      — Jak śmiesz! — oburzył się Gerun. — To ty powiedz, skąd się tu wziąłeś.
      Nieznajomy uśmiechnął się drwiąco i oznajmił:
      — Tak sobie jeżdżę. Wolno mi, prawda?
      — Nie waż się tak do mnie odzywać. Nie wiesz, kim jestem.
      — Jesteś albo włóczęgą, albo głupcem. Nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w te rejony.
      — To obraza! — warknął Lendejczyk i zawtórowali mu przyjaciele. Pierwsze ostrze zostało już obnażone.
      — Nie boję się was, niemądre łazęgi — nieznajomy zmienił ton. — Zostawię was chyba na pastwę waszego braku orientacji. Nigdy mnie nie wyprzedzicie w drodze do celu.
      Meken schował miecz. Napięcie nieco osłabło. Ale Gerun nie zmienił postawy.
      — Mów, dokąd jedziesz, niegodziwcze — rozkazał. — Może uchronisz się od mego gniewu.
      — Niech ci będzie, dowódco pokaźnej armii — nieznajomy wskazał szyderczo na drużynę. — Jadę tam, dokąd prowadzi ścieżka. A wy nawet nie wiecie, że na niej jesteście. Jedziecie z odludzia dalej w odludzie, głupcy. Droga do celu prowadzi na północ.
      Obejrzeli się wokół. Faktycznie, krzyżowały się tutaj ledwo odróżnialne od otoczenia ścieżki.
      — Pożałujesz! — wrzasnął król i wyciągnął miecz.
      — Lepiej zaniechaj! Z pewnością przegrasz!
      — Jesteś sam, a nas aż pięciu!
      — Posiadam większą siłę, niż widać!! To potęga większa niż miecz!
      — Spokojnie, ja też.
      Gerun wypowiedział te słowa bez złości, ciszej. Ku zaskoczeniu pozostałych schował broń i rzekł do niedoszłego przeciwnika: „Skąd Go masz?”
      Spytany stracił pewność siebie. Jego oblicze złagodniało, a spojrzeniem zawładnęła ciekawość.
      — Nie wiem, czy chodzi nam o to samo — nieznajomy wyraził wątpliwość.
      — A więc pewnie nie o to samo. Powiedz chociaż, czy to, czym dysponujesz, się sprawdza. Ja mam pewne problemy.
      — Czy dobrze się rozumiemy? Pewnie jedziesz z tymi ludźmi w to samo miejsce, co ja?
      — Wolałbyś nie wiedzieć, dokąd się udajemy.
      — Teraz już wiem. A z jakim to problemem zmagasz się ty, który mnie niefortunnie naśladujesz?
      — Naśladuję? Nie rozumiem. Ale odpowiem na pytanie. Chodzi mi o… o… uzdrawianie.
      — Do uzdrawiania potrzebny jest jeszcze czas. A może chciałbyś dowiedzieć się o… zabijaniu?
      — O czym rozmawiacie? — wtrącił się Lucen.
      — Wolałbyś nie wiedzieć — odpowiedział enigmatycznie nieznajomy.
      — A tak poza tym: jak ci na imię? — zagadnął Gerun.
      — Alkelien. Ale wyprzedzę twoje pytanie – nie dołączę do was ani wy do mnie. Niepotrzebni są tam ludzie, którzy nie mają o niczym pojęcia. A ty sam masz jeszcze wiele do nauki.
      — Mówiłeś coś o zabijaniu.
      — Tak. Spójrz na południe.
      Spojrzał. Na skraju czerwonej łuny bijącej od zachodzącego słońca widać było zarys jakiejś budowli.
      — Jedź tam. Może i ty zyskasz. Ja muszę was opuścić. Zaraz twój pacjent się obudzi. Już myślałem, że zabiję kolejnych ludzi, a to swój się znalazł. Trzeba się przyzwyczaić do przyszłej służby.
      — Jakiej służby? — zaciekawił się Gerun.
      — Opuszczam was, nie próbujcie za mną podążać. Jedź na południe, do ruin, przyszły dowódco. Nie zadawaj niemądrych pytań.
      — Dowódca? O co chodzi?
      — Żegnam. Zobaczymy się u celu.
      Nieznajomy niespodziewanie ruszył z miejsca. Chwilę potrwało, zanim Lucen spytał, czy podążyć za Alkelienem. Ale król nie patrzył za odjeżdżającym, lecz w zupełnie przeciwnym kierunku. W tym momencie przemówił Dobrun: „Nie słuchaj mnie… nie… nie… ale… ale… ale… nie słuchaj…”, po czym dodał nieswoim głosem: „Podnieś kopertę.”
      Gerun podniósł.
      Ujrzawszy Manderczyka przytomnego, uradowali się podróżni. Wypytywali go, jak się czuje, a ten odpowiadał, że dobrze. Gdy próbowali się dowiedzieć, co spowodowało jego utratę nieprzytomności, stwierdził, że nie pamięta.
      Na rozkaz Geruna przyrządzono wieczerzę i podróżni najedli się do syta po całodziennej mordędze. Sam w czasie posiłku co chwila zerkał na południe, co utwierdziło go w przekonaniu, aby udać się tam, gdzie polecił Alkelien. Gdy zbliżali się, stopniowo pojawiały się szczegóły pewnej budowli i wszystko zaczęło wskazywać na to, że została ona niegdyś zniszczona. Lucen zaczął odczuwać lęk, wywołany stopniem destrukcji tego miejsca. Doznał jeszcze większego niepokoju, ujrzawszy wzrastające podniecenie na twarzy króla. Taką samą twarz monarchy widział już raz w Lenderze. Słońce kryło się za pagórkami, oświetlając czerwoną łuną ruiny budowli.
      — Wasza Królewska Mość niepokoi się, jak wtedy we śnie…
      Gerun wyglądał jak zahipnotyzowany; otworzył szeroko usta i oczy, a ręce jego drżały. Sięgnął do schowka i wyjął niewielki przedmiot. Odetchnął z ulgą, ale wciąż był osłupiały.
      — Czy ja śnię? — spytał Rycerz.
      — Prawie tak — odparł Lucen.
      — Już tu byłem…
      — Śniło ci się, królu.
      Rycerz objął przyjaciela niesamowitym spojrzeniem, po czym rzekł:
      — Wiesz o tym, że Go mam?
      — Wiem, że coś przed nami ciągle ukrywasz, królu.
      — Mów mi po imieniu. Istotnie, zachowuję się dziwnie, ale nie przejmuję się tym. Nie jestem przecież zły. Kontroluję swoją własność. Nie używam Go.
      — Co takiego posiadasz, Gerunie? Wtedy, w zamku, chowałeś przede mną jakąś rzecz…
      — Kiedyś Go ujrzysz.
      — Patrz, królu!! — krzyknął nagle Halen, pokazując na ruiny. Na ciemnokrwistym tle na szczycie budowli drgało powietrze, jakby buchała stamtąd gorąca para.
      — Jedziemy na górę? — zaproponował Meken. Nie udzieliwszy odpowiedzi, ruszył Rycerz ku budowli, a za nim podążyli przyjaciele. Pozostał jedynie sam Dobrun. Gdy dotarli do stóp ruiny, to, co wydawało się ciepłem, przeszło wszelkie oczekiwania obecnych.
      Ten kształt był kimś. Wszyscy obserwowali – jak we śnie – żywą postać i zarazem jej brak. Gdyż była i nie była zarazem. Tak, jakby żyła na świecie, ale do niego nie należała. To, co jawiło się jako przeźroczyste powietrze, obrazowało z bliska kogoś postrzeganego tak mało wyraźnie jak w wyobraźni. W przeciwieństwie do współpatrzących, Rycerz zdawał się być spokojny. „To nie tamten” — pomyślał. Ale pozostali zdali sobie sprawę z natury postaci. Jej ziemskie oblicze wcale nie było mniej przerażające niż iluzoryczność jej ucieleśnienia. Złowroga twarz o rozmytych oczach, ustach i nosie, odziana w odrażający strój, wyrażająca swymi gestami pogardę i chęć uśmiercenia.
      — Odejdź, duchu nieczysty! — krzyknął Lucen i przeżegnał się. On jeden prócz Geruna opanował lęk. Na moment zjawa jakby znikła, ale obecni wciąż odczuwali jej sąsiedztwo. I nagle pojawiła się tuż przed Halenem, na co ten zadrżał, cofając się z uczuciem agonalnego strachu. Poruszał członkami bezcelowo, jakby chciał odegnać gestem to, co górowało nad nim. W tym momencie niewyraźne usta wydały niewyraźny dźwięk i nieumarła ręka została wyciągnięta w stronę ofiary. Nie zmniejszył panującej grozy ryk oszalałego ze zgrozy.
      Przełamując własną wolę, przyszli mu z pomocą Lucen i Meken. Zamierzyli się z mieczami na zjawę i zadali cios. Ale cięli powietrze, gdyż była ona bezcielesna, a jej obraz nie tyle widniał, co dawał się odczuć. W tej samej chwili Halen chwycił się za serce, po czym w milczeniu spadł z konia, a zmora obrała sobie za cel Lucena i ruszyła ku niemu. Ten, panując nad uczuciami, spiął konia ostrogami i spróbował ujechać w bok. Ale zjawa również się tam znalazła. Dokładnie przed nim. Twarz bezcielesnej osoby wyrażała teraz wielkie błaganie, lęk i smutek. Lucen, wiedząc, że ma do czynienia z mocą nadprzyrodzoną, udającą tylko zmarłego, zrezygnował z fizycznego ataku. Wyczekiwał. Halen wstał z ziemi i, spojrzawszy na starcie Lucena z upiorem, znieruchomiał z wrażenia, zapominając o uprzednim strachu. Podobnie Meken. Widmo wydało się nagle jakby większe i wykonało odczuwalną Czynność, mimo iż tkwiło w tym samym geście, co wszyscy. Ale Lucen najwyraźniej czegoś doświadczył, bo syknął jakby z bólu, przesłaniając oczy. Przełamawszy sie, położył dłoń na czole… potem na sercu… przezwyciężając tym samym Czynność postaci.
      I gdy dotknął lewego ramienia i chciał ułożyć dłoń na prawym… nagle odezwał się Gerun rozkazująco:
      — Daj mi, co masz mi dać!!
      I zanim Lucen złożył ręce, a zjawa zniknęła, usłyszał Rycerz z oddali odgłos galopu końskiego. To Dobrun szarżował prosto na północ, uciekając od współtowarzyszy.
      — Za nim! — krzyknął Meken i wszyscy z ochotą opuścili budowlę, pozostawiając komuś innemu przepędzenie zjawy do miejsca swego prawdziwego odwiecznego przebywania. Rozpoczął się szaleńczy pościg za Manderczykiem, który uciekał z nieznanej przyczyny. Dojechali czym prędzej do ścieżki, ryzykując upadek na nierównym podłożu. Nakazali swym koniom gnać, jak szybko się dało. Wołali do Dobruna, ale nie odpowiadał. Mimo zawrotnej prędkości, nie zbliżali się wcale do ściganego. Na szczęście on też przestał się oddalać. Konie pracowały wszystkimi mięśniami i podróżni czuli pod siodłami ich naprężone ciała. Dość wyrównany grunt pod słabo widzialnym szlakiem szybko umykał spod kopyt a ruiny zniszczonego miasta powoli zmieniały się w krajobraz pustkowia sponiewieranego niegdyś przez wojnę. Tu i ówdzie bielały kości ułożone w masowych mogiłach.
      Minęło kilkanaście minut i dopiero wtedy jeźdźcy uświadomili sobie, że pościg trwa już dość długo. Podziwiali niestrudzone konie, z których pysków sączyła się obfita piana. Zwierzęta dyszały mocno i para leciała im z nozdrzy, ale ani odrobinę nie zmniejszyły tempa. Jakże się ucieszyli, gdy uciekający zwolnił. Ale rumaki, którym wydawało się, że są po prostu prowadzone przez tego na przedzie, poszły za jego przykładem. Na nic się nie zdało popędzanie zwierząt.
      Tymczasem na horyzoncie pojawił się las, wyłaniający się z coraz gęstszego mroku. Rozciągał się od wschodu do zachodu i odbiegał na północ. Droga lekko skręciła na zachód. Nieco na lewo od skraju boru roztaczała się pusta równina. Zniszczone miasto już dawno znikło za plecami. Gdy przebyli już prawie dziesięć mil szaleńczego galopu, stało się jasne, że będą musieli wjechać do puszczy. Do zupełnego mroku. Jednak poza knieją również panowały ciemności, a na niebie przybywało gwiazd. Tuż przy linii drzew stało kilka istot, które Dobrun ominął. Gdy ścigający dotarli do nich, nagle jedna z nich zastąpiła im drogę i gdyby nie gwałtowne zatrzymanie koni, wszyscy znaleźliby się w potrzasku. Jednak Gerun zaryzykował i brawurowo ominął Olbrzymów, pędząc dalej za Manderczykiem. Zdezorientowany Lucen zawołał do niego roztropnie:
      — Rozpal ognisko!!
      Tamten odkrzyknął coś i tyle go widzieli. Wystraszone i rozeźlone stwory zaatakowały. Lucen, Meken i Halen próbowali się bronić, ale zmęczone konie nie chciały angażować się w walkę. Halenowi wypadł z rąk miecz, co zdradziło wycieńczenie żołnierza.
      — Wycofaj się! — nakazał mu Lucen.
      Posłuchał. Trzy Olbrzymy przypadły do wierzchowców i próbowały objąć je ogromnymi ramionami, a także pchać, by upadły.
      Razy rozdawane mieczem sypały się po zwalistych cielskach. Nagle poczuł Meken, że upada. Faktycznie padł jego koń, pchnięty przez wielkoluda. Lendejczyk zdołał uniknąć przygniecenia. Równocześnie odczepiła się uwiązana u boku siodła kopia, którą chwycił i podniósł w chwili, gdy stwór zamierzał rzucić się na niego. Nadział się na szpic i jął osuwać ku rękojeści, wyrwanej wielką siłą z rąk żołnierza, który odczołgał się na bok. Podobnie zareagował leżący koń, który zwinnie wstał i, pokazując swoją wartość bojową, wydostał się spod upadającego potwora. W tym samym czasie udało się powalić Lucenowi mieczem innego napastnika, niemniej broń została zatopiona w jego ciele. Meken pospieszył z pomocą. Zdjął kuszę umocowaną do siodła i podał ją jej właścicielowi. Zanim ostatni żywy Olbrzym zamierzył się na kusznika, oddany z bliska strzał ugodził istotę w lewą dolną część piersi. Upadła na ziemię i znieruchomiała, ale wciąż poruszała ślepiami. Cofnął się Lucen i zeskoczył na ziemię, aby wydobyć z szyi powalonego swój miecz. Halen przyłączył się do walczących i już we trójkę podeszli do ledwo żywego stwora. Wahali się, czy zadać mu ostateczny cios, ale gdy tylko znieruchomiał również jego wzrok, zrezygnowali z dobijania i odeszli do swoich rumaków. Zanim dosiedli je, wspólnym wysiłkiem odzyskali kopię. Podążyli za Gerunem i Dobrunem. Nastał jeszcze większy zmrok, ledwo oświetlany przez dopiero co wzeszły księżyc.
      W pewnym momencie usłyszeli za sobą uderzenia w ziemię, która zadrżała. Obrócili się, a tu biegł ku nim żywy jeszcze Olbrzym! Minęły cenne chwile, nim ochłonęli i ponownie dobyli oręża. Lucen nie zdołał w porę usunąć się w bok i zderzył się z wielkim napastnikiem, jednocześnie wbijając weń miecz. Odepchnięty koń odzyskał równowagę, ale jeździec zawisł na rękojeści ostrza, wbitego pierś stwora. Przylgnął do włochatego ciała, które poczęło drgać i tracić pęd oraz równowagę. Gdy potknęło się o korzeń, Lendejczyk poszybował w powietrzu. Upadł na trawę, a potwór na dalszą część miecza.

      Gerun zgubił Dobruna. Wokół roztaczała się płaska równina, tylko na południu piętrzyły się wzgórza. W mroku nocy nie dostrzegał już żadnych szczegółów. Liczył, że usłyszy odgłos galopu, ale zawiódł się. Teraz samotnie czekał w otaczającym go bezkresie i próbował zrozumieć, co się wydarzyło oraz odgadnąć, gdzie są przyjaciele. Pamiętał, że kiedy mijał jakieś stwory, krzyknięto mu o ognisku. Powinien więc je rozpalić. Zsiadł z konia, który był tak bardzo wyczerpany, że padł na ziemię, topiąc pysk w trawie. Gerun znalazł wysuszony krzew, nałamał gałęzi i rozprószył ogień. Dym i blask powiadomiły całą okolicę o obecności wędrowca.
      Wstał od ogniska i zamierzał podejść do wierzchowca. Naprzeciw stał Dobrun. W pierwszej chwili wstrząsnęło Gerunem na jego widok. Dostrzegł coś wyjątkowego w obliczu szalonego przyjaciela. Ten wyciągnął do niego dłoń, w której trzymał malutki przedmiot. Serce mocniej zabiło Rycerzowi. Nie okazało się to jednak tym, czego się obawiał. Był to pierścionek. Złoty, z wygrawerowanym znakiem. Chwycił go i podszedł z nim do ogniska. W świetle płomieni ujrzał sylwetkę smoka.
      — Skąd to masz? — spytał Dobruna.
      Ale Dobruna już nie było.
     

Zdrada
Rycerz Rouginu - Część I - Zatracenie - Bezdroża
Miejsce Wyzwania