CZĘŚĆ II - WYZWOLENIE
Rycerz Rouginu - Część II - Wyzwolenie - Katakumby
Smocza Władza

      Katakumby
     
     Lucen, Meken, Halen i Runel obserwowali przebieg bitwy. Właśnie wojska Gradonu zburzyły część muru i przez wyłom poczęły wstępować do oblężonego grodu. Widzieli, jak Alkelien osobiście poprowadził Dzikich prosto do serca samotnie broniącego się miasta.
      Skończyły się strzały i nie było już czym miotać w przeciwnika. Czwórka przyjaciół biernie przyglądała się starciu toczonemu na kaldeńskich polach. Powoli zamieszanie zbliżało się pod sam ratusz. Ujrzeli, jak Gradejczycy burzą ścianę w innych miejscach. Teraz nieprzyjaciel rozpoczął szturm na wieżyczki. Po kolei zdobywano jedną za drugą. Tuż pod miejsce, w którym przebywali przyjaciele Geruna, podjechał oddział kaldeński. Żołnierze przekazali obrońcom zapas strzał. Zaraz za sprzymierzeńcami przybył w to miejsce wróg. Lucen pomagał Kaldeńczykom w walce, jak mógł, skutecznie odpierając próby zdobycia fortyfikacji. Jako jedyni bronili jeszcze muru.
      W mieście działy się straszne rzeczy. Rozpętały się pożary, zabierając z dymem wieloletni dorobek Kaldeńczyków. Mieszkańcy miasta obserwowali postępujące zniszczenie i powoli ogarniała ich rozpacz i rezygnacja. Dowódcy poddawali swe oddziały. Safen został przez jednego z nich haniebnie odepchnięty. Żołnierze stracili wolę walki.
      Lucen zastanawiał się, gdzie jest Gerun. Polecił swym towarzyszom szukać go wzrokiem wśród walczących. W pewnym momencie dostrzegł Meken dwóch konnych. Rozpoznał w nich króla i Alkeliena. Zobaczyli, jak sługa Urugela padł na ziemię, a ich pan uszedł cało.
      Lecz oto rozpoczął się ostatni szturm w stronę broniących się jeszcze pod wieżą. Legł mur nieopodal i wielkie masy Dzikich wdarły się w pobliże. Po zewnętrznej stronie rozpoczęły się egzekucje wykonywane na schwytanych do niewoli. Zaufani wynajdywali losowe ofiary i osobiście dokonywali zbrodni. Jednak po drugiej, wewnętrznej stronie, działo się najgorsze. Ostatni Kaldeńczycy poddali się, a Safen popełnił samobójstwo. Równocześnie Gerun znikł z oczu obserwatorom, jako jedyny z broniących się opuszczając miasto. Wszystkich pozostałych, którzy próbowali ucieczki, dogoniono jeszcze przed murem i zabito.
      Dzicy gwałtownie wdzierali się do wieżyczki. Lucen zamierzał walczyć do końca, ale po krótkiej potyczce na miecze stał się bezbronny. Wróg tak ciasno zapełnił pomieszczenie, że nie było miejsca na zadawanie ciosów. Napastnicy nie brali czynnego udziału w starciu, godząc się na straty we własnych szeregach. Odebrano Lucenowi i jego przyjaciołom broń, związano ich i wywieziono z wieżyczki, którą następnie zburzono. Ustawiono ich pod murem wraz z Kaldeńczykami. Przybyli Zaufani i poczęli po kolei mordować co drugiego jeńca. Ci, którzy wyliczyli sobie, że przypadnie im śmierć, wyrywali się i próbowali zamieniać się miejscami z innymi. Oprawcy ignorowali to zachowanie, nie pozwalając jedynie nikomu opuszczać śmiertelnego szeregu. Między stojących tuż koło siebie przyjaciół wciskali się ci stojący w sąsiedztwie.
      — Zamknijmy oczy i trwajmy w bezruchu — zaproponował Lucen i towarzysze niedoli postąpili za jego radą, nie bacząc na to, co sprawili im bracia Kaldeńczycy, wystawiając całą czwórkę na śmierć.
      — Przyjaciele, żegnajcie… — krzyknął ugodzony w brzuch Halen. Przeżegnali się ci, do których skierowane były te słowa.
      Zaufany zatrzymał się przed Lucenem.
      — Zbluźniłeś!! — wrzasnął na niego i uderzył go płaską częścią miecza w bok. — Pójdziecie ze mną, oduczymy was tych praktyk. Zabić tych, którzy stoją między nimi, a resztę według odliczania — rozkazał innemu Kapturnikowi i polecił Gradejczykom zaprowadzić pozostałą przy życiu trójkę do dowódcy.
      Otworzyli oczy i pozwolili na wypełnienie tego, co szykował dla nich oprawca. Szli wśród płonących domów ulicami zasłanymi ciałami poległych. Niewiele dostrzegali tam trupów dziecięcych i kobiecych – widocznie Gradejczycy nie chcieli dopuścić do rzezi cywilów; powstrzymywali bowiem Dzikich od posuwania się za daleko, ignorując jednocześnie rozkazy Zaufanych… Ową prawidłowość potwierdziła rozmowa tych, którzy prowadzili jeńców przed oblicze wodza.
      Trójka skazańców doczekała się tej chwili. Przywódcą okazał się ten sam człowiek, z którym Gerun zetknął się już raz tuż pod bramą Radigelu, wrotami Gradonu. Rozpoznali się wzajemnie, co wprawiło Gradejczyka w złość. Zakrył twarz kapturem i cofnął się w cień zniszczonych ruin ratusza. Teraz nie widzieli już jego oblicza, choć stał nieopodal nich.
      Jeden z Zaufanych powiedział mu, że to właśnie ci, którzy bronili ostatniej wieżyczki i że Alkelien ich znał. Dowódca przemówił, wyraźnie usiłując zniekształcić swój głos:
      — Było was pięciu. Co się stało z tamtymi dwoma?
      Odpowiedziało mu milczenie.
      — Zginęli? — powtórzył pytający.
      — Jednego zabił Zaufany — odparł eskortujący jeńców Gradejczyk. — Ci tu obecni zbluźnili w chwili, gdy ginął, więc…
      — Zamilcz! — rozkazał dowódca. — Sam ich wybadam. Zacznę od tego nowego — wskazał na Runela. — Podejdź, zadam ci ból, a ty mi powiesz, gdzie jest lendejski monarcha!
      Dreszcz przerażenia przeszył Runela. Podobnie Lucena, obawiającego się o życie swego króla.
      — Znaleźliśmy Alkeliena! — rozległo się wołanie Kapturników. — Dlaczego go zabiłeś, panie?
      Tym razem dowódca dał poznać po sobie strach, w jaki wprawiły go te słowa. Załamującym się krokiem opuścił obecnych i udał się osobiście obejrzeć ciało Zaufanego, które mu przyniesiono. Pokazano mu również trupy tych Dzikich, których uśmiercił Gerun. Wrócił, ukrywając zmieszanie i nakazał Zaufanym nie wspominać nikomu o tym incydencie. Ci patrzyli na niego nieufnie.
      — Pomożemy ci przesłuchać tych jeńców — zaproponowali mu.
      — Nie!!! Niech oni nic nie mówią! Niech milczą, jak wam rozkazałem!
      — Król opuścił miasto — rzucił nagle Runel.
      — Odprowadzić ich stąd — rozkazał dowódca Gradejczykom. — Nie obracajcie się za siebie. Zawiążcie jeńcom oczy i usta.
      W chwilę potem uczuł w swym sercu Lucen, że Zaufani podzielili los Alkeliena, sam zaś stracił przytomność.

      — Przebudziliśmy się nieopodal Kaldenu. Było południe; wojsk gradejskich ani śladu. Zostawiono nam trzy konie oraz zapas żywności i wody na kilka dni. Otrzymaliśmy nawet namiot. Po posiłku postanowiliśmy naradzić się, co czynić. Próbowaliśmy też zrozumieć, dlaczego zostawiono nas przy życiu. Wokół nie znaleźliśmy żywego ducha. Wszystkich albo uśmiercono, albo zabrano do Gradonu. Miałem pewność, że powód, dla którego nas oszczędzono, był poważny. Meken twierdził, że to litość okazana przez Gradejczyków przyczyniła się do oswobodzenia nas z niewoli. Ja jednak uważałem, że to sprawka dowódcy, któremu nasza śmierć była wyraźnie nie na rękę. Wydawało się, iż w pewnym momencie nie chciał nic o tobie słyszeć, a tym bardziej z naszych ust. Gdy Runel wspomniał o twojej ucieczce, wyraźnie chciał się nas pozbyć. Gdyby nas po prostu zabił, zwróciłoby to uwagę świadków, którzy słyszeli nasze słowa. A i tak zamordował obecnych tam Zaufanych, choć Gradejczyków oszczędził. Musiał mieć jeszcze jeden powód, by puścić nas wolno. Ciekawe, cóż takiego w śmierci Alkeliena wprawiło go w takie zakłopotanie…
      — Doskonale wiem, co, Lucenie — rzekł Gerun. — On pewnie zna to, co znam ja. Musi stać wysoko w hierarchii Zaufanych. Ale nie ciągnij mnie z język.
      — Niech ci będzie. Wiem, że ukrywasz przed nami swój sekret. Pozwól, że kontynuuję. Skoro pozostaliśmy przy życiu, postanowiliśmy ruszyć stamtąd czym prędzej. Jako że opowiadano mi wcześniej w Kaldenie o mieście Isten, obrałem je za cel naszej dalszej podróży, przypuszczając, że też tam się udałeś, obawiając się samotnego zdobywania Gradonu. Pochowaliśmy Halena i ruszyliśmy tym samym traktem, co ty. Podróż zajęła nam dwa dni. Nie spotkaliśmy nikogo po drodze. Przy wjeździe do Istenu zostaliśmy dokładnie wypytani o nasze pochodzenie. Uczyniliśmy we dwójkę z Mekenem to samo, co wówczas w Kaldenie i brama stanęła otworem. Zaraz po wejściu do miasta przystąpili do nas żołnierze i zaoferowali eskortę do karczmy, gdzie miała odbyć się wieczerza. Już wtedy widzieliśmy zaniepokojenie na twarzach Kaldeńczyków, ale nie powiedzieli nam o twojej obecności w mieście, tylko rozpoczęli nas szczegółowo wypytywać o Lendion i o cel naszej wyprawę. Opowiedziałem im prawie wszystko, pomijając wzmianki o tobie i o twoich zamiarach. Zdradziliśmy im tylko, że było nas więcej, ale przy oblężeniu Kaldenu część z nas zginęła. Nie chcieli uwierzyć w sposób, w jaki wydostaliśmy się z niewoli, ale nabrali do nas większego zaufania, kiedy podałem im cel wizyty w Istenie – religijny. Daliśmy im świadectwo, iż Lendejczycy wciąż silnie wierzą w Bożą Opatrzność, w większości pozostając gorliwymi Chrześcijanami. To podniosło nieco na duchu Isteńczyków. Rozwiały się ich wątpliwości co do naszego rzekomego szpiegowania na rzecz Tumpionu. Co prawda, odnieśli się do owego celu z rezerwą, lecz przestali nas wypytywać. Idąc za radą, którą usłyszałem w Kaldenie, postanowiłem na serio zająć się powierzoną mi misją i zaproponowałem dowódcy odwiedzenie kościoła nazajutrz. Wielce się zdziwił tą sugestią, ale po dłuższych namowach udało mi się nakłonić go do tego. Jak się dowiedziałem, w tym izolowanym od świata miejscu ludzie tracili wiarę, żyjąc legendami i wspomnieniami Drugiej Wojny Północnej. Coraz więcej z nich podzielało sposób myślenia Tumpejczyków, co dowódcy zdawali się dostrzegać, lecz nie przywiązywali do tego wagi. Po mojej propozycji rozpoczęła się wśród żołnierzy dyskusja, w której ustalono, że oficerowie stawią się na Mszy Świętej. Kapłan, wzruszony nadejściem delegacji z Lendirougu, dziękował Bogu za wieści o zachowaniu wiary w naszym królestwie. Chwalił Boga Ojca w Niebie za nieustanną opiekę nad znękaną problemami krain oraz za to, że ludzie nadal żyją nadzieją przyszłego, lepszego Życia. Powiedział, że Zbawienie jest najważniejsze i nie można z niego rezygnować, skupiając się wyłącznie na troskach dzisiejszych czasów. Cieszył się bardzo z Ludu Bożego, tak jeszcze licznego na tym Wybrzeżu – nie dzięki potędze wojskowej, lecz prawdziwości nauki Kościoła. Mówił o dziele Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, który przywrócił nadzieję wiecznej szczęśliwości w Niebie wszystkim tym, którzy posłuchają Jego Słowa i zachowają wierność Ewangelii. Zgromił Isteńczyków za ich letniość i powierzchowne traktowanie spraw najważniejszych. Oni bowiem traktowali je instrumentalnie, o ile służyły politycznej walce z Tumpionem. Przyznaliśmy mu w duchu rację, że w samej czczej religijności bez wiary, nadziei i miłości nie ma drogi do Boga, a tak właśnie postępuje coraz więcej ludzi w Rouginie i jedynie Lendion świeci jeszcze jako takim przykładem. Udało mi się zaobserwować, że wielu Isteńczyków skłoniło się do głębszej refleksji i na pewno powrócą do Prawdy, kończąc z zakłamaną letniością. Kapłan podziękował za naszą obecność i Liturgia Słowa dobiegłaby końca, gdyby nie wasze pojawienie się, które wywołało zamieszanie. Szkoda tylko, że Msza Święta została zakłócona. Może nawrócenie byłoby większe a i my sami spełnilibyśmy niedzielny obowiązek. To już wszystko, co miałem rzec.

      Ludność Tumpelu nie cieszyła się długo swym Deskatesem. Tak, jak przybył ze zbrojnym orszakiem, tak wyjechał, eskortowany przez tych samych ludzi. Zabrał ze sobą wszelkie możliwe dobra, jakie mogłyby przydać się w dalszej wyprawie. Tumpejczycy przyglądali się, jak ich nowy władca powtarza dzieje poprzedniego. Obawiali się, że ta podróż skończy się tak samo, jak ekspedycja Deskatesa Czwartego.
      Gerun nie dał się wypytywać o to, skąd pochodzi i w jaki sposób zdobył Miecz Dumy. Zażądał, aby nikt nie pytał go o to i rozkazu posłuchano. Zdziwili się ludzie, gdy ogłosił ocieplenie relacji z Istinionem i zaproponował wspólną obronę granic przed Gradirougiem.

      W czasie gdy król uzgadniał sprawy wojskowe, Lucen i pozostali współpodróżni poszli zwiedzić miasto-twierdzę. Oprowadzał ich Klenden, pokazując co ciekawsze miejsca. Runel i Meken z zachwytem podziwiali architekturę murów, wież, fos i fortów, jedynie Lucen zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. Jego oczy szukały tego, czego tutaj od dawna brakowało, a co mogło zostać zapomniane również w Istenie. W zamian za to Tumpel obfitował we wszystko to, co docześnie służyło człowiekowi: karczmy, łaźnie, amfiteatr i arenę, gdzie Tumpejczycy spędzali wolny czas. Dorobiono się tego jeszcze przed panowaniem Deskatesa Czwartego. Lucen zatrzymał przypadkowego przechodnia, by spytać, czy dobrze mu się żyje, a on odpowiedział, że wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie niczym nie zakłócona monotonia dni, którą próbuje uśmierzyć korzystaniem z tego, co oferuje mu miasto. Dodał, że powoli nudzą mu się wszystkie przyjemności a brakuje czegoś, co uczyniłoby jego życie czymś innym niż tylko dzieleniem powolnego oczekiwania na starość wespół z pozostałymi Tumpejczykami.
      Jakkolwiek smutnie brzmiały słowa miejscowego, Runel przyznał, że podoba mu się tutaj.

      Lecz teraz jechali wszyscy na południowy wschód, a Tumpel pozostał daleko za ich plecami. Przed podróżnymi rozciągnęła się bezkresna równina pokryta roślinnością stepową. Płaski krajobraz urozmaicał widok dawno opuszczonej wsi, której część musiała ulec spopieleniu. Miejsce to wprawiło wszystkich w ponury nastrój, mimo pięknej pogody, jaka dopisywała od opuszczenia twierdzy.
      W pewnym momencie znaleźli się na zarośniętej drodze, prowadzącej z Istenu do Tumpirougu Zniszczonego. Gdy dotarli do granicy Istinionu, wyznaczonej kurhanem, Klenden, ku zaskoczeniu żołnierzy, polecił eskorcie zbrojnych Tumpejczyków zawrócić po obiedzie z powrotem do zamku. Wytłumaczył obecnym, że w dalszej podróży mogą uczestniczyć jedynie wtajemniczeni. Żołnierze odjechali, zadowoleni z zakończenia służby, a Gerun zmuszony został wyjawić Lucenowi, Mekenowi i Runelowi plan, jaki ułożył z Klendenem. Do tej pory nie informowali nikogo, dokąd tak naprawdę zmierzają, zachowując to na potem.
      Oznajmili, że jadą odwiedzić grobowiec, w którym chowano niegdyś władców Tumpirougu. Chcieli odnaleźć w nim informacje o położeniu pewnych przedmiotów, które posiadał kiedyś Deskates Czwarty Zaginiony, spoczywający w owym miejscu. Sprawiło im trudność wytłumaczenie pozostałym, w jakim celu to czynią; żaden z nich nie chciał się przyznać przed drugim, jaki jest jego ostateczny cel tej podróży. Lucen i Meken przywykli do tajemniczości Geruna, więc zrezygnowali z zadawania dalszych pytań. Jedynie Runel mocno zaciekawił się całą sprawą. Dalszą jazdę spędził przy Klendenie, zmuszając go do wyjaśnienia, czym są owe przedmioty Deskatesa. Im więcej Tumpejczyk mówił, tym bardziej jego rozmówca stawał się łakomy na wszelkie fakty związane z tym, co tajemne.
      Trzej pozostali jeźdźcy odstąpili od tamtych, aby wspólnie podzielić się uwagami na temat Istinionu i Tumpionu.
      Tymczasem otoczyła wszystkich bezkresna równina z ledwo dostrzegalnymi odległymi wzniesieniami na północy, wschodzie i południowym zachodzie. Co kryły te tereny, pozornie monotonne i bezpieczne? Dokąd prowadziła droga? Z relacji mieszkańców Tumpelu wynikało, że biegła ona niezmiernie daleko, do krajów zamieszkanych przez Dzikich, położonych nad brzegiem oceanu. Sięgały one aż po Kenat, czyli do granicy sprzymierzeńców Lendirougu. Na ludność tamtejszą mówiono czasem „Pierwotni”, aby uniknąć miana „Dzikich”, kojarzonego głównie ze słabo ucywilizowanymi plemionami wojowników. To Pierwotnych jako pierwszych napotkały okręty zza oceanu. Byli lepiej rozwinięci od swych sąsiadów z gór i stworzyli dwa państwa: Sendinat i Enoriat. Pierwsze położone na południu, w lesie oraz na terenach przed Rzeką Spływu, drugie na północ od niej. Poza tym zamieszkiwali jeszcze inne tereny, na których obecnie znajdują się ziemie rougińskie. Tamtejsi Pierwotni dobrowolnie zmieszali się z kolonizatorami, w przeciwieństwie do Sendinatczyków i Enoriatczyków, którzy pragnęli egzystować osobno, choć otwarci byli na wymianę kulturalną i handlową. Jednak od dawna jedynie nieliczni Rougińczycy odwiedzali te tereny. Jak głosiły wyobrażenia zarówno Tumpejczyków jak i Lendejczyków na temat ziem na wschodzie, dostępu do nich broniły siły nieczyste, szczególnie na północy. Niektórzy powiadali, że mogły nimi być nawet smoki. Zaś po stronie południowej i zachodniej znajdowały się nieprzebyte lasy, bagna albo góry.
      Lucen spojrzał na północny wschód. Tam, jak twierdzili Tumpejczycy, można się było spodziewać legendarnych i demonicznych istot. Lecz nagle dostąpił wrażenia, że niebezpieczeństwo kryło się dokładnie po przeciwnej stronie. Zwrócił się w tamtym kierunku i dojrzał cienki szpic na tle położonych dużo dalej wzniesień. Uczuł coś, co było jakby z nim związane – słodki stan czegoś, co wzbudza strach, lecz nadaje zarazem chwały…
      Nie tylko Lucen doznał niezwykłej emocji. Również Gerun wyczuł, a może dosłyszał, jakoby nie byli tu sami. Na północnym zachodzie, za jego plecami, wydało mu się, że ktoś za podąża za podróżnymi. Nikt z obecnych nie wiedział jednak, że największe niebezpieczeństwo szykował im południowy wschód, kierunek ich wędrówki ku grobowcu.
      Wtem na drodze stanęła jakaś postać. Zatrzymali się. Jej nagłe pojawienie tłumaczyło jej wygląd. Widniała, ale bezcieleśnie; w ten sposób tylko, aby zaistnieć dla oczu i wyobraźni patrzących. Nie miała kształtu ni czegokolwiek, co można by wyraźnie postrzegać zmysłami, lecz każdy obserwował ją tak, jak chciał ją widzieć lub, co bardziej prawdopodobne, nie chciał. Podobna była do zjawy napotkanej w Zundirougu Zniszczonym.
      Zlękli się wszyscy, z wyjątkiem Runela, który z zaciekawieniem przyglądał się ucieleśnieniu swych wyobrażeń. Pozostali chwycili za broń i wyczekiwali dalszych posunięć istoty. Meken nastawił kopię, którą zabrał z Tumpelu i ruszył galopem ku zjawie. Lecz oto spostrzegli wszyscy, że stała ona w innym miejscu, niż im się wcześniej zdawało. Meken nie dał za wygraną. Popędził teraz tam, gdzie zdawał się ją postrzegać. I tym razem minął się z celem ataku. Teraz znów znalazła się w innym miejscu, nie dokonując ani ruchu, ani nawet zniknięcia czy też pojawienia się.
      Lecz nagle zmieniła swój charakter. Poczęła zmierzać ku obecnym, a wiedzieli, że pragnie wyrządzić im krzywdę. Meken odniósł wrażenie chłodu na ciele. Doświadczał przeraźliwego strachu, a uczucie stało się tak silne, że odbierało chęć do życia, wzbudzając przez to jeszcze większą grozę i stopniowo potęgowało się. Wtem Klenden zawołał na postać, a ta, zostawiwszy swój cel w spokoju, stawiła się na wezwanie. Teraz oboje stali przed sobą i czynili coś wzajemnie przeciw sobie. Runel i Meken cofnęli się, a Lucen złożył ręce i poruszał ustami, odmawiając coś, czego pozostali nie uczyniliby; próbował skupić się, jak tylko mógł najbardziej. I oto podjechał do niego Rycerz i, rzekłszy: „Mam coś silniejszego niż wasze inkantacje”, uczynił to samo, co w decydującej chwili w Kaldenie. Zapragnął nie-życia zmory. Za sprawą Kolczyka.
      Nic się nie wydarzyło. Nic.
      — Precz z Urugelem!! — krzyknął Rycerz.
      Nikogo obcego już nie widzieli. Promienie zachodzącego słońca oświetlały budowlę grobowca na horyzoncie.
      — Jedźcie za mną — zaproponował Klenden i podążył do miejsca, z którym związana była spotkana postać.
      — On tam będzie? — spytał Runel, dogoniwszy przewodnika.
      — Kto? Urugel? Nie. Raczej Deskates — odparł Klenden.
      — To ty go odpędziłeś?
      — Tak, choć nie jestem tego do końca pewien. Coś budzi moje wątpliwości, czy aby ktoś inny tego nie dokonał. Może Gerun, może Lucen. Zjawa nie wyrządzi nam jednak krzywdy. Dowiemy się za to, gdzie są Insygnia.
      — Klendenie!! — krzyknął z tyłu Gerun. — Przyjacielu! Poznałeś mą tajemnicę…
      — Tak głośno ją wypowiedziałeś… — stwierdził zawołany. — Teraz ty poznasz moją.
      — Mów.
      — Precz z Urugelem! Śmierć mu. Od dawna zanosiłem się z zamiarem zmierzenia się z nim, by przekonać się, kto posiadł większą potęgę.
      — Precz z Urugelem!! — zawtórowali Meken i Runel. — Zabić go!
      — Precz z upiorem. Niech wraca do Piekieł — powiedział Lucen, którego przygnębiała postawa kompanów. — To widmo nie może być Deskatesem.
      Podjechali do drzwi prowadzących do wnętrza grobowca. Ponad grunt wystawał tylko niewielki budynek. Zsiedli z koni i przywiązali je do kolumn. Sprawdzili, czy da się wejść do środka. Okazało się, że tak. Drzwi nie musiały być zamknięte. Nikt inny nie odważyłby się tu zawitać, tym bardziej po spotkaniu ze zjawą. Śmiałkowie, którzy właśnie złamali tę zasadę, zapalili dwie pochodnie, które nieść mieli Runel oraz Meken i zagłębili się w ciemność katakumb. Gerun wziął swój miecz, na wypadek gdyby ktoś żywy rezydował jednak w tym miejscu.
      Kręte schody prowadziły na dół. Wstąpili na nie jeden za drugim i ruszyli do rezydencji pogrzebanych. Po kilku okrążeniach dotarli do większego pomieszczenia, na którego ścianach przymocowane były pochodnie, które od razu zapalili. Komnatę wykonano z kamienia. Na ścianach mieściły się wyryte napisy, przedstawiające imiona pochowanych tutaj królów i arystokratów. Wychodził stąd jeden korytarz, prowadzący w ciemność.
      Po zagłębieniu się weń zaprowadzeni zostali do drugiej, mniejszej komnaty. Ukazał się przybyłym dalszy korytarz, na którego końcu coś błyskało. Z podłogi wystawała dźwignia, prosząca się o pociągnięcie. Uzgodnili, że jeden z nich wróci do pierwszej komnaty i zawoła, gdyby wydarzyło się coś niekorzystnego, podczas gdy pozostali wypróbują drążek.
      Tak też uczyniono. Meken cofnął się do schodów, a Klenden z Gerunem uruchomili mechanizm. Usłyszeli dźwięk przesuwania się czegoś ciężkiego występujący podczas poruszania dźwignią. Meken zawołał, że odkrywa się nowe przejście i że nic więcej się nie dzieje. Dzięki wzmożonemu wysiłkowi fizycznemu udało się całkowicie zmienić położenie drążka.
      — Co teraz? — spytał Lucen.
      — Może pójdziemy dalej — zaproponował Gerun — a potem wrócimy do Mekena.
      — A może zawołajmy go tutaj i weźmy ze sobą — zasugerował Klenden.
      Meken krzyknął, że po przesunięciu dźwigni pojawiły się nowe schody. Mimo dokonanego postępu, obrano na razie korytarz wychodzący z drugiej komnaty. Wkroczyli doń i zaczęli zbliżać się do pomieszczenia wypełnionego pewnymi regularnymi formami, które odbijały światło pochodni. W pewnym momencie ujrzeli leżący w poprzek podłogi szkielet, a obok niego rdzewiejące przedmioty, które niegdyś jeszcze, podobnie jak ich właściciel, posiadały jakiś kształt. Ominęli umarłego i poszli dalej, ku coraz bliższym błyskom.
      Nagle Runel zatrzymał pochód.
      — Czy tutaj chowają bez trumien? — spytał Klendena.
      — To katakumby, więc na pewno w trumnach — odrzekł spytany. — Ten ktoś przyszedł tu żywy…
      Umilkł. Zrozumiał, dlaczego na podłodze bielił się szkielet.
      — Tam jest chyba skarbiec! — zauważył Runel. — To błyszczące to złoto!
      — Lepiej zawróćmy. Nie chcę skończyć jak w podaniach ludowych — obawiał się Gerun. — W Lenderze złota dostatek.
      — Dobrze, zawra…
      Runel przerwał w pół słowa. Za plecami obecnych rozległo się przetaczanie czegoś ciężkiego. Pobiegli z powrotem do dźwigni, ale ta nadal tkwiła w pozostawionej pozycji.
      — Dołączymy do tego biedaka — stwierdził Meken. — Nie trzeba było iść dalej.
      — Ostrzegł nas swoim ciałem — dodał Klenden.
      Opuścili to pomieszczenie i skierowali się do pierwszej komnaty. Gdy weszli, ujrzeli schody prowadzące w dół. Tych do góry już nie było; ukryły się gdzieś. Momentalnie spojrzeli na pochodnie, które nieśli w rękach. Natychmiast zorganizowali gaszenie tych zapalonych na ścianach. Zostawili tylko jedną tlącą się przy schodach; drugą miał nieść Meken. Runel zgasił swoją i zabrał jeszcze kolejną na wszelki wypadek. Po tej reorganizacji zstąpili do niższej części grobowca.
      Zagłębili się kilka poziomów i znaleźli się na początku wielkiego korytarza. Po obu stronach zalegały trumny, a w nich spoczywali zaszczytni mieszkańcy niegdysiejszego Tumpirougu. Dwa rzędy miejsc pochówku ciągnęły się poza blask pochodni, zapraszając żywych w towarzystwo tych, którymi sami kiedyś się staną – przynajmniej cieleśnie. Na każdym sarkofagu znajdował się napis, informujący, czyją własnością jest trumna.
      Postanowili odczytywać po kolei wszystkie imiona, aż odnajdą Deskatesa Czwartego. Ze względu na to, że posiadali jedną palącą się pochodnię, obrali na razie prawą stronę, lewą zostawiając na drogę powrotną.
      Ruszyli. Rząd trumien przesuwał się powoli w miarę parcia naprzód, pokazując, ilu ludzi, będących co bardziej znamienitymi mieszkańcami Tumpirougu, zabrał ze sobą czas. Po jakimś czasie pojawił się bardziej zdobiony pochówek Deskatesa Pierwszego, potem Deskatesa Drugiego. Znaleźli się na końcu korytarza. A w miejscu, gdzie ściana zagradzała dalszą drogę, znajdował się grób Deskatesa Czwartego Zaginionego. Tutaj spoczywał ten, którego imię znano w całym Tumpirougu. Poza tym nic więcej nie znaleźli.
      — Pokój mu — rzekł Lucen i zawtórowali mu Meken i Gerun.
      — On tu jest — stwierdził Klenden.
      — Leży w trumnie — sprecyzował Gerun.
      — Pójdźmy stąd — zaproponował Lucen, ale przypomniał sobie o schodach. Począł rozglądać się i na lewej ścianie dostrzegł świecznik. To przedłużyłoby nieco ich pobyt w świetle.
      Klenden zaczął deklamować coś pod nosem, poprosiwszy obecnych o ciszę. Dołączył do niego Runel i widać było, iż autor dziwacznego pomysłu korzystał z pomocy przyjaciela. Pozostali biernie się temu przyglądali. Gerun nie chciał angażować się w taką formę magii, gdyż gardził tym, z czym rozstał się w Kaldenie. On pragnął większej potęgi.
      — Niech będzie chwała dla Siły, Władzy i Mocy! — zawołał nagle Klenden. Jego oczy patrzyły przed się jak otępiałe.
      — On wypowiada słowa Deskatesa — wyjaśnił Runel, nie mniej zahipnotyzowany.
      — Zabijcie Urugela — kontynuował Klenden. — Ufajcie Potęgom. Odstąpię dla was to, co ukryłem przed zwykłymi ludźmi.
      — Czy to ty, Deskatesie Czwarty? — spytał Rycerz.
      — To ja, Klenden. Ale Deskates jest tu ze mną i przekazuje, co chce nam oznajmić, przez moje usta. Słuchajcie. Sprowadziłem was tu, bo wiem, że Urugel to wasz wróg — ciągnął. — Są cztery Insygnia, które niegdyś posiadałem.
      Rycerz wyciągnął Miecz Dumy.
      — Czy o to chodzi? — spytał.
      — Tak. Sam go zdobyłeś. Jesteś silny. Będziesz godzien pozostałych.
      — Przecież to nie może być Deskates — wtrącił Meken.
      — To nie jest Deskates, bez względu na to, co mówi — oświadczył Lucen. — To jakiś duch nieczysty. Możliwe, że dręczył zmarłego jeszcze za życia.
      Klenden ciągnął:
      — Na zachodzie, w pobliżu ruin Zundirougu Zniszczonego, znajduje się Pierścień. To amulet. Chroni przed smokami. Niedaleko stąd, też na zachodzie, w Północnym Trójkącie Wież, jest Laska. Najsilniejsze Insygnium. Pozwala przyzwać smoki. Na północy dotrzecie do Kraju, gdzie one mieszkają, odkąd istnieją ich Insygnia. W Górach Nadbrzeżnych będzie Różdżka, posiadająca moc smoka. To wasze cele.
      — Znalazłem drugą dźwignię! — krzyknął Meken. — Jest za trumną z prawej. Niech mi ktoś pomoże.
      Zaoferował się Lucen. Tymczasem Rycerz zaryzykował śmiałe pytanie:
      — Gdzie jest Zaginiony?
      — Skąd o Nim wiesz? Od Klendena…? Niech wam będzie, ale nie mówcie o Nim nikomu więcej. Zaginął w Miejscu Wyzwania, gdzie walczyłem z Urugelem. Szukajcie Go na południu, w Górach Masywnych. To wszystko, co miałem wam do powiedzenia. Do zobaczenia, Runelu…
      — Znikł!! — wrzasnął Runel, wyrwany jakby z transu. Klenden zareagował spokojniej.
      — Pomóżcie — poprosił Meken, nie mogę przesunąć dźwigni. Przyszli mu z pomocą i wspólnym wysiłkiem poruszyli tryby pradawnego mechanizmu. Ze schodów dobiegł ich dźwięk taki, jaki już dwukrotnie usłyszeli w grobowcu.
      — Wracamy — rozkazał Gerun.
      Skierowali się ku wyjściu, tylko Lucen został przy odsuniętej od ściany trumnie. Blask świecznika oświetlał znajdujący się na niej napis, odczytany teraz na głos przez tego, który go odnalazł:
      — Tu spoczywa król Tumpirougu, Deskates Trzeci Zamordowany. Zginął z ręki Deskatesa Czwartego Uzurpatora na placu w Tumpelu.
      I nagle przygłuszony ryk wypełnił katakumby. Pękło wieko sąsiedniej trumny i wstało zeń ciało zmarłego Deskatesa Czwartego. Obrócili się żywi i ujrzeli na własne oczy, jak trup opuszcza swe legowisko. Czarne płaty wysuszonego mięsa przylegające do kości, jeszcze nie odpadłe, w połowie rozpoznawalna twarz, głowa z jednym nie zgniłym uchem i z oderwanym bokiem po drugiej stronie, strzępy ubrania i w miarę kompletne ręce i nogi. I wrzask!!! To coś prędko ruszyło ku Lucenowi, który cofał się do znieruchomiałych przyjaciół. Upiór potrafił jeszcze przemówić! Zniekształcony dźwięk opuścił otwartą szyję, a słowem było przekleństwo. Koścista dłoń chwyciła wieko i cisnęła nim w stronę stojących. Spadło obok, niszcząc groby pozostałych.
      — Precz!!!
      To zawołał Lucen, po czym odebrał Gerunowi Miecz Pychy i sam ruszył z nim na przeciwnika. Ostrze czerwieniejące się przelaną niewinną krwią ugodziło ożywione ciało martwego Deskatesa Czwartego i pchnęło mumię na świecznik. Suchą tkankę objął ogień. Krzyknął ostatni raz demon wcielony w zwłoki władcy Tumpirougu: „Zginiesz, potomku Deskatesa Trzeciego!”
      I spłonęło ciało opętanego przezeń jeszcze za życia uzurpatora Tumpirougu, jak spłonął był Zargan Drugi.

CZĘŚĆ II - WYZWOLENIE
Rycerz Rouginu - Część II - Wyzwolenie - Katakumby
Smocza Władza